niedziela, 3 lipca 2016

Projekt denko, czyli zużycia kwietniowo-majowo-czerwcowe (bardzo dużo zużytych kosmetyków do włosów)


Hej, hej, hej :)
Po kolejnym naprawdę długim okresie mojej nieobecności tutaj, postanowiłam stworzyć w końcu jakiś post, a że reklamówka z pustymi opakowaniami już przebierała to temat i okazja do napisania nowego posta same się znalazły.


Dzisiejszy post mam nadzieję przypadnie do gustu osobom dbającym o włosy, ponieważ znajdziecie tutaj całkiem sporą ilość krótkich recenzji na temat poszczególnych produktów do włosów, których w ostatnim czasie naprawdę sporo wykończyłam.


Od lewej:
Planeta Organica szampon do włosów przesuszonych zabiegami kosmetycznymi- bardzo fajnie oczyszczający szampon, który dodatkowo nawilżał włosy. Naprawdę można było odczuć to nawilżenie. Włosy po umyciu i niezastosowaniu odżywki były miękkie i nawet nie były mocno splątane. Może jakoś mocno nie były oczyszczone, ale przy dwukrotnym ich umyciu było już wszystko ok. Skład tak samo jak działanie również był przyjemny. Produkt ten nie zawiera w sobie SLS, parabenów i barwników syntetycznych. Nie jest również testowany na zwierzętach. Zaraz po wodzie znajdziemy olej z rokitnika zwyczajnego, a trochę niżej w składzie jest olej z nasion lnu oraz ekstrakt z miodunki plamistej. Dodatkowo koszt tego szamponu to coś około 15zł za 360ml, więc myślę, że warto się nim zainteresować i go zakupić.

Suchy szampon Batiste Floral Essences- tutaj chyba nie muszę za wiele pisać. Suche szampony Batiste kocham niezmiernie i zawsze do nich wracam. Zapach aktualnie zużytej wersji był prześwietny. Jeden z najpiękniejszych z całej serii.

EcoLab spray termoaktywny do układania i regeneracji włosów- jest to produkt, który ma ułatwić rozczesywanie włosów i chronić je przed gorącym powietrzem. Co do ułatwienia rozczesywania to niestety z moimi włosami sobie nie poradził, ale jeśli chodzi o ochronę przed gorącym powietrzem suszarki i ciepłem prostownicy to nie mam do niego żadnych zastrzeżeń. Myślę, że pod tym kątem kosmetyk ten działa, bo moje włosy mimo suszenia suszarką są w dobrym stanie. Skład jest naprawdę dobry i naturalny. Znajdziemy w nim m.in. ekstrakt z hibiskusa, ekstrakt z imbiru, organiczny olej makadamia oraz keratyna. Do tego produktu zamierzam powrócić, ale dam jeszcze szansę kilku innym upatrzonym produktom termoaktywnym.

Ekspresowa odżywka regeneracyjna Ultimate Color Gliss Kur firmy Schwarzkopf- niestety na tym produkcie się zawiodłam. Myślałam, że produkt ten będzie tak samo dobry jak ta czarno-złota odżywka regeneracyjna Ultimate Oil Elixir, którą naprawdę mocno pokochałam. Liczyłam na podobne, a może nawet lepsze działanie. Niestety się przeliczyłam. Myślę, że włosy farbowane potrzebują dobrego nawilżenia i odżywienia, a niestety tutaj nie mieliśmy ani tego, ani tego. Zapach miała fajny, ale mimo to nigdy więcej jej już nie kupię.

Szampon do włosów suchych i farbowanych Zsiadłe Mleko, Mydlnica lekarska Babuszka Agafii- mimo, iż miałam wrażenie, że szampon ten nieco wysusza włosy to polubiłam go. Może dlatego, że naprawdę dobrze oczyszczał włosy nawet po olejowaniu. Wystarczyło jedno mycie, aby włosy były oczyszczone. Przy podwójnym myciu i łagodnie nawilżającej odżywce było można odczuć, że włosy są suche i potrzebne było wsparcie w postaci olejku bądź odżywki nawilżającej w spray'u. Skład niestety nie powalił na kolana, ale za cenę chyba 5zł na cuda nie liczyłam.


Balsam/odżywka do włosów Miękkość i Blask Garnier dodawany do farb Olia- czy ktoś mi może powiedzieć czemu nie można tego produktu kupić w wersji pełnowymiarowej?! Ten balsam jest świetny! Włosy po jego użyciu są miękkie, gładkie i lśniące. Praktycznie wcale się nie plączą, a ich rozczesywanie to czysta przyjemność. Jeszcze dwa opakowania czekają na użycie, ale mam je zamiar zabrać ze sobą na wakacje, bo mają fajną pojemność :)

Yves Rocher płukanka octowa z malin- cudownie pachnący malinami kosmetyk! Po użyciu tej płukanki moje włosy były pięknie nabłyszczone, miękkie w dotyku i pachnące. Produkt ten stosowałam tylko na wyjątkowe okazje, ponieważ do tanich nie należy, a jego wydajność nie jest jakaś powalająca. Mimo to planuję ponowny zakup tego kosmetyku.

Balea balsam i odżywka do włosów z mango i aloe vera- o matulku! Jak to pachnie! W tym zapachu tak się zakochałam, że teraz większość kosmetyków kupuję z mango w składzie ;) Nie dość, że oba te produkty tak pięknie pachną to i wspaniale działają. Odżywka dobrze nawilża włosy, łatwo się ją zmywa i nie spływa z włosów. W połączeniu z balsamem do włosów tworzą duet idealny. Balsam nałożony na końcówki dobrze je scala i wygładza, nie skleja włosów i tak samo jak odżywka dobrze je nawilża. Zapach na włosach dosyć długo się utrzymuje, ale tylko po użyciu tego balsamu. Po użyciu odżywki cudownym zapachem nie nacieszymy się za długo. Oba te produkty mają całkiem dobre składy. Nie mają w sobie silikonów i dla mnie jest to na plus. Oba te kosmetyki polecam i zamierzam do nich ponownie wrócić. 


Planeta Organica seria Afryka maska odżywcza do włosów suchych i zniszczonych z masłem shea- jest to naprawdę rewelacyjna maska, która niesamowicie zmiękcza włosy, zapobiega ich plątaniu, pięknie odżywia i nawilża włosy nie obciążając ich przy tym. Jest naprawdę tania jak na tak dobry skład, w którym znajdziemy m.in. 15% masła shea, olej baobabu, ekstrakt z owoców baobabu, a także olej z avocado. Polecam każdemu, szczególnie osobom farbującym włosy.

Maska do włosów delikatnych i wypadających Organique z serii Energizing- po użyciu tej maski moje włosy są gładkie. miękkie, nawilżone i błyszczące. Maska ta nie spływa z włosów, nie obciąża ich, nawet gdy nałożymy ją na skórę głowy. Zapach tego produktu jest lekko słodki, ale ciężki do opisania. Dla mnie maska ta pachnie jak guma balonowa i mydło wymieszane razem. Nie mniej jednak jest to zapach bardzo przyjemny dla nosa, a który nawet całkiem długo utrzymuje się na włosach. Skład jak sama nazwa firmy mówi jest wysoce organiczny. Po wodzie i emoliencie znajdziemy substancję, która zapobiega splątywaniu włosów, wygładza je i nadaje połysk, ale ma także działanie konserwujące. Następnie mamy glicerynę, pantenol, jedwab i ekstrakt z guarany i alg. Maska bała bardzo fajna, ale niestety szybko się skończyła.

Garnier Ultra Doux intensywna odzywka z cudownymi olejkami do włosów zniszczonych i łamliwych- po tej odzywce włosy były pięknie wygładzone, nawilżone, miękkie i błyszczące. Naprawdę dobrze wyglądały po wysuszeniu, były sypkie i przyjemne w dotyku. Nie były również tak splatane jak po użyciu innych odżywek, przez co dużo łatwiej rozczesywało mi się włosy. Oprócz działania pokochałam także zapach tego produktu, który niestety ciężko mi do czegokolwiek porównać. Niemniej jednak jest to zapach słodki, który całkiem długo utrzymuje się na włosach. Naprawdę polecam wam ten produkt. Ja na pewno do niego wrócę:)

Schwarzkopf Got2b lotion przeciwko puszeniu się włosów- niestety produkt ten się u mnie nie sprawdził. Trzeba było uważać ile się go nakłada, bo bardzo szybko można było z nim przesadzić. Jak już nałożyło się go za dużo to włosy były mocno sklejone i obciążone. Przy niewielkiej ilości włosy może nie były sklejone, ale nadal były obciążone. Dzięki temu końcówki się nie puszyły, ale włosy były jakieś sztywne i ciężkie do ułożenia. Nie polecam wam tego kosmetyku mimo, że na wizażu ma całkiem dobre opinie. Jak dla mnie jest to strata pieniędzy, bo na moich wysokoporowatych włosach kompletnie się nie sprawdził.


Zimowe mydełko Isana z limitowanej edycji wanilia i karmel- również przyjemnie pachnące mydełko, ale zapach jakoś nie powalił mnie na kolana. Zdecydowanie bardziej wolę wersję z rabarbarem ;) 

Dove Deeply Nourishing odżywczy żel pod prysznic- żele pod prysznic Dove lubię szczególnie za ich kremową konsystencję i cudowny zapach. Ten żel także pokochałam mimo, że nie zauważyłam żadnego głębszego nawilżenia. Na pewno, żel ten nie wysuszył mi skóry tak jak to robi większość innych kosmetyków tego typu, ale dodatkowego nawilżenia nie zauważyłam. Mimo to zamierzam zakupić inne wersje żeli pod prysznic tej firmy.

Wiosenne mydełko Isana z limitowanej edycji z wyciągiem z rabarbaru- niesamowicie pięknie pachnące mydło w płynie! Czegoś o takim zapachu od dawna szukałam i w końcu znalazłam. Zapach jest słodki, ale i kwaskowaty. W pełni oddaje rabarbar, który jako dziecko często jadłam z cukrem pudrem. Jedna z najlepszych wersji zapachowych jakie miałam okazję mieć. Koniecznie muszę zrobić zapasy tego mydełka :)



Antyperspiranty Rexona Sexy Bouquet i Linen Dry- najlepsze antyperspiranty jakie kiedykolwiek miałam okazję używać! Kocham je już od kilku dobrych lat. Moją ulubioną wersją zapachową jest zdecydowanie ta o zapachu truskawek i moreli.

