wtorek, 4 listopada 2014

Oczy są zwierciadłem duszy: historia powstania maskary i sztucznych rzęs


Hej :)
Dziś kolejny post o historii powstania maskary i sztucznych rzęs. Lubię tego typu posty, ponieważ zawsze mogę się dowiedzieć czegoś ciekawego na temat kosmetyków, które używam w swoim codziennym makijażu.
Która z nas nie marzy o pięknych, długich, kruczoczarnych i podkręconych rzęsach? Chyba każda takie chce :) Wszystkie chcemy wyglądać pięknie i dzięki tym dwóm podstawowym kosmetykom nasza uroda może być podkreślona, a my możemy czuć się pięknie.

Tusz do rzęs, który jest nieodłącznym elementem każdego makijażu powstał w 1860 roku i został wymyślony przez Eugene Rimmel'a. Co prawda już w starożytnym Egipcie kobiety stosowały coś na wzór aktualnego tuszu do rzęs, a była to mieszanka sadzy, kurzego białka i oliwy. Używano także proszku antymonowego, który składał się z galenitu, węgla drzewnego, sadzy oraz siarczanu ołowiu. Egipcjanki rozpowszechniły nieco tą mieszankę do rzęs i dzięki temu kobiety i mężczyźni starożytnej Grecji, czy Rzymu również mogli podkreślać swoje oczy. Inne źródła mówią również o mieszance odchodów krokodyla z miodem i wodą, a to wszystko było nakładane na rzęsy kością słoniową.
Prototyp wymyślony przez pana Rimmel'a składał się ze sproszkowanego węgla i wody w postaci gęstej masy, a to wszystko nakładane było specjalną stworzoną przez tego pana szczoteczką. Dzięki temu słowo rimmel w kilku językach oznacza maskarę.


Aktualnie używana maskara powstała w 1913 roku i została wyprodukowana przez założyciela firmy Maybelline i chemika Toma Lyle Williams'a.
Historia powstania tego kosmetyku wiąże się z nieszczęśliwą miłością Maybelli (siostry Williamsa), która była zdradzana przez narzeczonego. Brat chciał pomóc siostrze zdobyć zainteresowanie innych mężczyzn poprzesz dodanie jej spojrzeniu głębi i dzięki temu stworzył dla niej mieszaninę wazeliny z pyłem węglowym, którą nakładało się na rzęsy. Ten prosty kosmetyk przyniósł Maybelli szczęście i już po roku od jego wyprodukowania została mężatką (wyszła za mąż za zdradzającego ją narzeczonego), a w 1915 roku Williams założył firmę, którą nazwał na cześć swojej siostry Maybelline (połączenie imienia Maybell ze słowem vaseline).

Tom Lyle Williams
 źródło







Dawniej tusze do rzęs były wykonywane z różnego rodzaju składników. Bardzo często zawierały jednak pył węglowy, a tylko zmieniała się baza, którą z tym pyłem łączono. Czasami bazą tą było także mydło. W 1917 roku czarny pigment przesiewano i mieszano z płatkami mydlanymi, mielono je, a następnie prasowano. Ten rodzaj tuszu był tuszem w kamieniu i zazwyczaj nakładano go za pomocą mokrego pędzelka, na który zazwyczaj pluto, aby go zwilżyć, dlatego szczoteczka ta zyskała nazwę "plujki".

Innym rodzajem tuszu do rzęs była mascara w kremie podobna do lotionu i pakowana do tubki. Aby ją zaaplikować należało wycisnąć niewielką ilość produktu z tubki na pędzelek i pomalować nim rzęsy. W późniejszym czasie, bo w latach 60-tych wynaleziono aplikator do tuszu w formie wyżłobionego pręcika, a następnie ten pręcik ponownie został zmodyfikowany i istnieje do dziś w formie szczoteczki do rzęs.

W 1939r Helena Rubinstein zaprezentowała pierwszą wodoodporną maskarę, która znajdowała się w opakowaniu jakie używane jest do dziś.


Na stronie internetowej firmy Rimmel możemy przeczytać więcej informacji na temat powstania tuszu do rzęs, a żebyście nie musiały go szukać to wam go skopiowałam. Źródło znajduje się TUTAJ.

