sobota, 13 czerwca 2015

Kwartalne zakupy+prezenty+współpraca, czyli baaardzo spóźniony haul kosmetyczny


Hej :)
Jako, że ostatnio uzupełniłam swoje zapasy kosmetyczne i zakupiłam kilka produktów, które mam zamiar zabrać ze sobą na wakacje, w końcu postanowiłam stworzyć dla was post z haul'em zakupowym. Niestety z powodu braku czasu w ostatnich trzech miesiącach, dopiero teraz pokażę wam produkty, które zakupiłam na początku marca i te które zakupiłam w trakcie trwania tych trzech miesięcy.


Pierwsze zakupy poczyniłam w sklepie Yves Rocher. Kupiłam tam malinowy balsam do ust, za który zapłaciłam 7,90zł, szampon odbudowujący za 9,90zł, peeling do rąk z olejkami za 10,74zł, malinowy żel pod prysznic za 11,90zł oraz kulkę do kąpieli o zapachu kokosa, która kosztowała mnie 1,50zł. Dostałam od nich także dwie próbki najjaśniejszych podkładów i niestety były one dla mnie za ciemne, a w dodatku nie wyglądały na mojej twarzy zbyt dobrze. Mimo wszystko bardzo lubię ich kosmetyki do pielęgnacji, bo zazwyczaj dobrze mi służą, natomiast ich kolorówka zazwyczaj jest dla mnie mocno za ciemna i zbyt droga.


Następne łowy odbyły się w Super Pharm'ie, gdzie udało mi się zakupić wszystkie te kosmetyki w promocyjnych cenach. Płatki kosmetyczne Life w ilości 120 sztuk kosztowały mnie aż grosz :) Za chusteczki dla dzieci i niemowląt Life zapłaciłam 3,99zł. Moje ulubione antyperspiranty Rexona kosztowały mnie 5,99zł za sztukę, więc od razu wzięłam trzy. Woda termalna Uriage, której jestem wielbicielką kosztowała mnie 12,99zł (była tańsza z kartą Lifestyle), peeling enzymatyczny Dermika z serii Pure kosztował 9,99zł (aż żal było nie kupić), a cena balsamu do ust Balmi Malina to 13,99zł. Za ściereczki do wycierania różnych powierzchni zapłaciłam 3,99zł i muszę wam powiedzieć, że świetnie sprawdzają się one do wycierania szklanych powierzchni, ponieważ nie zostawiają na nich żadnych smug. Tak więc śmiało możecie sobie odpuścić dodatkowe ich czyszczenie płynem do mycia szyb.


W Biedronce kupiłam sobie łagodny żel-piankę do mycia twarzy firmy Tołpa. Produkt ten kosztował mnie 16,99zł i mimo, że dobrze i w miarę delikatnie oczyszcza, nie uwiódł mnie jakoś specjalnie. Raczej ponownie się na niego nie skuszę. Tak poza tym z pianką to on nie ma nic wspólnego. Za 4,99zł kupiłam sobie kolagenowe płatki pod oczy Prreti o zapachu truskawki. Muszę przyznać, że całkiem dobrze się sprawdzają i w dodatku naprawdę przyjemnie pachną.
Kilka dni temu będąc w Biedronce na kolejnych zakupach wypatrzyłam satynowe wieszaki, na które od dawna już polowałam. Oczywiście od razu znalazły się w moim koszyku, bo kosztowały tyko 14,99zł za 5szt. Nie mogłam się także oprzeć pokusie posiadania sówki, czyli balsamu do ust zamkniętego w tym słodkim opakowaniu przedstawiającym sowę. Kosztował on 6,99zł, więc skusiłam się na dwie wersje zapachowe: pomarańczową i jagodową. Białą doniczkę (podobną do tej z Ikea) dorwałam za 6zł i aktualnie trzymam w niej pędzle do makijażu.


W Sephorze zakupiłam sobie pędzelek do blendowania, który kosztował mnie 21zł. Jego regularna cena to 35zł, więc całkiem sporo jak za taki malutki pędzelek, jednak Alicja z bloga lusiakowy.blogspot.com uratowała mnie przed tą ceną, dając mi puste opakowanie po kolorowym kosmetyku, które nosiła ze sobą w torebce "tak na wszelki wypadek". Dzięki Alu raz jeszcze za ten dar :*
W Rossmann'ie kupiłam sobie kilka kosmetyków korzystając z promocji -49% na kolorówkę. Bibułki matujące Wibo kosztowały mnie 2,90zł, a za rozświetlający korektor pod oczy również marki Wibo zapłaciłam 7,44zł. Do mojej kosmetyczki trafiły także aż trzy podkłady: mój ulubiony Revlon Nearly Naked w odcieniu 120 Vanilla, który kosztował mnie 25,49zł, matujący podkład True Match w odcieniu N1 Ivory, za który zapłaciłam 30,08zł (swoją drogą ten podkład totalnie się u mnie nie sprawdza) oraz rozświetlający podkład firmy Bell w odcieniu 01 Light Beige, którego jeszcze nie używałam, a który kosztował mnie 12,74zł. Oprócz podkładów zakupiłam też sobie rozświetlacz Silver firmy Lovely, który kosztował mnie śmieszne pieniądze, bo dałam za niego aż 4,59zł, a okazał się strzałem w dziesiątkę i stał się moim ulubieńcem. W promocji były też kapsułki do twarzy Rival de Loop, które mają naprawdę dobry skład i działanie. Zapłaciłam za nie tylko 2,99zł.