Avon Naturals mgiełka o zapachu figi- mgiełki Avonu bardzo lubię, bo mają fajne zapachy i są tanie. Mgiełka o zapachu figi skusiła mnie słodkim zapachem i ceną, bo w promocji zapłaciłam za nią jakoś 5zł. Na pewno zakupię inne wersje zapachowe tych mgiełek, jak tylko wykończę resztę moich tanich wód toaletowych, które mi zalegają na półce.

Bielenda Golden Oils Ultra odżywcze mleczko do ciała- bardzo polubiłam to mleczko, ponieważ miało cudowny zapach i całkiem szybko się wchłaniało. Niestety opakowanie pozostawia wiele do życzenia, ponieważ już po pierwszym użyciu złamała mi się pompka dozująca produkt. Mimo to byłam w stanie jakoś ten kosmetyk wygrzebywać, ale przyprawiało mi to niepotrzebnych nerwów. Gdyby nie to byłby to mój ulubieniec, bo mleczko to całkiem fajnie nawilżało moją skórę i miałam wrażenie, że nawet trochę ją odżywiało.


Płyn Micelarny AA Ultra Nawilżenie- starszą wersję tego kosmetyku lubiłam, ale ta nowa kompletnie mi nie pasuje. Tym płynem zmywałam tylko podkład, bo żadnego tuszu nie można było zmyć bez pocierania oczu. Ja już staram się tego nie robić, więc do demakijażu oczu musiałam stosować coś mocniejszego co w pełni rozpuściło tusz do rzęs. Od płynu micelarnego wymagam zmywania każdego niewodoodpornego kosmetyku, a niestety ten płyn nie radzi sobie z żadnym tuszem do rzęs o wodoodpornych nie wspomnę. Niestety jak dla mnie jest to kosmetyk niewarty kupienia.

Nawilżający krem łagodzący z serii Botanic Green firmy Tołpa- krem ten szybko się wchłaniał i dosyć dobrze nawilżał skórę. Jest to lekki krem, nie zawierający w sobie SPF'a, więc w lato może się nie sprawdzić. Zaletą tego kosmetyku jest to, że każdy podkład na tym kremie wyglądał rewelacyjne, a krem nie rolował się przy jego nakładaniu. Skład produktu nie jest zły. Składnikami aktywnymi są torf, ekstrakt z nasion bawełny, z korzenia irysa oraz pochodna mocznika. Dzięki tym składnikom skóra po użyciu jest miękka i gładka. Sam krem jest jest hypoalergiczny, nie zawiera alergenów ani sztucznych barwników, dzięki czemu nie podrażni skóry, nawet u osób z wrażliwą cerą. Zapach jak dla mnie był bardzo przyjemny to samo mogę napisać o cenie. Za ten krem zapłaciłam jakoś 19zł za 50ml. Możliwe, że zakupię go kiedyś ponownie.


Serum Beauty Elixir do Intensywnej Pielęgnacji firmy PharmaTheiss Cosmetics- to serum naprawdę pokochałam, a zapomniałam go umieścić w moich ostatnich ulubieńcach. Jest to produkt, który posiada w składzie m.in. aż 7 różnych olejków takich jak oliwa z oliwek, olejek migdałowy, olejek z awokado, olejek z pestek moreli, olejek arganowy, olejek z dzikiej róży oraz olejek z pestek winogron. Oprócz tego jego składnikami są także cytryniec chiński i lawendę motylkową. Reszta składu to głównie emolienty. Kosmety ten stosowałam głównie na noc, ponieważ ze względu na obecność olejków był dosyć tłusty. Mimo to całkiem dobrze się wchłaniał, a rano skóra była promienna, odżywiona i rewelacyjnie nawilżona. Zapach również był cudowny jak i opakowanie z pompką, które wyjątkowo przypadło mi do gustu (sami powiedzcie, czyż nie wygląda to serum na bardzo luksusowe?). Planuję ponowny zakup tego produktu, ponieważ był to dobrze działający kosmetyk, a jego cena nie jest dla mnie jakaś szczególnie wysoka (70zł/30ml).

Tonik Clinique Clarifying Lotion Clarifiante- tonik ten może i przywracał skórze naturalne pH, ale także ją przy tym wysuszał. Nie planuję zakupu pełnowymiarowej wersji, ponieważ od toniku oczekuję także nawilżenia, którego ten produkt nie potrafił zapewnić.

Kapsułki pielęgnacyjne Anti-Age Rival de Loop- bardzo lubię te kapsułki, ponieważ mają świetny skład i są tanie. Stosuję je tylko na noc kiedy mi się skończy jakiś krem lub serum. Niestety kapsułki te ze względu na skład, w którym znajdziemy wiele olei jest tłuste, więc raczej nie nadaje się do stosowania na dzień. To jest moje kolejne zużyte już opakowanie.


Rozświetlający korektor Deluxe Brightener firmy Wibo- jedyny minus tego kosmetyku to jego wydajność. Korektor ten starczył mi tylko na kilkanaście użyć. Niemniej jednak nie ubolewam na tą wydajnością jakoś bardzo, bo był to produkt tani (po obniżce -49% zapłaciłam 8zł). Główne działanie, czyli rozjaśnienie jest świetne. Skóra w miejscu nałożenia korektora jest naprawdę widocznie rozświetlona, dzięki czemu cienie pod oczami są praktycznie niewidoczne. Korektor ten nie wchodzi w zmarszczki, a krycie również jest świetne. Podoba mi się także opakowanie tego produktu. Skład również jest niczego sobie. Znajdziemy w nim aktywny dipeptide tzw. botoks like, który ponoć wygładza zmarszczki i zapobiega tworzeniu się nowych, a także pantenol, witaminy PP, A,C,E, kofeinę oraz ekstrakt z Scuttellarii. Korektor ten zawiera w sobie składniki rozpraszające światło, które mają dać efekt soft-focus.Ogólnie rzecz biorąc jestem naprawdę zadowolona z tego produktu i zamierzam ponownie go kupić.

Podkład Bourjois Helathy Mix w odcieniu Light Vanilla- jeden z najlepszych podkładów rozświetlających jakie miałam okazję używać! Bardzo długo utrzymuje się na twarzy, świetnie wtapia się w skórę, a po jego nałożeniu skóra wygląda na zdrową i rozświetloną. Przy okazji pięknie pachnie i jest całkiem wydajny. Jedyny minus wszystkich podkładów rozświetlających jest to, że już po około 3-4 godzinach moja twarz świeci się jak lampki choinkowe. 


Tusz do rzęs Avon Big False Lash- ten tusz dostałam chyba ze starej serii, ponieważ już przy pierwszym użyciu miałam na rzęsach mnóstwo czarnych kuleczek. Dałam mu drugą szansę i niestety znów było to samo. Już po 2-3 godzinach znacząco się osypywał i konieczne było częste zaglądanie do lustra, w celu starcia okruszków spod oka. Niestety po drugim użyciu tusz ten wyrzuciłam i nikomu go nie polecam. Bubel totalny!

Róż mineralny Pure Blush Mineral firmy Maybelline w odcieniu 50 Opal Rose- produkt ten dostałam od koleżanki i od razu się w nim zakochałam. Zawsze chciałam mieć róż mineralny i w końcu go miałam. Odcień pięknie wpasowywał się do mojej karnacji i w okresie wiosenno-jesiennym pięknie się prezentował na mojej bladej twarzy. Starczył mi na długi okres używania mimo, iż dostałam go tylko połowę. Szkoda, że tego produktu nie znajdziemy już na sklepowych półkach.

Top coat Indigo- jakoś niespecjalnie go polubiłam. Niby utwardzał lakier przez co mogłam się cieszyć lakierem bez odpysków, ale niestety produkt ten nie przyspieszał wysychania lakieru do minimum, przez co nie pobił mojego ulubionego top coat'a z Sally Hansen. Produkt dobry, ale polecę go osobom, które nie stawiają na przyspieszenie wysychania lakieru tylko na jego utrwalenie.

Laura Conti Vitamin Booster odżywka do paznokci- całkiem spoko odżywka do paznokci. Jest tania i jak za taką cenę to całkiem długo utrzymuje się na paznokciach. Stosowałam ją głównie jako baza pod lakier i pod tym względem naprawdę dobrze się spisywała.


Dada chusteczki nawilżane dla niemowląt- uniwersalne chusteczki wykonane w 100% z bawełny. Nie zawierają parabenów i są biodegradowalne. Nie są też drogie, bo kosztują coś około 4zł. Po wodzie znajdziemy w składzie 3 oleje, a następnie alantoninę i glicerynę. Są to dobrze nawilżane chusteczki, które możemy wykorzystać, czy to do wytarcia rąk, czy powierzchni, czy to nawet do higieny intymnej.

Świeca Wood Wick o zapachu Bakery Cupcake- mateczko jak to pachniało! Po zapaleniu po godzinie mój pokój zamieniał się w cukiernię, w której na zapleczu pieczono babeczki i inne ciasteczka. Jeśli ktoś nie lubi mocno słodkich zapachów to nawet niech tej świecy nie kupuje, bo może go zemdlić. Mi jednak zapach bardzo odpowiadał, no a przy okazji miałam wrażenie, że mam u siebie kominek, bo knot tej świecy wydaje dźwięk przypominający dźwięk palonego drewna. Świece WW kocham i mam u siebie jeszcze dwa inne zapachy.

Carea płatki kosmetyczne z wyciągiem z aloesu- moje ulubione płatki kosmetyczne! Nie rozwarstwiają się, nie pylą jakoś szczególnie mocno i są tanie. Za trzy opakowania po 120szt zapłacicie w Biedronce 6zł (jak są w promocji), więc niedużo. Jak na razie stosuję tylko i wyłącznie te płatki.