"W 1820 roku pewien szanowany francuski perfumiarz, będący uczniem Pierre’a Francoisa Lubina – nadwornego perfumiarza Cesarzowej Józefiny, żony Napoleona Bonaparte – przyjął propozycję prowadzenia londyńskiej perfumerii przy prestiżowej Bond Street. Przedsięwzięcie okazało się sukcesem i w 1834 roku, wspólnie z synem i zarazem uczniem – 14 letnim wówczas Eugene Rimmelem, założył własny zakład perfumiarski. Tak oto powstał Dom Rimmel.
Rodzinny interes kwitł, podobnie jak talent młodego Eugene Rimmela. W wieku 24 lat młodzieniec ów był nie tylko doświadczonym perfumiarzem, ale także wizjonerem sztuki kosmetycznej - eksperymentującym z zapachami i kolorami, podróżującym po całym świecie w poszukiwaniu egzotycznych składników i inspirujących pomysłów. Jako pionier w dziedzinie higieny osobistej Eugene Rimmel wprowadził na rynek wiele innowacyjnych w tamtych czasach produktów, takich jak płyn do płukania ust, perfumowana pomada do stylizacji włosów czy pomysłowy atomizer do wody toaletowej. Bogata londyńska klientela tłumnie odwiedzała jego firmowy salon perfumeryjny przy eleganckiej Regent Street, chętnie kupując wykwintnie zapakowane perfumy, mydła i esencje kąpielowe. Wśród klientów Domu Rimmel byli także dostawcy dworu królewskiego.
Mimo zdobytego uznania w Londynie, Eugene Rimmel od samego początku chciał dotrzeć do jak najszerszego grona klientów i jako jeden z pierwszych wykorzystał moc reklamy, publikując bogato ilustrowane katalogi wysyłkowe oraz umieszczając reklamy na kartach programów teatralnych. Po jego śmierci w 1887 roku imperium kosmetyczne Rimmel odziedziczyli jego dwaj synowie, którzy przyczynili się do międzynarodowego sukcesu marki, kładąc nacisk na szeroką gamę kolorystyczną produkowanych kosmetyków oraz bogatą ofertę kosmetyków do makijażu oczu, a w szczególności rewolucyjnych tuszów do rzęs. Popularność marki w tej dziedzinie była tak wielka, że w niektórych językach po dziś dzień słowo “Rimmel” oznacza właśnie tusz do rzęs!
Po II wojnie światowej marka Rimmel została przejęta przez Roberta i Rose Caplinów, właścicieli londyńskiej agencji reklamowej. Gdy na fali powojennego optymizmu w Wielkiej Brytanii bohaterkami masowej wyobraźni i ikonami urody dla milionów kobiet stały się gwiazdy z Hollywood, Caplinowie – z intuicją godną samego Eugene Rimmela – uprzedzili nadchodzącą rewolucję kosmetyczną, rozszerzając ofertę produktów do
makijażu, unowocześniając opakowania i wprowadzając na rynek pierwszy w historii wygodny dozownik."



Sztuczne rzęsy stworzone przez Shu Uemura
źródło

Teraz chciałabym wam opisać pokrótce historię powstania sztucznych rzęs, bo stają się one ostatnio coraz bardziej popularne. Nie musimy już codziennie przyklejać paseczka sztucznych rzęs, aby nasze naturalne rzęsy były bardziej zagęszczone i wydłużone. Aktualnie możemy już tylko dokleić sobie kilka kępek lub pójść do kosmetyczki i przedłużyć sobie rzęsy metodą 1:1.
Prekursorem sztucznych rzęs został w 1916 roku amerykański reżyser D W. Griffith, który zlecił wykonanie przedłużenia dolnych rzęs lokalnemu producentowi peruk. Chciał on, aby aktorka grająca w filmie "Nietolerancja" miała tak długie dolne rzęsy, aby dotykały jej policzków. Rzęsy te wykonane były z ludzkich włosów i przymocowane do gazy.
Pierwsze opatentowane sztuczne rzęsy stworzył w 1927 roku Max Factor, czyli polak Maksymilian Faktorowicz, pochodzący ze Zduńskiej Woli. Stworzył je dla gwiazdy niemego kina Phyllis Haver, a wynikało to z potrzeby podkreślenia oczu aktorkom w teatrze oraz kinie.
Pierwsze sztuczne rzęsy wykonane były z frędzli umieszczonych na nitce. Projekt był nienaturalny, nietrwały, a także bardzo kosztowny jednak świetnie sprawdzał się w charakteryzacji gwiazd filmowych. Rzęsy na pasku powstały na początku lat 50-ch XX wieku i od razu zyskały popularność. Takie rzęsy wykonywane są z różnych materiałów m.i.: poliestru, piórek, prawdziwego włosia zwierzęcego. Aktualnie możemy się spotkać także z kępkami rzęs i rzęsami z papieru.
Metoda 1:1, czyli metoda doklejenia jednej sztucznej rzęsy do jednej rzęsy naturalnej, stworzona została w 2003 roku przez wizażystę Shu Uemura. Do tego celu użył on włosia norek syberyjskich. Madonna była pierwszą kobietą, która miała zaszczyt nosić takie rzęsy.
Taka metoda zagęszczania i przedłużania rzęs jest bardzo kosztowna i pracochłonna, jednak aktualnie możemy wykorzystać syntetyki zamiast włosia norek syberyjskich i wtedy cena spada. Metoda ta jest aktualnie jedyną metodą, która pozwala na dłużej cieszyć się dłuższymi i gęstszymi rzęsami, jednak co jakiś czas trzeba rzęsy uzupełnić, ponieważ po pewnym czasie sztuczne rzęsy odklejają się on naturalnych i wypadają albo wypadają wraz z naturalnymi.