Oprócz powyższych produktów, w Rossmann'ie zakupiłam także mydło w płynie Isana "Ahoj Morze"w cenie 2,49zł oraz uzupełniacz z limitowanej, wiosennej edycji za 2,29zł. Ostatnio polubiłam się z farbami do włosów Olia, bo po ich użyciu moje włosy naprawdę ślicznie się błyszczą, a kolor tak bardzo się nie wypłukuje. Cena tej farby w promocji to 14,99zł. Za pomadkę HYPOAllergenic w odcieniu 06 firmy Bell w promocji -49% zapłaciłam 5,09zł. Jest to taka farbka w płynie, która na ustach utrzymuje się naprawdę długo, wręcz się w nie wżera i schodzi z nich równomiernie. Za matową pomadkę firmy Astor w odcieniu 215 Just so Stylish zapłaciłam 14,27zł i muszę przyznać, że mimo pięknego koloru jaki posiada nie jest to produkt, który mnie urzekł. Niestety osadza się na zębach oraz bardzo szybko schodzi z ust, więc co chwilę muszę zerkać w lusterko, czy szminka jest na swoim miejscu. Myślę, że napiszę o tej pomadce osobną recenzję, co byście wiedziały o niej nieco więcej.


Jako, że 5 czerwca rozpoczęłam swój urlop na Zakynthosie musiałam się zaopatrzyć w jakieś balsamy do opalania z filtrem. Mój wybór padł na emulsję do opalania dla dzieci SPF50 firmy Kolastyna, która kosztowała mnie 19,29zł oraz na balsam do opalania SPF30 firmy Sun Ozon o tropikalnym zapachu, za który zapłaciłam 17,99zł. Dodatkowo w drogerii Natura kupiłam sobie przyspieszacz opalania firmy Ziaja. Czytałam o nim wiele pozytywnych opinii, więc dałam się na niego skusić, a że kosztował 7,49zł to tym bardziej musiałam go mieć.


Z Avon'u zamówiłam sobie z serii Sun+ krem do twarzy z filtrem SPF50, za który dałam 12,99zł, pomadkę do ust z filtrem SPF30 za 5,99zł oraz chłodzący żel po opalaniu, który kosztował mnie 7,99zł. Myślę, że stworzę wam post o tych wszystkich produktach do i po opalaniu, ale muszę znaleźć trochę czasu, aby to wszystko ogarnąć, a niestety dwa miejsca pracy pochłaniają mi sporą jego ilość.


Jeśli chodzi o prezenty to od mojej przyjaciółki mieszkającej w Holandii dostałam w prezencie dwa zapachy oraz olejek do włosów Essence Ultime Diamond Color firmy Schwarzkopf. Wody toaletowej Guess Seduction jeszcze nie używałam, za to całkowicie zakochałam się w słodkiej wodzie perfumowanej Niny Ricci o nazwie Ricci Ricci. Podoba mi się także jej uroczy flakonik, który za niedługo zaprezentuję wam w osobnym poście. Dzięki Klauduś za prezenty :*


Jakiś czas temu zakupiłam sobie nową suszarkę do włosów firmy Philips. Marka ta ogłosiła w tym czasie promocję, która polegała na tym, że trzeba było wysłać im kod kredkowy zakupionego produktu do stylizacji włosów, czyli kod z opakowania suszarki, prostownicy lub lokówki. Do wygrania były kosmetyczki i torebki kopertówki firmy Batycki. Jako, że moja suszarka nie przekroczyła kwoty 250zł mogłam dostać tylko kosmetyczkę. Jakież było moje zdziwienie jak jakiś pan zadzwonił do mnie pewnego dnia z Warszawy ogłaszając, iż jedna z tych kosmetyczek trafia do mnie. Doszła do mnie dopiero jakieś dwa tygodnie temu, jak już zwątpiłam, że ją w ogóle dostanę. Dzięki tej promocji mam małą, solidnie wykonaną kosmetyczkę, którą z dumą noszę w torebce. Niestety jest zbyt mała, żeby nosić w niej wiele kosmetyków, ale mi jej pojemność w zupełności wystarcza.


Firma Bio-beauty.pl wysłała mi (w sumie niespodziewaną) przesyłkę, w której znalazłam dwa naturalne kosmetyki. Jeden z nich to szampon do włosów cienkich zawierający w sobie kofeinę firmy Alva, a drugi produkt to odżywka do włosów regenerująca i ułatwiająca rozczesywanie 2w1 firmy Born to Bio. Dodatkowo w paczce znalazłam miniaturkę kremu do rąk i kilka próbek, które poleciały ze mną na Zakynthos. Za niedługo spodziewajcie się recenzji tych kosmetyków.