To by było na tyle jeśli chodzi o moje zużycia kosmetyczne. Dajcie znać, czy któryś z powyższych kosmetyków miałyście i zakochałyście w nim, a jeśli któryś się wam nie sprawdził to także napiszcie, który i dlaczego.

piątek, 27 maja 2016

Tisane balsamik do ust dla dzieci i dorosłych: porównanie obu wesji


Hej :)
Dzisiaj chciałabym wam przedstawić dwa balsamy do ust firmy Tisane. Moi czytelnicy pewnie znają ten standardowy balsam do ust w czerwonym pojemniczku, bo znalazł się on w moich ulubieńcach. Jeśli jednak ktoś z was nie zna go z mojego bloga to pewnie kojarzyć go będzie z internetu, bo jest to produkt bardzo wychwalany na różnych portalach, blogach i vlogach.
Dzisiaj jednak w głównej mierze chciałabym wam przedstawić produkt do ust, który przeznaczony jest teoretycznie dla dzieci, ale praktycznie oczywiście każdy może ten produkt używać.


Opis producenta:
Produkt przeznaczony do pielęgnacji ust. Doskonale radzi sobie ze spierzchniętymi, obtartymi i obgryzionymi ustami. Przeciwdziała stanom zapalnym i przyspiesza regenerację naskórka. Chroni przed niekorzystnym wpływem mrozu, wiatru, deszczu i słońca. Naturalna kompozycja składników nawilża, wygładza i odżywia skórę.

Stosowanie:
Cienką warstwę balsamu nanosić na usta lub inne miejsca, które wymagają pielęgnacji, ochrony i nawilżenia.

W Balsamiku nie ma:
parafiny, silikonów, parabenów, sztucznych aromatów, barwników, pochodnych PEG, alkoholu

Kompozycja zawiera:
Ekstrakt z rumianku, miód, prowitaminę B5, witaminę E, olejek ze słodkich migdałów, olejek rycynowy, masło kakaowe, wosk pszczeli, lanolinę.


Jak widzicie na zdjęciach obie wersje znajdują się w podobnych słoiczkach i obie wersje mają taką samą gramaturę wynoszącą 4,7g. Wersja dla dzieci ma na nakrętce wesołą małpkę, nie ma za to z boku opakowania opisu producenta (no i dobrze, bo dzieci na pewno ten opis nie interesuje).
Jeśli chodzi o zapach to niestety wersja dla dzieci niezbyt ciekawie pachnie. Mi osobiście się ten zapach nie podoba. Jest mdły i mało słodki. Wersja standardowa pachnie za to przyjemnie i bardzo bym się cieszyła, gdyby producenci zmienili zapach wersji dziecięcej na taki sam zapach jaki towarzyszy wersji dla dorosłych.
Konsystencja obu tych balsamów jest identyczna: gęsta i tłustawa. Niestety wersja dla dzieci posiada w sobie kuleczki niewiadomego dla mnie pochodzenia, które teoretycznie rozpuszczają się na ustach pod wpływem ucisku i ruchu, ale myślę, że byłoby lepiej gdyby tych kuleczek nie było.
Działanie nawilżające, odżywiające i wygładzające jest w obu przypadkach takie samo. Oba te balsamiki dobrze odżywiają i nawilżają usta, przywracając je do ładu.
Balsamik dla dzieci dostępny jest tylko w wersji w słoiczku, natomiast balsam dla dorosłych dostępny jest nie tylko w słoiczku, ale także i w sztyfcie. Cena wersji dla dzieci to około 13zł, natomiast cena wersji w czerwonym słoiczku to koszt około 8zł. Moim zdaniem lepiej zakupić dzieciakom wersję standardową, bo ma równie dobry skład jak wersja dla dzieci, ładniej pachnie no, a przede wszystkim jest tańsza o około 5zł. Na lato Hebra Studio wypuściło także balsam do ust z SPF 30, który miałam okazję używać. Fajna pomadka ochronna na okres letni, jednak do nawilżania ust polecam raczej klasyczną wersję Tisane.


Ja wersję klasyczną zdecydowanie bardziej polubiłam. Gdyby nie te dziwne kuleczki w balsamiku i jego specyficzny zapach również bym go pokochała. Niestety te dwa czynniki sprawiły, że nadal będę zachwycona klasyczną wersją balsamu Tisane, a wersji dla dzieci nie kupię aż do momentu jej ulepszenia.
Dajcie znać, czy któraś z was miała może wersję dla dzieci, a jeśli tak to czy ma o niej podobne zdanie, czy raczej bardziej pozytywne niż moje :)

poniedziałek, 9 maja 2016

Ulubieńcy marca i kwietnia


Hej :)
W końcu mam dwa dni pod rząd wolnego i te dwa dni postanowiłam przeznaczyć właśnie na reaktywację bloga. Mam zamiar napisać kilka postów, ale najważniejsze posty to ten dzisiejszy i z denkiem, ponieważ skrzynka z pustymi opakowaniami już mi się nie domyka. Tak, więc nie przedłużając wstępu zapraszam was do zapoznania się z moimi ulubieńcami ostatnich dwóch miesięcy :)


Jeśli chodzi o pielęgnację twarzy to stosowałam naturalny, nawilżający tonik do skóry suchej i wrażliwej firmy Eco Lab, który moim zdaniem ma naprawdę dobry skład. Możemy w nim znaleźć wodę morską, ekstrakt z różeńca górskiego, dipeptyd o nazwie carnosine, olej ze słodkich migdałów, olej z róży girlandowej oraz kwas hialuronowy. Jedynym minusem może być gliceryna, która znajduje się na drugim miejscu w składzie. Dla mnie to nie jest aż taka wada, ale wiem, że są osoby, które nie tolerują gliceryny w kosmetykach. Kosmetyk ten nie ma w sobie SLS, SLES, silikonów, parabenów, barwników i konserwantów. Zapach tego toniku jest cudowny. Słodki i kwiatowy, z delikatną nutką ziołową, która jest ledwie wyczuwalna. Mi przypomina zapach luksusowych perfum. Zapach jest dosyć mocny jak na tonik, ale zaraz po przetarciu twarzy szybko się ulatnia. Tonik ten stosuję zaraz po umyciu twarzy, w celu przywrócenia skórze odpowiedniego pH. Zwilżonym wacikiem przecieram nie tylko całą twarz, ale także i oczy. Nawet gdy odrobina produktu dostanie się do oczu, nie czuć żadnego dyskomfortu, szczypania, czy pieczenia. Dzięki temu produktowi moja skóra nie jest ściągnięta ani sucha. Widać i czuć, że jest dobrze nawilżona. Tonik ten kosztuje niewiele jak na swój skład i właściwości. Za 200ml musimy zapłacić tylko 12,90zł. Kupić go możecie m.in. na stronie lawendowaszafa24.pl.


Zaraz po tonizowaniu skóry nakładam na twarz emulsję nawilżającą Clinique Dramatically Different Moisturizing Lotion +. Mamusiu co to jest za emulsja! Lepszej naprawdę jeszcze nie miałam! Absolutny hit wśród emulsji nawilżających! Nie dość, że cudownie nawilża moją przesuszoną i odwodnioną skórę to jeszcze jest niesamowicie wydajny! Wystarczy tylko odrobina kremu wielkości ziarna grochu i taka ilość wystarczy na pokrycie całej twarzy. Produkt ten nie zapycha skóry ani jej nie podrażnia. Emulsja ta jest bezzapachowa, co dla jednych może być minusem, a dla drugich plusem. Mi to akurat nie przeszkadza chociaż chciałabym, aby choć troszeczkę pachniała. Konsystencja jest typowa dla emulsji. Nie za gęsta, lekko wodnista. Może dlatego nie potrzeba jej za dużo, aby zaaplikować ją na całą twarz. Niestety mimo tych wszystkich plusów jest też i minus, którym jest cena. Tubka wielkości 50ml kosztuje 95zł. Niby nie jest to dużo jak na taki dobry krem, ale dla niektórych może to być kwota zaporowa. Ja bym wydała tyle na krem jeśli byłabym przekonana, że jest naprawdę dobry, a tan produkt naprawdę taki jest. Zainteresowani niech poszukają na allegro tego kremu w wielkości 30ml, który zazwyczaj jest w zestawie z dwoma innymi próbkami (toniku i mydełka chyba). Zestawy te nazywają się Clinique 3 Step Skin Care lub Clinique 3 kroki zestaw startowy.


Jak już się nakremuje i stonizuje skórę to nakładam ulubiony ostatnio podkład Bourjois Healthy Mix w odcieniu N51 Light Vanilla. Szkoda, że podkład ten odkryłam tak późno. Moja skóra wygląda cudownie zaraz po nałożeniu tego podkładu. Jest taka rozświetlona i wygląda na zdrową. Niestety po około 5-6 godzinach zaczynam się coraz mocniej świecić. Przypudruje się jednak trochę pudrem prasowanym z tej samej serii i problem znika. Podkład ten pięknie pachnie owocami, cudownie wtapia się w skórę i dosyć długo na niej pozostaje. Oczywiście w miejscach typu broda i policzki się ściera, ale każdy podkład, który miałam nie wytrzymał częstego dotykania się w tych miejscach.


Jeśli chodzi o tuszowanie rzęs to ostatnio moim ulubionym tuszem okazał się tusz do rzęs Seduction Codes Nr 4 Volume and HD Definition firmy Astor. Kosmetyk ten posiada dosyć dziwną, silikonową szczoteczkę, która zakończona jest spłaszczeniem bez włosków. Nie ułatwia to tuszowania rzęs w wewnętrznym kąciku oka i trzeba się trochę natrudzić niż nauczy się obsługiwać tę szczoteczkę. Jak już się opanuje jej obsługę to później tuszowanie idzie gładko. Szczoteczka ta cudownie rozdziela i delikatnie wydłuża rzęsy, tworząc całkiem przyjemny wachlarz rzęs. Tusz całkiem długo utrzymuje się na rzęsach. Dopiero po około 10-12 godzinach widać lekkie osypanie. Łatwo się go zmywa i nie kosztuje wiele, więc szczerze go polecam :)


Jeśli chodzi o włosy to ogromnie pokochałam jeden z produktów przeznaczony dla dzieci, a mianowicie mowa o spray'u ułatwiającym rozczesywanie włosów Wspaniałe Mango-Pogromca Czupryny firmy Avon. Produkt ten świetnie pachnie soczystym mango, ale niestety zapach nie utrzymuje się na włosach jakoś specjalnie długo. Co do działania to muszę przyznać, że naprawdę pomaga poskromić splątane włosy i ich rozczesywanie jest dużo łatwiejsze niż po użyciu innych tego typu spray'ów do włosów. W połączeniu ze szczotką TT tworzą duet idealny. Widocznie ograniczyła się ilość wyrwanych włosów, a także widać, że moje włosy są w nieco lepszym stanie niż były jakieś pół roku temu. Niestety kosmetyk ten ma jedną wadę, a mianowicie atomizer, który nie traktuje włosów drobną mgiełką, a pryska ogromnymi kroplami przez co sporo produktu się marnuje. Nie jest to za to kosmetyk drogi, bo kosztuje tylko 7zł, więc nie jest mi jakoś bardzo żal szybkiego zużywania, ale przez ten atomizer jego wydajność nie jest niestety najlepsza. Mimo to ponownie do niego wrócę :)


Kolejnym, ale tym razem niekosmetycznym ulubieńcem jest wosk zapachowy Yankee Candle o nazwie Peony. Jak ten wosk pięknie pachnie i na sucho i palony w kominku! Jeśli ktoś jest miłośnikiem peonii to zakocha się w tym zapachu! Palę go w zimniejsze i ponure dni, bo od razu po zapaleniu robi mi się lżej na duchu. Dodatkowo zapach przywołuje na myśl lato, które już za niedługo u nas zagości :) Przymierzam się do zakupu dużej świecy, ale gdzieś wyczytałam, że świeca nie pachnie już tak intensywnie jak wosk. Mimo to mam ten wosk jeszcze w zapasie, więc przez jakiś czas jeszcze naciesze się tym zapachem :)


To by byli wszyscy moi dwumiesięczni ulubieńcy. Produkty te uwielbiam i używam ich codziennie, gdy mi się skończą to część z nich na pewno zakupię ponownie. Dajcie znać co myślicie o wymienionych powyżej kosmetykach, a jeśli ktoś z was ma dużą świecę o zapachu peonii to dajcie znać, czy warto ją zakupić, czy może lepiej zainwestować w kilka wosków o tym zapachu.
Pozdrawiam was cieplutko i zmykam do pracy :)

wtorek, 5 kwietnia 2016

Wiosenny haul zakupowy + prezenty


Hej, hej, hej :)
Witam was z ten słoneczny, wiosenny dzień :) Czy wy też macie teraz takiego powera jak ja? Dawno nie miałam takiego zapału i motywacji do pracy :D To chyba wszystko dzięki tej pięknej pogodzie :)
Dzisiaj jednak nie o pogodzie, ani o moim zapale do pracy, ale o produktach, które zakupiłam w ostatnim czasie. Oprócz zakupów kosmetycznych pokażę wam też zakupy niekosmetyczne, a także prezenty, które dostałam od znajomych i firm L'Oreal oraz Herba Studio.


Na początek zacznę od pokazania wam zamówienia, które złożyłam na stronie lawendowaszafa24.pl. W moim koszyku oprócz kilku kosmetyków zamówionych dla znajomych, znalazły się także cztery rzeczy, które możecie zobaczyć u góry. Zaczynając od lewej strony widzimy 100% naturalny antyperspirant w kulce firmy Eco Lab, który to ma w swoim składzie płynny ałun glinowo-potasowy i wyciąg z cytryny. Po dłuższym czasie użytkowania mogę stwierdzić, że niestety u mnie nie za bardzo działa i ochrona przed potem oraz nieprzyjemnym zapachem jest niewielka. Nie polecam. W cenie regularnej kosmetyk ten kosztuje 19zł.
Następnie mamy organiczne serum do twarzy do 35 lat Babuszki Agafii, które ma całkiem dobry skład i które całkiem dobrze działa, nawet gdy stosujemy go samodzielnie, nie nakładając już na nie żadnego kremu. Do serum mu jednak daleko, ponieważ jego konsystencja ewidentnie przypomina zwykły krem. Cena tego kosmetyku to 14,90zł.
Kolejny produkt to arganowa maska do włosów farbowanych Planeta Organica z serii Afryka. W swoim składzie zawiera m.in. olej arganowy, olej z pestek moreli, ekstrakt z liści drzewa oliwnego. Jeszcze jej nie używałam, więc nic wam o niej nie powiem. Jej cena to 15zł. Tyle samo kosztuje nawilżający balsam do włosów normalnych firmy Planeta Organica z serii Afryka, posiadający w sowim składzie m.in. organiczne masło mango, olej kokosowy oraz tamaryndowiec, którego również jeszcze nie używałam.


W Tesco pod koniec lutego były jeszcze świąteczne świeczki, które kosztowały jedynie 2zł za sztukę. Żal było nie wziąć. Do świąt już tylko 8 miesięcy, więc grzecznie przeczekają w szafce :P


Vent Stick'sy firmy Yankee Candle to ulubione odświeżacze powietrza do samochodu w całej mojej rodzinie. Tym razem zdecydowałam się na zakup patyczków o zapachu Island Getaway. Zapach jest przepiękny: słodki, rześki i lekko kwiatowy. No cudo! Tak samo piękny okazał się zapach wosku Sun-Kissed Leaves, który w ten wczesny okres wiosny pięknie się wkomponowuje. Jeśli byliście kiedyś wśród drzew, które zaczynają zakwitać to wiecie jaki piękny zapach wydzielają. Dokładnie tak samo pachnie ten wosk.


Na Allegro zamówiłam sobie złuszczające skarpetki firmy Marion, które bez wysyłki kosztowały 8,98zł. Dodatkowo kupiłam sobie peeling enzymatyczny z żurawiną firmy Apis, który kosztował 16zł. Niestety moja gąbeczka do makijażu Real Techniques uległa zniszczeniu, więc kupiłam sobie nową za aż 5zł. Niestety jest tak twarda, że nie nadaje się do użytku. Pilniczek w kształcie banana kosztował tylko złotówkę. Szminka firmy Astor, w pięknym pomarańczo-koralowym odcieniu kosztowała chyba 11,99zł. Gdyby ktoś był nią bardziej zainteresowany to jest to szminka o numerze 403 i nazwie Attractive Coral.


W Rossmann'ie kupiłam sobie swoją ulubioną farbę do włosów Olia firmy Garnier. Mój odcień to 5.60 głęboki karmin. Już dawno ją zużyłam i niestety na razie jej nie kupię ponownie, bo postanowiłam zmienić kolor na jasny brąz. Przyszła wiosna i trzeba było jakieś zmiany w swoim wyglądzie poczynić :D
Keratynową terapię do włosów dostałam w prezencie, ale jeszcze leży w szafie i czeka na swoje użycie. Masełko do ciała firmy Avon z serii Planet Spa zakupiłam sobie za 15,99zł. Jest to masło rozświetlające o boskim zapachu, które ponoć w swoim składzie posiada algi morskie i pokruszone perły. Oczywiście na próżno jest szukać tych składników wysoko w składzie, jednak mimo to jest to produkt naprawdę dobry.


Oczywiście nie obyło się bez moich najukochańszych antyperspirantów Rexona, które jako jedyne działają u mnie cuda. Naprawdę dobrze chronią mnie przed potem i nieprzyjemnym zapachem.
W prezencie dostałam marchewkowy balsam do ciała z masłem shea i B-karotenem, który należy do kosmetyków naturalnych. Pięknie pachnie i nawilża skórę. Cudownie się wchłania i rozsmarowuje. Rewelacja- nic dodać, nic ująć.


Wiem, że nieładnie tak pokazywać podróbki oryginalnych perfum, ale te są naprawdę wiernymi kopiami oryginałów. Jeśli chodzi o trwałość to naprawdę nie zawodzą. Szczególnie perfumy La vie est belle, które uwielbiam i które mam zamiar zakupić w oryginale. Woda Alien również jest świetna. 12zł za 33ml to niewiele patrząc na trwałość i jakość zapachu. P.S. Na opakowaniu opisany jest skład, więc proszę was nie piszcie mi jakie świństwa mogą się w nim znaleźć, bo wtedy cały urok tych tanich podróbek znika. Mam nadzieję, że w składzie naprawdę nie ma żadnego syfu.


W Biedronce kupiłam sobie odświeżacz powietrza z dyfuzorem Aril o zapachu lotosu za 7,99zł, a także odzywkę do włosów Garnier z olejkiem z awokado i masłem karite za 6zł. Na święta kupiłam sobie również mydełko firmy Linda w kształcie pisanki za 1,99zł, ale niestety jakoś nie przypadło mi do gustu, a wzorki szybko się starły. Święta się skończyły, więc pisanka miała prawo się zgubić :P


Uzupełniacz w płynie Isana o wiosennym zapachu z wyciągiem z rabarbaru kupiłam jak zwykle w promocji za 2,99zł :D Muszę wam powiedzieć, że to mydełko pachnie obłędnie! Jedna z najlepszych wersji zapachowych jakie miałam! Wody toaletowe Mel Merio o pojemności 30ml kupiłam za 12zł, ale jeszcze ich nie wąchałam. Kupiłam je w ciemno przyciągnięta opakowaniami i skuszona dobrą ceną. Mam nadzieję, że się na tych zapachach nie przejadę. Natomiast chusteczki do higieny intymnej Facelle znam i lubię. Jest to moje kolejne opakowanie, które kosztowały 2,39zł.