To by było na tyle jeśli chodzi o moje zakupy kosmetyczne. Jeśli zaś chodzi o zakupy w stylu ciuchy, dodatki do domu i inne tego typu produkty to w ciągu ostatnich trzech miesięcy trochę tego kupiłam, ale haul'u z zakupami niekosmetycznymi robić nie będę. Napiszę tylko, że upolowałam wiele bluzek, topów i T-shirt'ów w naprawdę dobrej cenie. Jakościowo też są całkiem, całkiem ;)
A jak u was z wydawaniem pieniędzy na kosmetyki i rzeczy niekosmetyczne? Raczej oszczędnie, czy poszaleliście? Dajcie także znać, gdzie wy wybieracie się na tegoroczne wakacje :)

środa, 3 czerwca 2015

Ulubieńcy maja


Nareszcie przyszedł upragniony koniec miesiąca, a to oznacza, że czas na ulubieńców. Bardzo się cieszę, że nadszedł już czerwiec, ponieważ już jutro wyjeżdżam na upragniony urlop do Grecji, a dokładnie lecę na Zakynthos. Mam nadzieję, że pogoda dopisze i że przyjadę chociaż troszkę opalona :D Może po powrocie stworzę posta podróżniczego, gdzie będziecie mieli okazję zobaczyć zdjęcia z tej urokliwej wyspy, a jeśli mi się uda to może stworzę także vloga. Dajcie znać, czy chcecie taki post :)


Przechodząc jednak do tematu moich majowych ulubieńców chciałabym przedstawić wam trzy produkty, które w tym miesiącu notorycznie molestowałam. Tak naprawdę majowych ulubieńców powinno być nieco więcej, ale nie chcę wam tu pokazywać reszty używanych przeze mnie kosmetyków, ponieważ znalazły się już one w ulubieńcach marca i kwietnia, więc nie chcę ich powielać.


Pierwszym moim ulubieńcem jest odżywka do włosów mango i aloes firmy Balea. Jeju jak ten kosmetyk pięknie pachnie! Gdyby były perfumy o takim zapachu to na pewno byłyby już moje. Jeśli ktoś uwielbia mocno słodkie zapachy to w tym na pewno się zakocha. Samo działanie odżywki również jest świetne. Po jej użyciu włosy są miękkie, gładkie i błyszczące. Nie są obciążone, pięknie pachną lecz zapach dosyć szybko ulatnia się z włosów. Jeśli ktoś posiada włosy suche to na pewno będzie oczarowany tą odżywką, bo pięknie nawilża ona włosy. Osoby które stosują wegańskie kosmetyki tym bardziej pokochają ten produkt. Kosmetyk ten nie zawiera silikonów, a w dodatku kosztuje grosze, bo około 6-8zł. Troszeczkę nie podoba mi się konsystencja, bo jest ona dosyć wodnista, ale jak na tak tani produkt o tak dobrym działaniu to można przymknąć na ten fakt oko. Przy dłuższym jej użytkowaniu zauważyłam, że włosy po niej wyglądają na zdrowsze, nie puszą się tak jak kiedyś i lepiej się rozczesują (ale i tak dodatkowo stosuję produkt ułatwiający rozczesywanie włosów). Jest to naprawdę świetny produkt za małe pieniądze. Kolejne opakowanie czeka już u mnie w kolejce do zużycia.


Kolejny ulubieniec to nawilżające mleczko-nektar firmy Tołpa z serii Botanic Amarantus. Ten produkt także uwiódł mnie swoim zapachem. Delikatny, kwiatowy zapach sprawia, że samo wcieranie mleczka w ciało staje się już przyjemnością. Zapach pozostaje na ciele kilka godzin, a potem niestety się ulatnia. Konsystencja tego produktu jest typowa jak na mleczko do ciała, czyli niezbyt gęsta. Szybko wchłania się w ciało, nie maże się i pięknie daje się rozsmarować na ciele. Praktycznie od razu po wysmarowaniu ciała mleczkiem można się już ubrać bez obawy, że na ubraniu pozostaną plamy. Jeśli chodzi o skład to jest on naprawdę przyjemny i posiada 20 pozycji. Na trzecim miejscu według INCI, zaraz po wodzie i emoliencie, znajdziemy glicerynę, następnie masło shea, olej ze słodkich migdałów, mocznik oraz ekstrakt z torfu. Dopiero na jedenastym miejscu znajdziemy ekstrakt z amarantusa. W składzie nie znajdziemy sztucznych barwników, silikonów, parafiny ani parabenów, więc osoby nie lubiące takiej chemii będą raczej zadowolone z tego składu. Samo działanie jest naprawdę świetne. Jestem posiadaczką skóry suchej i muszę przyznać, że użycie tego mleczka tylko po kąpieli gwarantuje mi optymalny poziom nawilżenia. Po użyciu skóra jest gładka, miękka, bardziej elastyczna i tak jak wspomniałam bardzo dobrze nawilżona. Planuję to mleczko zabrać ze sobą na wakacje i stosować je każdego dnia po opalaniu. Jego cena to około 25zł za 200ml, więc nie mało jak na balsam do ciała, ale uwierzcie mi warto się w to mleczko chociaż raz zaopatrzyć i go wypróbować, bo to jest ono naprawdę wydajne. Ja swoje mleczko dostałam na rybnickim spotkaniu blogerek, ale ostatnio zakupiłam w Rossmann'ie kolejne opakowanie, bo było w promocji za 20zł.