Za jedyne 65zł udało mi się zakupić nowiuśką torebkę firmy Wittchen! Prawda, że piękna? Jako, że ma zielono-żółty dodatek kolorystyczny będzie idealna na wiosenno-letnie wypady :)


Odezwała się do mnie pani Ania z firmy Herba Studio z zapytaniem, czy nie chciałabym przetestować ich nowości, czyli balsamiku do ust dla dzieci Tisane. Oczywiście znając ich topowy kosmetyk Tisane, który uwielbiam i który jest moim balsamowym ulubieńcem, bez wahania się zgodziłam. W paczuszce znalazłam także balsam do paznokci i oczywiście mojego ulubieńca. Jako, że wiosna nie rozpieszcza moich ust to od razu wzięłam się za testowanie balsamiku. Efekty opiszę za niedługo :)


Marka L'Oreal przysłała mi dwa tusze do rzęs, w tym ten, który zamierzałam sobie kupić, czyli Volume Million Lashes Noir Feline. Musze przyznać, że jak zwykle mnie zaskoczyli. Poczynając od pięknego opakowania zamykanego na magnes skończywszy na imiennym liściku, w którym napisali, że ich płyny micelarne znalazły się w moich ulubieńcach. Miło widzieć, że firma czyta posty o swoich produktach m.in. na moim blogu. Bardzo dziękuję za ten podarek i za wiadomość, że jestem dla was warta złota :D

To już na tyle jeśli chodzi o moje zakupy. Kolejne się szykują, bo od 20.04. Rossmann znów rusza z promocją -49% na kolorówkę. Dajcie znać jaki podkład nawilżający warto kupić podczas tej promocji oprócz słynnego Bourjois Healthy Mix :)

poniedziałek, 14 marca 2016

Ulubieńcy stycznia i lutego


Hej :)
Przychodzę do was dzisiaj z ulubieńcami miesiąca, a właściwie ulubieńcami dwóch miesięcy: stycznia i lutego. Przedstawię wam klika kosmetyków, które obecnie są na wykończeniu i za niedługo znajdą się w denku albo się już w nim znalazły. Kosmetyki te używałam codziennie przez dwa miesiące, więc myślę, że moja opinia na ich temat będzie w 100% rzetelna, bo 60 dni codziennego stosowania to odpowiedni czas na testy. Po takim czasie jesteśmy w stanie dobrze poznać działanie produktu i możemy go odpowiednio ocenić.
Jeśli chcecie wiedzieć jakie kosmetyki z wielką radością stosowałam od początku tego roku to zapraszam do przeczytania kliku słów na temat każdego z produktów.


Pierwszym kosmetykiem, który chcę wam przedstawić jest balsam do ust Tisane, który uwielbiam! Nie znalazłam jeszcze lepszego balsamu do pielęgnacji ust. Ten produkt jako jedyny jest w stanie przywrócić moje usta do ładu w bardzo szybkim czasie. Myślę, że taki stan rzeczy jest spowodowany bardzo dobrym składem, w którym znajdziemy wosk pszczeli, miód, olejek rycynowy, oliwę z oliwek, ekstrakt z melisy, jeżówki purpurowej i ostropestu plamistego oraz witaminę E. Jak sami widzicie skład jest rewelacyjny. Zapach produktu jest bardzo przyjemny, a zarazem naturalny. Jeśli chodzi o działanie to przede wszystkim balsam ten wyraźnie odżywia usta, nawilża je i wygładza, a także wspomaga regenerację zniszczonych ust. Jeśli ktoś ma problemy ze spierzchniętymi ustami albo chciałby zapobiegawczo ochronić usta przed działaniem wiatru, mrozem, czy mocnym słońcem to produkt ten będzie dla takich osób idealny. Dla mnie jest to produkt niezastąpiony! Jeśli nie straszne wam słoiczki, a raczej higiena z nimi związana to polecam wam zakupić sobie wersję właśnie w słoiczku. Jak dla mnie jest nieco lepsza jeśli chodzi o konsystencję, bo jest bardziej masełkowata, a ta w sztyfcie jest bardziej zbita, przez co trzeba jej na usta trochę więcej nałożyć. Mimo to kocham obie te wersje i stale kupuje ten balsam do ust. Jego cena jest przyjemna, bo kosztuje około 8-10zł, więc tym bardziej jestem z niego zadowolona.



Kolejnym ulubieńcem jest nawilżający krem łagodzący z serii Botanic Green. Jest to produkt firmy Tołpa, a jak wiecie (albo i nie wiecie) ja kosmetyki tej firmy bardzo lubię. Jeśli chodzi o ten produkt to polubiłam go ze względu na szybkie wchłanianie i dosyć dobre nawilżenie. Produkt ten będzie idealny w okresie późnej wiosny i wczesnej jesieni, gdy jeszcze nie będzie bardzo ciepło, bo jest to lekki krem, nie zawierający w sobie SPF'a, który chroniłby nas przed mocnym słońcem. Zaletą tego kosmetyku jest to, że każdy podkład na tym kremie wyglądał rewelacyjne, a krem nie rolował się przy jego nakładaniu. Skład produktu nie jest zły. Składnikami aktywnymi są torf, ekstrakt z nasion bawełny, z korzenia irysa oraz pochodna mocznika. Dzięki tym składnikom skóra po użyciu jest miękka i gładka (naprawdę da się to odczuć). Sam krem jest jest hypoalergiczny, nie zawiera alergenów ani sztucznych barwników, dzięki czemu nie podrażni skóry, nawet u osób z wrażliwą cerą. Zapach jak dla mnie był bardzo przyjemny to samo mogę napisać o cenie. Za ten krem zapłaciłam jakoś 19zł za 50ml, więc naprawdę niedużo jak na tą firmę. Wydajność tego produktu jest zachwycająca. Starczył mi na pół roku codziennego! stosowania. Naprawdę niewiele go trzeba, aby nałożyć go na całą twarz. Naprawdę polecam ten produkt.


Na rozświetlający korektor Deluxe Brightener firmy Wibo skusiłam się podczas rossmannowskiej promocji -49%. Po obniżce kosztował niewiele, bo coś około 8zł. Wyjątkowo zacznę od jego jedynego minusa jakim jest wydajność. Korektor ten starczył mi tylko na kilkanaście użyć. Stosowałam go do rozjaśnienia okolicy pod oczami oraz na środek twarzy (nos, czoło). Korektor ten miałam okazję używać góra miesiąc, a nie stosowałam go codziennie. Niemniej jednak nie ubolewam na tą wydajnością jakoś bardzo, bo był to produkt tani. Pod minus można także podciągnąć brak gamy kolorów, z której można by było wybrać odcień idealny dla siebie, a niestety korektor ten jest tylko w jednym odcieniu. Mimo to odcień tego produktu był dla mojej jasnej cery idealny. Samo działanie korektora jest naprawdę bardzo dobre. Główne działanie, czyli rozjaśnienie jest świetne. Skóra w miejscu nałożenia korektora jest naprawdę widocznie rozświetlona, dzięki czemu cienie pod oczami są praktycznie niewidoczne. Dodatkowo krycie również jest świetne. Podoba mi się także opakowanie tego produktu. Korektor jest zamknięty w srebrnym opakowaniu, które moim zdaniem wygląda luksusowo. Na końcu opakowania posiada pędzelek, którym nakładamy korektor (wykręcamy u dołu opakowanie i w ten sposób produkt wydostaje się na czubek pędzelka). Korektor ten nie wchodzi w zmarszczki, ale pamiętajmy, aby nałożyć go niewiele i żeby go utrwalić pudrem, bo inaczej będzie w te zmarszczki wchodził. Skład również jest niczego sobie. Znajdziemy w nim aktywny dipeptide tzw. botoks like, który ponoć wygładza zmarszczki i zapobiega tworzeniu się nowych, a także pantenol, witaminy PP, A,C,E, kofeinę oraz ekstrakt z Scuttellarii. Korektor ten zawiera w sobie składniki rozpraszające światło, które mają dać efekt soft-focus.Ogólnie rzecz biorąc jestem naprawdę zadowolona z tego produktu i ponownie zamierzam go kupić.


Hitem wśród pielęgnacji twarzy, a dokładniej wśród toników i hydrolatów okazał się hydrolat różany. Hydrolat ten powstał w procesie produkcji olejku z róży damasceńskiej. Jest to 100% woda różana, która nie zawiera w sobie żadnych dodatkowych, niepotrzebnych składników. Ciężko mi było taką znaleźć, ale udało się. Swoją wodę kupiłam w sklepie Manufaktura Kosmetyczna i zapłaciłam za nią 29zł za 200ml. Hydrolat ten posiada certyfikat ECOCERT, a róże, z których jest produkowany pochodzą z certyfikowanej, organicznej uprawy w Bułgarii. Jeśli chodzi o działanie to kosmetyk ten doskonale łagodzi suchą skórę, nawilża ją i delikatnie odżywia. Oprócz tego odświeża i łagodnie ściąga skórę. Nadaje się od razu do stosowania (nie trzeba tego produktu rozcieńczać) i można go stosować na całą twarz, łącznie z okolicą powiek. Czasami nasączałam waciki tym hydrolatem i kładłam je na 15 min na oczy i twarz. Po ich ściągnięciu skóra była lekko napięta, gładka i nawilżona. Jest to produkt naturalny i łagodny przez co nadaje się dla każdego typu skóry, ale przede wszystkim polecam go osobom wrażliwym, a także osobom ze skórą suchą, trądzikową i naczynkową.


Ostatni ulubieniec to odżywka do włosów Garnier Ultra Doux z Cudownymi Olejkami. Kupiłam ją totalnie w ciemno, nie wiedząc nawet, że firma Garnier wypuściła na rynek taki produkt (nigdy wcześniej nie widziałam tego kosmetyku). No i po pierwszym użyciu pozytywnie się zaskoczyłam. Moje włosy były pięknie wygładzone, nawilżone, miękkie i błyszczące. Naprawdę dobrze wyglądały po wysuszeniu, były sypkie i przyjemne w dotyku. Nie były również tak splatane jak po użyciu innych odżywek, przez co dużo łatwiej rozczesywało mi się moje niepokorne włosy. Oprócz działania pokochałam także zapach tego produktu, który niestety ciężko mi do czegokolwiek porównać. Niemniej jednak jest to zapach słodki, który całkiem długo utrzymuje się na włosach. Konsystencja tej odżywki jest średnio gęsta (typowa dla odżywek Garniera). Nie spływa z włosów i daje się łatwo rozprowadzić na całej długości włosów. Im dłużej trzymamy ten produkt na włosach, tym lepsze są efekty. Naprawdę polecam wam tą odżywkę, bo jest równie dobra jak ta z masłem karite i awokado.


To by było na tyle jeśli chodzi o ulubieńców dwóch ostatnich miesięcy. Nie lubię używać kosmetyków, które już miałam okazję testować, ale najprawdopodobniej do wielu z tych kosmetyków wrócę, ponieważ ich działanie i cena zachęcają do ponownego ich kupna. Wszystkie te produkty polecam wam z całego serca. Mam nadzieję, że u was również się sprawdzą, jeśli skusicie się na ich zakup. Dajcie znać co królowało w waszych ulubieńcach. Muszę uzupełnić zapasy, więc każde wasze polecenie wezmę pod ogromną uwagę :)

wtorek, 1 marca 2016

Zużycia stycznia i lutego, czyli mały projekt denko


Hej ;)
Na początku chcę was przeprosić za długą nieobecność, ale w moim życiu dzieje się tak wiele, że nawet nie mam czasu spotykać się ze znajomymi. Remont w rodzinnym domu, pierwsza i druga praca z większą ilością godzin pracy niż kiedyś, pochłonęły i nadal pochłaniają wiele mojego czasu, a że u mnie z zagospodarowaniem czasu ciężko to potem nie potrafię się z niczym wyrobić, przez co zaniedbuje kompletnie bloga. Myślę, że wrócę do regularnego blogowania, ale niestety nie będzie to możliwe w okresie kilku następnych miesięcy, nad czym ubolewam okropnie.


Jednak nie o moim braku czasu dzisiaj mowa, a o zużyciach kosmetycznych poczynionych w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Serdecznie zapraszam do dalszej lektury :)


Przechodząc do rzeczy pragnę wam najpierw przedstawić denka z kategorii włosy:

Na początku przedstawię wam niemiecki duet naturalnych kosmetyków, czyli regenerującą odżywkę i szampon do włosów firmy Alverde. Oba te kosmetyki zawierają w sobie wyciąg z winogron i avocado, a reszta składników pochodzi w dużej mierze z ekologicznych upraw. Nie zawierają silikonów, ani SLS'ów i dla mnie jest to ogromy plus. Niestety muszę przyznać, że mimo świetnych recenzji w internecie nie pokochałam się z odżywką do włosów. Po jej użyciu moje włosy były dziwne w dotyku i ogólnie źle wyglądały. Były splątane i naprawdę ciężko było je rozczesać. Za to szamponem jestem zachwycona. Fajnie oczyszczał moje włosy, a przy tym zbytnio ich nie przesuszał.

Regenerujący szampon z serii MaxRepair firmy Evree szczególnie mnie nie zachwycił. Robił to co miał robić, czyli oczyszczał włosy, ale miałam wrażenie, że aż za bardzo je oczyszcza, przez co stały się jeszcze bardziej suche niż były. Regeneracji kompletnie nie zauważyłam i chyba nie zauważę nigdy, bo niby jak szampon ma zregenerować moje suche włosiska? Ponownie go raczej nie kupię.

Odżywka Pro Series Frizz Control firmy Wella to kompletna klapa. Z moimi włosami nie robiła totalnie nic oprócz oblepiania ich silikonami przez co były tylko gładsze w dotyku. Z trudem ją wykończyłam używając jej okazyjnie, gdy wiedziałam, że moje włosy i tak będą uplecione w warkocz i nie będzie widać ich złej kondycji. Zapach także nie przypadł mi do gustu, dlatego nigdy więcej po nią nie sięgnę.

Nawilżającą odżywkę w spray'u Moisture Kick firmy Schwarzkopf pokochałam za cudowny słodki zapach i rzeczywiste nawilżenie. Po jej użyciu moje włosy były jeszcze bardziej miękkie niż po użyciu samej odżywki do spłukiwania, a dodatkowo lepiej się rozczesywały, a u mnie problem z plątaniem się włosów jest ogromny. Nie wiem jednak czy za niedługo do niej wrócę, bo mam na oku kilka spray'ów, które chciałabym przetestować.

Suche szampony Batiste uwielbiam! Zużyłam ostatnio małą wersję torebkową o zapachu wiśni i tak samo jak inne zapachy ją pokochałam. Serdecznie polecam wam szampony z tej firmy, bo według mnie są najlepsze na rynku.


Z kategorii makijaż zużyłam:

Podkład L'Oreal Super-Blendable w odcieniu 1.N to podkład, który otrzymałam do przetestowania, a który ze względu na swojego poprzednika wywoływał u mnie wiele obaw. Naprawdę sceptycznie do niego podeszłam, bo ze starą wersją naprawdę się nie pokochałam. Kiedyś mi służyła, ale zmieniła się fraktura mojej skóry i niestety stara wersja kompletnie mi nie pasowała. Jednak ten podkład naprawdę polubiłam. Na twarzy był lekko rozświetlający, pięknie wtapiał się w skórę i naprawdę długo się na niej utrzymywał. Nie tworzył żadnych smug, nie oksydował po czasie, a dodatkowo miał świetną konsystencję. Nie jest to typowo matujący podkład, więc osoby, które szukają konkretnego matu niech nawet po niego nie sięgają, bo najprawdopodobniej z efektu matu nie będą zadowolone.

Kolejny podkładowy ulubieniec to rozświetlający podkład Bell z serii HypoAllergenic w odcieniu 01. Nie dość, że jest to tani kosmetyk to jeszcze świetnie wygląda na twarzy. Po nałożeniu podkładu na twarz skóra staje się rozświetlona, ale nie tłusta. Podkład całkiem długo utrzymuje się na swoim miejscu, nie tworzy plam ani smug. Dodatkowo jest to produkt hipoalergiczny, więc dla alergików i osób z wrażliwą cerą będzie jak znalazł. Na pewno do niego wrócę, bo w rossmannowskiej promocji kosztował mnie aż 16zł, a na mojej twarzy naprawdę cudownie się prezentuje :D

Lakier do paznokci Yves Rocher w odcieniu 106 Taupe naprawdę długo mi służył. Trafił do denka nie dlatego, ze zgęstniał, ale dlatego, że kompletnie go wykończyłam. W tym popielato-brązowym kolorze naprawdę się zakochałam i praktycznie codziennie nosiłam go w okresie jesieni, a w innych porach roku używałam go okazyjnie. Pędzelek w tym lakierze to istne marzenie. Naprawdę świetnie malowało mi się nim paznokcie i wystarczyła tylko jedna warstwa lakieru żeby nie było prześwitów. Lakier dosyć szybko wysychał i trzymał się na paznokciach nawet 5-6 dni bez żadnych odprysków i to bez żadnego top coat'u. Naprawdę polecam, mimo jego dosyć wysokiej ceny. Warto w niego zainwestować.

Lakier do paznokci Eveline miniMax w odcieniu nr 836 również całkowicie zdenkowałam co się u mnie rzadko zdarza, bo prędzej mi jakiś lakier zgęstnieje, niż go zużyję. Myślę, że jego mała pojemność pozwoliła mi go szybciej zużyć. Dodatkowo ten odcień ciemnego burgundu naprawdę przypadł mi do gustu i w okresie letnio-jesienno-zimowym bardzo często nosiłam go na paznokciach. Krycie i pędzelek w tym lakierze również polubiłam. Schnięcie lakieru także było niczego sobie, to samo z trwałością, ale niestety lakier bez odprysków wytrzymywał na moich pazurkach maksymalnie 4 dni.


Z kategorii pielęgnacja twarzy zużyłam:

Hydrolat różany z róży damasceńskiej 100%: rewelacyjny hydrolat, który stosowałam jako tonik do przywrócenia odpowiedniego pH skóry tuż po umyciu i osuszeniu twarzy. Ślicznie pachniał, lekko nawilżał skórę, a przede wszystkim ją koił. Najbardziej pokochałam go jednak za skład, a dokładnie za to, że był to czysty hydrolat różany bez żadnych dodatkowych składników. Ciężko było mi taki hydrolat znaleźć, ale udało się i takie właśnie cudo zakupiłam w Manufakturze Kosmetycznej.

Krem tłusty z filtrami UV ochronno-regenerujący firmy Ziaja: bardzo lubiłam go stosować w zimie, bo wtedy najbardziej chronił moją skórę. Niestety był to dosyć tłusty krem, który powodował, że bardzo szybko zaczęłam się świecić mimo, iż stosowałam podkład matujący, a na to jeszcze puder. Niemniej jednak moja skóra pokochała ten kosmetyk. Była dobrze nawilżona, odżywiona i co najważniejsze nie była zapchana. Polecam jak najbardziej do stosowania w zimie. Krem kosztuje około 13zł, więc jest warty zakupu.

Łagodny peeling enzymatyczny firmy Dermika: rzeczywiście był to produkt, który bardzo łagodnie usuwał z naszej skóry martwy naskórek. Jeśli ktoś ma spore problemy z suchymi skórkami to może nie być zadowolony z tego kosmetyku. Przy jego regularnym stosowaniu (raz w tygodniu) moja skóra wyglądała dobrze i nie było na niej ani jednej suchej skórki. Peeling ten nie powodował zaczerwienienia skóry, w żaden sposób jej nie podrażniał, nawet przy trzymaniu go na twarzy przez prawie godzinę :P Wrażliwcom jak najbardziej polecam ten produkt.

Prreti płatki zmiękczające pod oczy truskawka: ciężko mi coś napisać o tym produkcie, bo niby ten kosmetyk działa, ale zmiękczenie skóry wokół oczu było u mnie chwilowe. Niby skład i działanie nie jest takie złe, ale myślę, że produkt ten to taki dodatek relaksacyjny do zastosowania pod koniec dnia, co by sobie zrobić małe domowe SPA.

Maseczka do twarzy dla cery suchej firmy Nivea: moja ulubiona maseczka, która posiada w sobie ekstrakt z miodu, hydra IQ i olejek migdałowy. Maseczka bardzo ładnie nawilża i odżywia skórę, a po jej zmyciu skóra jest cudownie miękka i gładka. To już moje kolejne zużyte opakowanie i pewnie nie ostatnie. Naprawdę wam ją polecam ;)


Z kategorii pielęgnacja ciała zużyłam:

Ochronny balsam do ust Tisane: jak na razie jest to mój ulubiony balsam do ust! Świetnie chroni usta przed szkodliwymi czynnikami takimi jak np. zimno. Dodatkowo usta pięknie nawilża i odżywia. Jeśli macie spierzchnięte usta to produkt ten przywróci wam je do ładu. Przy okazji cudownie pachnie miodem! Polecam wam przede wszystkim wersję w słoiczku, która moim zdaniem jest odrobinę lepsza niż ta w sztyfcie.