Ostatni ulubieniec to rozświetlacz do twarzy o chłodnym odcieniu firmy Lovely. Produkt ten możecie znaleźć w Rossmann'ie za 9zł bez promocji, więc jest to naprawdę tani produkt. Ja swój zakupiłam podczas ostatniej promocji chyba za 4.50zł :D Upolowałam ostatnie opakowanie, które chyba na mnie czekało :)
Lovely wypuściło na rynek dwa rozświetlacze do twarzy. Jeden w ciepłym odcieniu o nazwie Gold, a drugi w chłodnym odcieniu o nazwie Silver, czyli ten który mam ja. Chciałam upolować złoty, ale niestety mój Rossmann ciągle ich nie ma, nawet w regularnej cenie. Zawsze miejsce gdzie się znajdują świeci pustkami. Wróćmy jednak do recenzowanego produktu i jego działania. Zacznę może od tego, że naprawdę niewiele go trzeba, aby na policzkach utworzyła się piękna, rozświetlająca tafla. Produkt ten jest dobrze napigmentowany dlatego trzeba uważać żeby z nim nie przesadzić, bo po nałożeniu na policzki możemy wyglądać co najmniej dziwnie, żeby nie powiedzieć, że będziecie się świeciły się jak lampki na choince. Najlepiej strzepnąć nadmiar kosmetyku z pędzla delikatnie uderzając rączką pędzla w dłoń. Osoby o zimnej karnacji, takiej jak moja, będą zadowolone z tego rozświetlacza mimo, iż jest on w chłodnej tonacji. Nada się on nie tylko do rozświetlania policzków, ale także i do nałożenia w wewnętrznym kąciku oka. Zastosowałam go także raz do rozświetlenia łuku brwiowego, ale niestety u mnie nie wygląda on zbyt dobrze w tym miejscu.
Jest to kosmetyk bardzo trwały, który się nie osypuje i nie pyli. Nawet po kilkunastu godzinach nadal mamy pięknie rozświetlone policzki. Może nie jest już to taki intensywny błysk jak zaraz po nałożeniu, ale nadal go widać i nadal znajduje się on w tym samym miejscu, a nie np. na brodzie. Niestety opakowanie jest niezbyt trwałe. Raz mi spadło i wkład odkleił się od opakowania, dlatego muszę uważać przy otwieraniu, aby rozświelacz mi nie wypadł. Na szczęście podczas upadku nie rozwalił się i nadal jest w całości. Mimo wszystko jest to naprawdę godny polecenia produkt.

Czy któryś z moich ulubieńców was zaciekawił, a może go macie lub miałyście i również byłyście z niego zadowolone, a może nie? Dajcie znać w komentarzach o waszych ulubieńcach :)

sobota, 30 maja 2015

Nawilżająca odżywka zwiększająca objętość włosów włoskiej firmy Equilibra


Hej :)
Dzisiaj chciałabym wam przedstawić produkt, który otrzymałam na ostatnim rybnickim spotkaniu blogerek. Jest to nawilżająca odżywka zwiększająca objętość włosów włoskiej firmy Equilibra. Jest to już moje drugie opakowanie tego produktu, jednak mimo to nadal nie wiem, czy tą odżywkę lubię czy nie. Mam wobec niej naprawdę mieszane uczucia, a jeśli chcecie się dowiedzieć dlaczego to zapraszam do poniższej lektury.


Opis producenta:  
NAWILŻAJĄCA ODŻYWKA ZWIĘKSZAJĄCA OBJĘTOŚĆ WŁOSÓW Equilibra zawiera specjalny kompleks roślinny PHYTOSYNERGIA (aloes+ olejek Arganowy + keratyna z protein pszenicznych ), który odżywia, nawilża i odbudowuje trzon włosa. Odżywka o gęstej, kremowej konsystencji, idealna dla przesuszonych włosów, głęboko nawilża, przywracając włosom miękkość. Specjalna formuła tworzy na trzonie włosa cienką warstwę ochronną, poprawiając elastyczność włosów , ułatwia rozczesywanie a także . Włosy zwiększają swoją objętość i odzyskują blask.
ZAWIERA:
► Proteiny jedwabne: otulają włosy warstwą ochronną
► Witamina E: zapobiega starzeniu się włosa
► Keratyna wełniana: wzmacnia strukturę włosa pokrywając go warstwą ochronną
► PHYTOSINERGIA: kompleks roślinny o działaniu regenerującym w jego skład wchodzi: Aloes, Olejek Arganowy, Keratyna.

Sposób użycia: Wmasować w wilgotne włosy, następnie spłukać.