Krem do rąk z 5% mocznikiem SebaMed: świetnie nawilżający i zmiękczający krem do rąk, który szybko się wchłania i nie pozostawia na dłoniach nieprzyjemnego filmu. Skład i zapach ma również przyjemny. Niestety cena trochę odstrasza, bo za ten kosmetyk zapłacimy aż 30zł, a doskonale wszystkie wiemy, że w niższej cenie znajdziemy równie dobre kremy do rąk.

Tołpa Green odżywcze mleczko wygładzające: bardzo fajny balsam do ciała, który szybko się wchłaniał, dobrze nawilżał i odżywiał skórę, a także nie pozostawiał na skórze nieprzyjemnej warstwy ochronnej. Pachniał całkiem przyjemnie, a i skład był niczego sobie. Balsamy do ciała z Tołpy bardzo lubię i ten również polubiłam.

Zmywacza do paznokci Isana chyba nie muszę wam opisywać. Lubię go za niską cenę w stosunku do pojemności i dobre zmywanie lakieru, bez rozmywania go po skórkach i paznokciach. Naprawdę polecam jeśli jeszcze go nie znacie.

Moje ulubione płatki kosmetyczne to te z firmy Carea Aloe Vera, które często można kupić w Biedronce w promocji 6zł za 3pak. Nie rozwarstwiają się i zbytnio nie pylą, więc dla mnie są idealne.

Antyperspirantów Rexona chyba nie muszę wam przedstawiać, bo pewnie każdy je zna. Ja je uwielbiam i tylko je kupuję, bo jako jedyne naprawdę chronią mnie przed potem i jego przykrym zapachem. Obecnie zużyłam dwie wersje: Sexy (uwielbiam za zapach) oraz Invisible Pure, która ma chronić przed białymi i żółtymi plamami na ubraniach (czego niestety jeszcze nie zauważyłam).


Z kategorii higiena zużyłam:

Kneipp pielęgnujący olejek do kąpieli kwiat migdała: bardzo fajny olejek, który wlewa się do wanny. Niestety mało wydajny, bo mi wystarczył na trzy użycia, a według producenta wystarczy na maksymalnie dwa. Skóra po nim była świetnie nawilżona i zmiękczona, ale za cenę 25zł nie jest moim zdaniem warty zakupu.

Żel pod prysznic Korres o zapachu wanilii i śliwki: żel ten przywiozłam z Zakynthos, a kupiłam go w strefie bezcłowej za 2,50 euro. Cena naprawdę dobra w porównaniu do składu, który jest rewelacyjny. Zapach jest taki sobie, ale to za sprawą naturalnych, ziołowych składników. W składzie nie ma perfumu, który by upiększał zapach. Żel ten ładnie się pienił, dobrze oczyszczał skórę, nie podrażniając i nie wysuszając jej. Naprawdę polecam ten kosmetyk.

Mydełka firmy Isana bardzo lubię za cenę i zapachy. Ostatnio zagościły w mojej łazience dwa mydełka: pierwsze o zapachu mleka i miodu, a drugie o zapachu mango i pomarańczy. Tą drugą wersję bardziej polubiłam i pewnie znów się na nią skuszę :)

Chusteczki dla dzieci to ostatnio u mnie hit. Stosuję je do wycierania rąk, jak nie mam w pobliżu ani mydła ani ręcznika, a także do higieny intymnej. Zdarzyło mi się nimi także coś przetrzeć, więc śmiało mogę napisać, że są to u mnie wielozadaniowe chusteczki.

Chusteczki do higieny intymnej Sensitive firmy AA: delikatne chusteczki, które nie podrażniają miejsc intymnych. Mają fizjologiczne pH i zawierają w sobie odrobinę kwasu mlekowego. Będą idealne na wyjazdy i ja je głównie wtedy używałam.


Z próbek zużyłam trzy małe hotelowe żele pod prysznic, które przywiozłam z pobytu w Bukowinie Tatrzańskiej w pensjonacie Orlik (swoja drogą polecam wam ten pensjonat, bo ma przepiękne SPA, świetną restaurację, obsługę i pokoje). Emolium i Atoperal to emulsje do kąpieli, które zamierzam kupić w wersji pełnowymiarowej, bo bardzo fajnie działały na moją skórę. Niby są to produkty przeznaczone dla dzieci, ale nikt nie powiedział, że dorosły nie może ich stosować, prawda? :D Pilniczek do paznokci pokazałam tylko dlatego, że okazał się totalnym niewypałem! Kupiłam go w Pepco i tylko raz próbowałam użyć. Dziadostwo totalne, nie kupujcie tego.

Tak oto prezentuje się moje małe, dwumiesięczne denko. Dajcie znać jak u was ze zużyciami i czy któryś z wymienionych przeze mnie kosmetyków też pokochałyście. Jeśli jest u was jakiś bubel to dajcie mi znać czego mam nie kupować, bo czeka mnie za niedługo wyprawa do drogerii po zapasy, a nie chciałabym wyrzucać pieniędzy w błoto. Oczekujcie więc w najbliższym czasie haul'a z nowościami kosmetycznymi :)

piątek, 8 stycznia 2016

Ulubieńcy roku 2015


Hej :)
Chyba nadszedł już czas na przedstawienie wam moich ulubieńców roku 2015, tym bardziej, że od września nie pojawił się żaden post z ulubieńcami miesiąca. W dzisiejszym poście pojawią się tylko perełki, dzięki którym pielęgnacja mojego ciała odbywała się w sposób przyjemny, szybki i efektowny.


Zacznijmy od produktów do pielęgnacji twarzy.
Jeśli chodzi o płyny micelarne to absolutnymi hitami okazały się dwa produkty: płyn micelarny do skóry wrażliwej firmy Garnier oraz płyn micelarny Loreal Ideal Soft. Oba te kosmetyki bardzo dobrze zmywały makijaż niewodoodporny, nie rozmazywały go na twarzy, świetnie radziły sobie z każdym tuszem do rzęs, były wydajne i niedrogie.
Do mycia twarzy stosowałam kilka produktów, ale tylko jeden okazał się strzałem w 10! Mowa o
nawilżającej piance do cery suchej i wrażliwej firmy Ecolab. Pianka ta zawiera ponad 99,5% komponentów roślinnych w tym m.in. wodę morską, olej ze słodkich migdałów, ekstrakt z aloesu i kwas hialuronowy. Delikatnie, ale bardzo dobrze oczyszcza skórę z resztek makijażu nie wysuszając jej. Będzie dobra dla osób, które borykają się z problemem przesuszonej i odwodnionej skóry.
Po oczyszczeniu skóry dla przywrócenia jej prawidłowego pH stosowałam hydrolat różany firmy Manufaktura Kosmetyczna. Jest to w 100% czysty hydrolat z róży damasceńskiej, który odświeżał skórę, tonizował ją i delikatnie nawilżał. Przy okazji ładnie pachniał i zmniejszał zaczerwienienia. Oprócz hydrolatu stosowałam wodę termalną Uriage, która miałam bardzo podobne właściwości co opisany powyżej hydrolat, tylko zawierała w sobie więcej minerałów i nie miała już takiego przyjemnego zapachu, co hydrolat z róży damasceńskiej. 
Jeśli chodzi o kremy do twarzy to w okresie zimowym stosuję bogaty krem nawilżający z serii Hydrabio Riche firmy Bioderma. Nie jest to tłusty krem, ale powoduje, że skóra po użyciu dostaje zdrowego blasku. Świetnie nawilża skórę, a samo nawilżenie jest odczuwalne przez długi czas. Krem ten jest wydajny, ma przyjemny zapach i dobry skład. Na okres letni polecam zaś emulsję firmy Clinique Dramatically Different Moisturizing Lotion+. Jest to produkt o lekkiej konsystencji, który bardzo szybko się wchłania, pięknie pachnie i naprawdę dobrze nawilża. Przy okazji pozostawia skórę zdrowo wyglądającą i jest przy tym niesamowicie wydajny. Skóra po użyciu obu tych kremów jest niesamowicie miękka i przyjemna w dotyku. 
No i oczywiście muszę wspomnieć o mojej ukochanej odżywczej maseczce do twarzy z miodem firmy Nivea, która zasługuje na szczególne wyróżnienie. Po użyciu tego kosmetyku moja skóra jest niesamowicie miła w dotyku, gładka i promienna, a przy tym jest niesamowicie odżywiona i nawilżona. Śmiało mogę wam ją polecić do zastosowania przed ważnymi wyjściami, ale także do okazyjnego użytku np. raz w tygodniu. Lepszej maseczki od tej nie miałam.