NIE ZAWIERA SZTUCZNYCH BARWNIKÓW►NIE ZAWIERA ALERGENÓW►NIE ZAWIERA PARABENÓW


Zacznijmy od głównego minusa tego kosmetyku, czyli zapachu. Jak dla mnie jest mało przyjemny. Ciężko mi go opisać, ale pachnie trochę tak jakbyście połączyli zapach keratyny z zapachem starych ziół. Nie jest on jakoś długo wyczuwalny na włosach, ale podczas samej aplikacji ciężko było mi go strawić i dosyć szybko spłukiwałam ten produkt z włosów, bo mój nos nie umiał się z tym zapachem oswoić.  
Regularna cena tego kosmetyku to 21.59zł, a teraz cena tej odżywki na stronie producenta wynosi 17,27zł w promocji. Kupić ją możecie TUTAJ. Patrząc na przyjemny skład tego kosmetyku można powiedzieć, że nie jest to cena wygórowana. A w składzie już na drugim miejscu znaleźć możemy aloes, na szóstym miejscu mamy olejek arganowy, później proteiny jedwabiu i troszkę dalej keratynę z protein pszenicznych oraz witaminę E. Nie znajdziemy w nim sztucznych barwników, alergenów czy parabenów, więc myślę, że osoby lubiące mało chemii w kosmetykach będą z tego składu zadowolone. 
Konsystencja tej odżywki jest kremowa i gęsta, więc nie potrzeba jej dużo, aby wetrzeć ją w całe włosy. Dzięki temu produkt ten był ze mną naprawdę długo, więc jak widać wydajność jest naprawdę bardzo dobra. Teraz przejdźmy jednak do samego działania. Moje włosy były po tej odżywce błyszczące, nawilżone, miękkie, oraz przyjemne w dotyku, ale niestety nie były gładkie, a tym bardziej nie zyskały na objętości, a przecież producent pisze, że odżywka ta ma zwiększać objętość włosów. Może troszeczkę lepiej się rozczesywały niż po użyciu innych odżywek, które aktualnie używam, ale mimo wszystko nadal miałam problem w rozczesaniem moich mocno plączących się włosów. Mimo, że odżywkę zdarzało mi się nałożyć także na skórę głowy, nie została ona podrażniona, ani nie pojawił się na niej łupież. Produkt ten także dobrze i szybko spłukuje się z włosów.
Na końcu przejdźmy do opakowania. Jak widać jest to tubka wykonana z giętkiego plastyku, dzięki czemu możemy ją rozciąć i wydobyć z niej resztki odżywki. Muszę wam jednak powiedzieć, że odżywka ta świetnie spływa na dno, więc praktycznie cały kosmetyk zostanie i tak zużyty. Ja po rozcięciu opakowania nie znalazłam tam nawet takiej ilości produktu, aby pokryć nim całe włosy. Może na połowę długości mi starczyło. Także jeśli nawet nie rozetniecie tej tubki to nie zmarnujecie jakiejś oszałamiającej ilości kosmetyku.


Podsumowując: gdyby nie ten przykry dla mojego nosa zapach to może odżywka ta stałaby się moim ulubieńcem. Działanie i skład są naprawdę dobre, więc jeśli jesteście w stanie strawić jakikolwiek ziołowo-keratynowy zapach to powinnyście się polubić z tym produktem.

Moja ogólna ocena: 4-/5

wtorek, 26 maja 2015

The Secret Soap Store: arbuzowy peeling i mydełko


Hej :)
Na ostatnim blogerskim spotkaniu w Rybniku otrzymałam od firmy The Secret Soap Store dwa arbuzowe kosmetyki. Bardzo się ucieszyłam, że akurat ta firma nam coś przesłała. Miałam kilka ich kosmetyków i z wszystkich nich byłam zadowolona. Nie inaczej jest tym razem.


To co najbardziej sobie upodobałam to naturalne mydełko arbuzowe, które zawiera w sobie ziarenka czarnuszki. Myślę, że producent dodał je do tego produktu, aby zwiększyć atrakcyjność jego wyglądu, a nie np. aby mydełko to miało działanie peelingujące. Zapach tego kosmetyku całkiem długo utrzymuje się na ciele. Jest on delikatnie arbuzowy, całkiem przyjemny mimo, że nie lubię smaku i zapachu arbuza. W miarę zużywania się mydełko zaczyna pękać, co niezbyt estetycznie wygląda. Wykonane jest ponoć z naturalnych składników, ale niestety nigdzie nie umiałam znaleźć jego składu. Dobrze się pieni, delikatnie lecz dobrze oczyszczając przy tym skórę. Cena tego produktu to około 20zł za 100g.


Kolejnym arbuzowym produktem jest peeling do ciała cukrowo-solny, który pachnie nieco bardziej słodko i intensywniej niż mydełko. Zaliczyłabym go raczej do peelingów gruboziarnistych, chociaż jego drobinki wcale nie są jakieś duże. Opakowanie to mały, okrągły słoiczek, który dodatkowo zabezpieczony został aluminiową osłonką, dzięki czemu wiemy, że nikt go wcześniej nie otwierał. Peeling delikatnie zdziera z naszej skóry martwy naskórek, nie podrażniając jej przy tym mimo, że zawiera w sobie sól. Jeśli sól dostanie się do ranki to coś tam zaszczypie, ale nie tak bardzo jak w przypadku czystego solnego peelingu.
Produkt ten nie wysusza naszej skóry, a wręcz ją nawilża i odżywia, a to wszystko dzięki mieszance olejków, które po zmyciu resztek peelingu ze skóry, tworzą na niej ochronny film. Mimo wszystko radzę po peelingu zastosować jakiś balsam nawilżający, bo oprócz tego, że lepiej się wchłonie, to także spotęguje nieco nawilżenie pozostawione po olejach. W trakcie rozsmarowywania peelingu na ciele, zaczyna się on pod wpływem ciepła delikatnie topić i wtedy dopiero czujemy te wszystkie olejki zawarte w produkcie. Po zmyciu resztek nasza skóra od razu staje się gładka, miękka i przyjemna w dotyku. Konsystencja tego kosmetyku jest gęsta i treściwa. Nic nie przelewa się nam w palcach, dzięki czemu nie musimy się martwić, że produkt zamiast na naszej skórze wyląduje na podłodze. Skład jest naprawdę dobry, jednak cena trochę spora, bo około 35zł za 200g.


Opis producenta:
Gruboziarnisty peeling cukrowo-solny, na bazie olejków: avocado, macadamia, arganowego, jojoba, oliwy z oliwek z dodatkiem nasion czarnuszki i ekstraktu z arbuza. Zawiera nowoczesny kompleks nawilżający. Polecany do zabiegów odżywczych, regeneracyjnych i nawilżających. Doskonały do pielęgnacji skóry odwodnionej, bardzo suchej, pozbawionej blasku i witalności.


Tak oto prezentuje się mój letni, arbuzowy duet The Secret Soap Store. Z obu tych kosmetyków jestem naprawdę zadowolona i bardzo chętnie ich używam. Nie wiem, jak wy, ale ja mydełka z tej firmy używam także do mycia twarzy i muszę przyznać, że w tej roli naprawdę dobrze się spisują.

A wy znacie kosmetyki The Secret Soap Store? Jeśli tak to dajcie mi znać co warto u nich kupić :)

wtorek, 19 maja 2015

Spóźnieni ulubieńcy kwietnia


Hej :)
Dzisiaj przyszedł w końcu czas na ulubieńców kwietnia. Wiem, że powoli już czas na ulubieńców maja, a u mnie dopiero ulubieńcy kwietnia, ale natłok pracy i obowiązków skutecznie uniemożliwił mi pisanie nowych postów. Co do postów to uwielbiam te z ulubieńcami, bo dzięki nim mogę znaleźć coś dla siebie, co może i u mnie będzie hitem. Już wiele razy kupiłam coś dzięki ulubieńcom, których zaprezentowaliście na swoich blogach i w filmikach i wasze hity stały się także moimi hitami. Mam nadzieję, że moi kwietniowi ulubieńcy również i u was się sprawdzą, jeśli skusicie się na ich zakup.


Hitem hitów w moim makijażu okazał się podkład Lasting Finish firmy Rimmel. Swój posiadam w najjaśniejszym odcieniu 010 Light Porcelain i jest to dla mnie odcień idealny. Podkład posiada SPF20 co dla mnie jest ogromnym plusem, bo oprócz ujednolicenia kolorytu skóry, także chroni ją przez szkodliwym promieniowaniem słonecznym. Producent pisze, że podkład powinien się utrzymać do 25 godzin. Niestety nie jestem w stanie tego stwierdzić, bo podkład mam na swojej twarzy maksymalnie 15 godzin. U mnie bez poprawek utrzymuje się naprawdę bardzo długo. Bez dotykania utrzymuje się na skórze nawet do 10 godzin. Kryje średnio, ale jak dla mnie wystarczająco i zdecydowanie lepiej niż np. dużo droższy Loreal True Match, który dla mnie jest totalną klapą. Pięknie wtapia się w skórę, naturalnie na niej wygląda. Podkład ten zabieram ze sobą na wakacje, bo jako jedyny ma filtr przeciwsłoneczny i naprawdę dobrze i naturalnie wygląda na twarzy.


Jeśli chodzi o kolorówkę to w kwietniu zdecydowanie często molestowałam pomadkę Rimmel Lasting Finish z serii Kate w odcieniu 16. Szminka ta na moich ustach nie utrzymuje się jakoś super długo, ale w porównaniu z innymi szminkami jej trwałość jest naprawdę całkiem dobra. Pomadkę tę pokochałam głównie ze względu na świetną pigmentację i kolor, który w zależności od światła raz jest różowo-koralowy, a raz brzoskwiniowy. Wykończenie kremowo-satynowe bardzo mi się podoba i dzięki niemu szminka sunie po ustach jak masełko. Oprócz pięknego koloru pomadka ma także ładny, słodki zapach oraz eleganckie i trwałe opakowanie.


Będąc w Super Pharm'ie dałam się skusić na balsam do ust Balmi, który skusił mnie swym opakowaniem i ceną. Zapłaciłam za niego jakoś 16zł, więc mimo wszystko nie mało jak na balsam do ust, ale przeczytałam o nim kilka pozytywnych recenzji i to one spowodowały, że go teraz mam. Mam go już pół roku, ale dopiero teraz się w nim zakochałam. Swoją wersję posiadam w wersji malinowej, ale tu chodzi chyba tylko o kolor opakowania, bo produkt ten nie ma ani malinowego zapachu ani smaku. Pachnie dziwnie, ale przyjemnie. Jego konsystencja jest masełkowata, dzięki czemu sunie po ustach gładko. Nie klei ust, nie barwi ich, świetnie je nawilża i odżywia, szczególnie w okresie jesienno-zimowym. Gdy miałam popękane usta od zimna, od razu zaczynałam ten produkt stosować i problem znikał już po kilku dniach. Kosmetyk ten posiada SPF15, więc dodatkowo chroni nasze usta przed szkodliwymi promieniami słonecznymi. Zamknięty jest w plastykowym, kwadratowym pojemniku, który możemy dopiąć np. do zamka z portfela, czy kluczy. Opakowanie się nie otwiera i do tej pory nic mi w nim nie pękło, ani nie złamało. W tym maleńkim opakowaniu mamy 7g balsamu do ust, który ma całkiem dobrą wydajność.