Z kategorii włosy moimi ulubieńcami są:
Spray termoaktywny do układania i regeneracji włosów firmy Ecolab. Jest to produkt, który ma ułatwić rozczesywanie włosów i chronić przed gorącym powietrzem. Co do ułatwienia rozczesywania to się nie zgodzę, bo mam włosy bardzo plączące się i niestety sam ten produkt sobie z moimi włosami nie poradzi, ale jeśli chodzi o ochronę przed gorącym powietrzem suszarki i ciepłem prostownicy to nie mam do niego żadnych zastrzeżeń. Moje włosy mimo suszenia suszarką są w dobrym stanie (no może nie ostatnimi czasy, po rozjaśnieniu sobie końcówek) i myślę, że m.in. dzięki temu produktowi włosy mam jakie mam. Aktywnymi składnikami są: ekstrakt z hibiskusa, ekstrakt z imbiru, organiczny olej makadamia oraz keratyna. Skład jest naprawdę dobry i naturalny.
Jeśli chodzi o odżywki do włosów do pokochałam trzy produkty: odżywkę Balea z mango i aloe vera oraz dwie odżywki firmy Garnier z awokado i masłem karite oraz z cudownymi olejkami. Wszystkie te produkty pięknie wygładzały moje włosy, powodowały, że stawały się one miękkie i przyjemne w dotyku, świetnie się spłukiwały i przy okazji pięknie pachniały. Miały także dobry skład i kosztowały niewiele. Szkoda tylko, że zapach na włosach tak krótko się utrzymywał. 
Z szamponów do włosów pokochałam dwa produkty. Pierwszy jest kosmetykiem naturalnym, a pochodzi z firmy Alva. Szampon ten przeznaczony jest do włosów cienkich, zawiera w sobie m.in. kofeinę i aloes. Drugi produkt to szampon odbudowujący z firmy Biokap. Oba te szampony świetnie oczyszczają włosy, powodują, że się aż tak nie plączą, zmiękczają i odrobinę wygładzają włosy. Dobrze się pienią mimo, że nie posiadają w sobie SLS'ów. Nie posiadają także parabenów.
Ulubioną odżywką w spray'u została ekspresowa odżywka regeneracyjna Gliss Kur Ultimate Oil Elixir. Pokochałam ją dlatego, że jako jedyna świetnie radziła sobie z moimi splątanymi włosami i powodowała, że ich rozczesanie miałam znacząco ułatwione. Przy okazji nie obciążała włosów, zmiękczała je i odżywała. 
Z masek do włosów pokochałam maskę z masłem shea  firmy Planeta Organica. Kosmetyk ten przeznaczony jest do włosów suchych i zniszczonych. W składzie znajdziemy m.in. 15% masła shea, olej baobabu, ekstrakt z owoców baobabu, a także olej z avocado. Naprawdę rewelacyjna maska, która niesamowicie zmiękcza włosy, zapobiega ich plątaniu, pięknie odżywia i nawilża włosy nie obciążając ich przy tym. Jest naprawdę tania jak na tak dobry skład i wydajność. Polecam każdemu, szczególnie osobom farbującym włosy.


Gdy moje włosy wołały o umycie, a nie miałam czasu żeby to zrobić to stosowałam suchy szampon Batiste. Zużyłam w zeszłym roku chyba z 6 takich opakowań, jak nie więcej i nadal będę ten produkt używać. Drugim świetnym suchym szamponem okazał się szampon z firmy Dove. Jakoś super włosów nie bielił, za to świetnie je odświeżał i lekko unosił u nasady. Przy tym (tak samo jak Batiste) pięknie pachniał.
Moimi ulubionymi perfumami okazały się dwa zapachy. Pierwszy zapach stosowany przeze mnie na dzień to woda toaletowa Seductive firmy Guess. Zapach ten należy do zapachów słodko-kwiatowych i jest to zapach niezwykle uwodzicielski, lekki i przy okazji świeży. Nada się także na randki i inne towarzyskie spotkania. Drugi flakon widoczny na zdjęciu to woda perfumowana firmy Avon. Jest to zapach In Bloom pochodzący z serii Today Tomorrow Always. Zapach nieco ciężki zaraz po spryskaniu, ale później łagodnieje i przeradza się w piękny kwiatowy ogród. Woda ta jest niezwykle trwała jak na swoją cenę, ale nie nadaje się do noszenia w torebce mimo małej pojemności 30ml, ponieważ flakonik jest dosyć ciężki.
O antyperspirantach Rexona za dużo pisać nie będę, bo kto mnie czyta ten wie, że to są moje najlepsze antyperspiranty w spray'u, a moim ulubionym zapachem jest zapach Sexy.
Dwa balsamy do ciała podbiły moje serce i ciało. Pierwszy fenomenalny balsam pochodzi z firmy Tołpa. Jest to balsam do ciała z amarantusem z serii Botanic. Szybko się wchłania i dobrze rozsmarowuje na ciele, całkiem dobrze nawilża skórę, a przy tym pięknie pachnie. Od razu po wysmarowaniu się tym specyfikiem można się ubrać nie mając obaw, że pobrudzimy sobie ubranie. Drugi balsam do ciała pochodzi z firmy Balea i zawiera w sobie aż 40% różnych olejków. Niestety balsam ten jest już nieco tłusty i radziłabym chwilę odczekać niż ubierzemy na siebie ubranie. Rewelacyjnie odżywia i nawilża skórę, szybko się wchłania i daje się dobrze rozsmarować. Niestety nie każdemu przypadnie do gustu jego zapach. Mimo to warto go kupić i stosować w okresie zimowym, bo pięknie skórę pielęgnuje.
Do mycia używałam wielu kosmetyków, ale płyny do kąpieli Avon'u są moimi ulubionymi płynami. Ulubionym zapachem okazał się zapach waniliowo-figowy (widoczny na zdjęciu). Do kąpieli używam także płynu dla mam Babydream. Boziu jak on obłędnie pachnie, dzięki czemu podczas kąpieli odczuwam pełen relaks. Zużyłam już chyba z 5 opakowań tego kosmetyku i na pewno kupię kolejne opakowania. Patrząc na świetny skład i niską cenę warto w niego zainwestować.
Z żeli pod prysznic pokochałam żel przywieziony z Zakynthos. Jest to żel firmy Korres o zapachu wanilii i śliwki. Pokochałam go dlatego, że ma dobry skład no i przypomina mi o zeszłorocznych wakacjach. Kupiłam dwa opakowania tego produktu, a następne czeka już w kolejce na użycie.
Z kremów do rąk zakochałam się w kremach firmy Balea. Szczególnie pokochałam zapach owoców leśnych, ale także polubiłam się z kremem o zapachu maślanki i papai. Kremy te szybko się wchłaniają i naprawdę dobrze pielęgnują skórę dłoni. Szkoda, że nie można ich dostać stacjonarnie.


Spośród produktów do makijażu także znalazłam kilka perełek. Pierwszą z nich będzie podkład firmy Revlon Nealry Naked. Swój posiadam w odcieniu 120 Vanilla. Podkład ten delikatnie matuje skórę, ale wygląda na twarzy bardzo naturalnie i świeżo. Pięknie się w nią wtapia, długo utrzymuje się na swoim miejscu i nie trzeba go raczej utrwalać pudrem (wszystko zależy jaki krem mamy na twarzy pod podkładem). Obojętnie czym go nałożymy to i tak zawsze pięknie wygląda na twarzy. Dokładnie to samo mogę powiedzieć o podkładzie Lasting Finish firmy Rimmel. W przypadku tego podkładu trwałość jest zdecydowanie lepsza, a wykończenie nie jest już takie pudrowe jak w przypadku NN. Oba te podkłady nie ciemnieją po nałożeniu, nie obciążają skóry, dzięki czemu nie musimy się obawiać wyprysków, a także mają całkiem dobrą wydajność i paletę odcieni.
Ulubionym pudrem prasowanym okazał się puder firmy Revlon z serii Nearly Naked. Mój posiadam w najjaśniejszym odcieniu. Puder ten bardzo ładnie matowił skórę, a przy tym niesamowicie naturalnie wyglądał na twarzy. Całkiem długo się na niej utrzymywał, a także był wydajny (ale to chyba większość pudrów tak ma z tą wydajnością).
Z pomadek używałam głównie pomadek firmy Wibo z serii Elixir w odcieniu 01, 03 i 07, które całkiem długo utrzymywały się na ustach i równomiernie z nich schodziły. Dodatkowo nie wysuszały ust, zawierały w sobie witaminy i powodowały, że usta nabierały blasku, bo ich wykończenie było błyszczykowate. Pomadka z serii Kate firmy Rimmel także podbiła moje serce ze względu na trwałość i brzoskwiniowy kolor nr 16, który pięknie pasował do mojej jasnej karnacji i delikatnego, dziennego makijażu. Do pielęgnacji ust stosowałam wiele produktów, ale tylko balsam do ust Tisane był w stanie ukoić i zregenerować moje usta. Świetnie nawilżał i odżywiał usta, a także świetnie smakował i przyjemnie pachniał.
Najlepszym lakierem do paznokci, który sobie upodobałam, a który wytrzymywał na moich paznokciach ponad tydzień (w połączeniu z top coat'em) był lakier firmy Rimmel w odcieniu 340 berries and cream. Uwielbiam takie malinowo-krwistoczerwone odcienie na swoich pazurkach.
Co do top coat'u to nie znalazłam niczego nowego wartego uwagi i nadal kocham ten z Sally Hansen Insta-Dri. Nie dość, że produkt ten przyspiesza wysychanie lakieru, to dodatkowo tworzy nabłyszczającą warstwę, która trzyma się na paznokciach nawet do trzech tygodni! Lakier+ten top coat to idealne rozwiązanie dla osób, które nie lubią długo czekać na wysychanie lakieru, a także dla tych, które nie lubią często malować paznokci i chcą, aby lakier utrzymywał się na paznokciach jak najdłużej.
Tusz do rzęs, który pokochałam był tylko jeden, a jest nim tusz do rzęs Volume Million Lashes So Couture firmy Loreal. Tusz ten nie osypywał się, pięknie wydłużał, a przede wszystkim pogrubiał i rozdzielał rzęsy, dzięki czemu mogłam się cieszyć rzęsami jak z okładki magazynu. Musiałam go wyrzucić po ponad 4 miesiącach tylko dlatego, że się skończył.
Ulubionym i jedynym rozświetlaczem jaki posiadam jest rozświetlacz Silver z firmy Wibo. Produkt ten tworzy na twarzy dosyć chłodną taflę, która nie każdemu może się spodobać. Ja uważam jednak, że mi ten odcień rozświetlacza pasuje. Jedyną wadą tego produktu jest jego kruszenie się podczas nabierania go z opakowania. Mimo to bardzo go lubię, bo jest niedrogi, a na twarzy utrzymuje się naprawdę długo.


To by było tyle jeśli chodzi o moich ulubieńców 2015 roku. Myślę, że wiele z tych kosmetyków zostanie ze mną na dłużej, ale nadal będę szukała i testowała wiele nowości, które mogą stać się ulubieńcami 2016 roku.
A wy znaleźliście pośród moich ulubieńców jakiś wasz ubiegłoroczny hit? Dajcie znać w komentarzach, czy któryś z powyżej opisanych produktów was zaciekawił, a jeśli macie jakieś odmienne zdanie na temat któregokolwiek z produktów to chętnie przeczytam waszą opinię.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...