Ostatni mój ulubieniec to odżywczy szampon do włosów Biokap, który otrzymałam na rybnickim spotkaniu blogerek. Nie raz wam powtarzałam, że dla mnie szampon nie ma większego znaczenia. Byleby tylko dobrze oczyszczał włosy i nie przyspieszał ich przetłuszczania. Jednak po użyciu tego szamponu naprawdę z czystym sercem mogę stwierdzić, że szampon szamponowi nie jest równy. Kosmetyk ten jest niesamowicie wydajny, naprawdę niewiele go trzeba żeby zaczął się pienić. Konsystencja jak u typowego szamponu. Zapach przyjemny. Co do działania to po użyciu tego kosmetyku moje włosy są mięsiste, niesamowicie miękkie i lejące, i tak się nie plączą jak po użyciu zwykłego, drogeryjnego szamponu za dyszkę. Po użyciu dobrej odżywki efekt jest jeszcze bardziej spotęgowany. Jest to jedyny szampon, po którego użyciu nie muszę stosować odżywki, bo już sam w sobie sprawia, że włosy wyglądają pięknie i są naprawdę przyjemne w dotyku. Stosowany wraz z odżywką powoduje efekt "wow" <3


Tak oto prezentują się moi spóźnieni ulubieńcy kwietnia. Po części są to też ulubieńcy maja, bo w tym miesiącu równie często ich używałam. Naprawdę pokochałam te kosmetyki i myślę, że znów je zakupię.
Znacie, któryś z moich hitów miesiąca, a może któryś was tak bardzo zainteresował, że zamierzacie go kupić? :)

wtorek, 5 maja 2015

Spotkanie z Mary Kay w Rybniku


Cześć :)
W końcu znalazłam chwilę żeby opisać wam moją relację ze spotkania blogerek w Rybniku, które odbyło się w sobotę 25 kwietnia. Spotkałyśmy się dosyć wcześnie, bo już o 14.30, a ja (jak się okazało) byłam ostatnia. Pani Ania chwilę szybciej rozpoczęła swoją prezentację na temat firmy Mary Kay, w której jest doradcą do spraw pielęgnacji i wizażu, więc niewiele mnie ominęło.


Pani Ania była jedynym przedstawicielem firmy, który nas odwiedził i to dzięki niej (a raczej dzięki temu, że na ostatnim spotkaniu blogerek nie mogła z nami przeprowadzić rozmowy z powodu choroby dziecka) to spotkanie się odbyło. Organizatorami tego meetingu były szalone Renia i Anita :)
Po krótkim przedstawieniu nam kosmetyków do pielęgnacji twarzy i ciała, pani Ania pozwoliła nam je użyć, a trzy ochotniczki mogły oczyścić swoją twarz i oddać się w ręce pani Ani, aby ta wykonała im makijaż. Muszę szczerze przyznać, że w słabym, restauracyjnym oświetleniu makijaże dziewczyn nawet dobrze wyglądały, jednak gdy wyszły na dwór do pełnego słońca czar makijażu prysł. Wyglądały o wiele starzej niż są w rzeczywistości i było widać, że wykonane na nich makijaże nie były wykonane precyzyjnie. Ja tam żadną makijażystką nie jestem i na co dzień wykonuję raczej minimalny makijaż (podkład, puder, tusz i róż), ale mam wrażenie, że sama siebie bym lepiej pomalowała. Co do makijażu samej pani Ani nie mogę się przyczepić, bo wyglądała naprawdę dobrze.


Gdy już dziewczyny zostały umalowane, przyszedł czas na jedzonko. Muszę przyznać, że nie byłam zadowolona z obsługi w lokalu, w którym byłyśmy, ponieważ zamawiałam naleśnika z warzywami i kurczakiem bez pomidorów, a niestety dostałam go z pomidorami. Nawet kelnerka przed podaniem mi go powiedziała, że jest to naleśnik bez pomidorów. No trudno. Nie chciałam się kłócić i psuć sobie i komuś dnia, więc pomidory wyjęłam z naleśnika, a resztę zjadłam.
Na poniższym zdjęciu widać jak bardzo byłam zaaferowana wybieraniem dla siebie czegoś do jedzenia. Taka byłam głodna :P


Po zjedzeniu i wypiciu tego co sobie zamówiłyśmy przyszedł czas na babskie pogaduchy. Jak zwykle było miło i sympatycznie, a rozmowy z dziewczynami zawsze wprowadzają mnie w dobry nastrój.


Na końcu Anita z Renią wręczyły nam pakunki z niespodziankami od sponsorów. Kilka z tych rzeczy wpadło mi w oko i już rozpoczęłam ich testowanie. Część z nich zamierzam nawet zabrać ze sobą na upragniony urlop.


Nasze dwie szalone organizatorki <3 Renia robiła za paparazzi, a jak nie robiła zdjęć to zagadywała Anitę :) To były takie nasze dwie ładniutkie organizatorko-aparatki :D


W spotkaniu udział wzięło 11 dziewczyn:
11. i ja :)

Zdjęcia ze spotkania zapożyczyłam od dziewczyn z blogów:
http://kosmetykowyswiat.blogspot.com/
http://77dakota.blogspot.com/
http://renia114.blogspot.com/
http://www.naszadrogado.pl/
Dzięki dziewczyny za ich udostępnienie :)

A oto nasi sponsorzy, którym serdecznie dziękuję za dary losu. Od razu napiszę, że recenzje nie pojawią się szybko ze względu na ciągłe przebywanie w pracy, aż do końca maja, a potem ruszam na urlop do Grecji.



Światek blogerski jest naprawdę cudownym miejscem i cieszę się, że mogę w nim uczestniczyć nie tylko poprzez tworzenie postów na bloga, ale także poprzez spotykanie się z dziewczynami mającymi tę samą pasję co ja. Niestety niezwykle ubolewam nad tym, że nie mam już na bloga tyle czasu co kiedyś, bo czas ten zabrały mi dwa miejsca pracy. No, ale jak się chce mieć kasę żeby móc się jakoś utrzymać to trzeba chodzić do pracy, bo z bloga się nie wyżyje.
Jeszcze raz dzięki dziewczyny za miłe towarzystwo! Anicie i Renacie dziękuję za umożliwienie mi udziału bycia na tym spotkaniu, a sponsorom dziękuję za zasilenie moich zapasów kosmetycznych :)

czwartek, 30 kwietnia 2015

Czym mi pachnie, czyli moje świece Yankee Candle


Cześć :)
Dzisiejszym tematem posta będą moje świece Yankee Candle. Aktualnie w swojej kolekcji posiadam trzy duże słoje i tak bardzo się w nich zakochałam, że planuję zakup jeszcze jakichś. Oczywiście muszę najpierw trafić na zapach, który mnie oczaruje :)


Pierwszą świecą jaką sobie kupiłam była świeca o zapachu Black Coconut należąca do zapachów świeżych z serii classic. Black Coconut to nic innego jak połączenie kokosa z wanilią, jednak producent pisze, że wyczuwalnymi aromatami są dojrzały kokos, egzotyczne kwiaty oraz drzewo cedrowe. Jest to najbardziej intensywna świeca jaką posiadam. Po jej zapaleniu, już po kilku minutach, czuć zapach w całym moim pokoju (który notabene nie jest mały). W miarę palenia zapach roznosi się już nie tylko po moim pokoju, ale także i reszcie domu. Po wygaszeniu świecy i pójściu spać, a później po przebudzeniu się, nadal czuć słodki zapach unoszący się po pokoju. Muszę przyznać, że ten zapach pozytywnie mnie nastraja. Dzięki niemu mam wrażenie, że wakacje coraz bliżej :) Ten zapach bardzo lubię i naprawdę chętnie go palę.


Drugi zapach, który nabyłam to Snow In Love, który pochodzi z okolicznościowej linii zapachowej Yankee Candle z serii classic. Wyczuwalne aromaty to drzewa iglaste i paczula. Rzeczywiście czuć iglaki, ale są to delikatne nuty zapachowe, które po zapaleniu są ledwie wyczuwalne. Sam zapach jest zapachem perfumeryjnym. Przypomina mi jakieś drogeryjne perfumy, tylko nie mogę sobie przypomnieć jakie. Nie jest jakiś wybitnie intensywny, ale czuć go w pokoju. Niemniej jednak to nie do końca mój zapach. Planuję go wymienić na jakiś inny, bardziej słodszy lub kwiatowy zapach.


Kolejny lubiany przeze mnie zapach to Soft Blanket, czyli zapach, który ma nas otulać tak jak delikatny ręcznik otula nasze ciało. Zapach należy do zapachów świeżych z serii classic. Wyczuwalne aromaty to cytrusy, wanilia oraz bursztyn. Moim zdaniem najbardziej czuć tutaj wanilię, cytrusy czuć delikatnie, a czy czuć bursztyn to nie wiem, bo nie wiem jak on pachnie. Nie jest to jednak tak intensywny zapach jak Black Coconut, ale jest on wyczuwalny w obrębie pokoju. Mimo to musi się ta świeca palić dłużej niż świeca powyższa, aby zapach był wyczuwalny. Moją świecę nabyłam w sklepie Zielona Mydlarnia, który znajduje się w Katowicach. Właścicielką jest urocza Klaudia, która przygotowała dla moich czytelników rabat na zapachy Yankee Candle i Kringle Candle.


Na hasło TODAY otrzymacie W ZIELONEJ MYDLARNI -10% zniżki na woski, samplery oraz zapachy do auta Yankee Candle i Kringle Candle, a na dowolną świecę otrzymacie -15%. RABAT TEN MOŻECIE WYKORZYSTAĆ W SKLEPIE STACJONARNYM W KATOWICACH.

Duże świece u Klaudii kosztują 89zł, a więc po rabacie możecie je kupić za 75,65zł. Niestety oferta ta skierowana jest głównie dla osób mieszkających w Katowicach lub okolicach. Sklep internetowy jeszcze nie został otwarty, ale z tego co wiem to Klaudia ma plany, aby takowy sklep uruchomić. 
Zielona Mydlarnia znajduje się w Katowicach na ulicy Wawelskiej 2, blisko Galerii Katowickiej. Oprócz przeróżnych zapachów sklep ten oferuje także naturalne kosmetyki.


Lubicie któryś z tych zapachów? Ja uwielbiam miśka i czarnego kokosa. Z wosków, które posiadam, żaden niestety nie zachwycił mnie na tyle żeby zakupić świecę :(

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...