Jak widać oczy od bardzo dawna były podkreślane przez kobiety. Aktualnie mamy ogromny wybór tuszy do rzęs, sztucznych rzęs, a także metodę przedłużania i zagęszczania rzęs z zastosowaniem naturalnego i syntetycznego włosia. Producenci kosmetyków do oczu prześcigają się w wymyślaniu nowych patentów, ulepszaniu aktualnych szczoteczek i tworzeniu nowych produktów, które wydobędą z naszych oczu głębię, urok i piękno.

"Bo w oczach tkwi siła duszy" 
Paulo Coelho

piątek, 31 października 2014

Ulubieńcy października


Hej :)
Jako, że dziś mamy ostatni dzień miesiąca pora na post o ulubieńcach października. Jak zwykle nie jest ich dużo, ale są to produkty po które najczęściej sięgałam w tym miesiącu.


Zacznijmy od płynu micelarnego Ideal Soft Loreal'a. Wiele z was go polecało i po długim czasie i wielu przemyśleniach, czy to nie jest kolejny chwyt marketingowy firmy postanowiłam się skusić na ten kosmetyk do demakijażu. Micel ten pięknie zmywa makijaż, a z tuszem do rzęs radzi sobie świetnie. Wiadomo, że trzeba wacik nasączony płynem chwilę na oku przytrzymać, ale nie trzeba trzeć oka, aby je oczyścić z resztek makijażu. Kosmetyk ten nie szczypie mnie w oczy i za to ma ogromy plus, bo nienawidzę, gdy podczas demakijażu coś je podrażnia. Za ten produkt zapłaciłam jakoś 7zł i żałuję, że nie kupiłam od razu dwóch butelek. Za tą cenę, wydajność i działanie jest to kosmetyk godny polecenia.


Kolejny mój ulubieniec to jajeczko do makijażu Ebelin. Jest to moje pierwsze jajeczko do makijażu i powiem wam, że długo zastanawiałam się nad tym z jakiej firmy mam zamówić ten właśnie produkt. Po wielu przeczytanych recenzjach doszłam do wniosku, że będzie to jajeczko niemieckiej firmy Ebelin. Poprosiłam, więc kochaną Darię o zakup mi tego jajeczka jak będzie w Niemczech i po wielu poszukiwaniach Daria go znalazła. Produkt ten kosztował mnie 2,5 Euro o ile dobrze pamiętam. Pięknie nakłada się nim podkład, dzięki czemu uzyskujemy naturalny efekt, a nie maskę na twarzy. Niestety jajeczko trzeba bardzo dobrze odcisnąć z wody, bo inaczej podkład się rozwodni i nie będzie już taki kryjący jak powinien. Po użytkowaniu podkładu z Revlon'u Color Stay gąbeczki nie szło już dokładnie wyczyścić i jak widać pozostały na niej plamy. Na szczęście jajeczko mi jeszcze nie popękało i nadal mogę się nim cieszyć każdego rana :)


Ulubieńcem nie tylko października, ale i jesieni jest szminka firmy Maybelline niestety niedostępna już w sprzedaży. Swoją posiadam w odcieniu 345 Plum Sunrise, czyli w pięknym śliwkowym kolorze, który wspaniale komponuje się z aurą na dworze i moimi włosami w kolorze wiśniowo-brązowym. Ciężko mi niestety oddać prawdziwy odcień tej szminki, ale uwierzcie mi na słowo, że jest to ciepły różowo-śliwkowy kolor z dodatkiem błyszczących drobinek.
Szminka dosyć długo utrzymuje się na ustach bez jedzenia i picia. Niestety po spożyciu czegokolwiek trzeba ją poprawić, bo resztki ciemnej szminki na ustach wyglądają nieestetycznie. Zakochałam się w tym odcieniu na amen i żałuję, że ta seria nie jest już dostępna w sprzedaży. Szminka w cenie na do widzenia w Rossmann'ie kosztowała mnie 7zł, więc tym bardziej jestem zadowolona z tego zakupu.


Jako, że wieczory są już długie i zimne zrezygnowałam z prysznica i korzystam już tylko z wanny. Uwielbiam wtedy wlewać do wody wszystko co pięknie pachnie i dobrze się pieni. Ulubieńcem października jeśli chodzi o kąpiele jest płyn do kąpieli firmy Avon o zapachu ciepłej wanilii i figi. Zapach ten mnie tak zauroczył, że zakupiłam sobie nawet mgiełkę i balsam do ciała z tej samej serii zapachowej. Tak pięknego połączenia słodkości jeszcze nie spotkałam. Płyn ten kosztował mnie 13zł w promocji za litr i muszę przyznać, że nie jest jakoś bardzo tani, ale mimo wszystko jest wydajny. Wystarczy tylko jedna, max dwie nakrętki i mamy całkiem sporo piany i pięknego zapachu w łazience. Poza tym płyn ten ładnie oczyszcza ciało przez co nie muszę już dodatkowo używać innego produktu do mycia.


To by byli wszyscy moi ulubieńcy w tym miesiącu. Coś was zainteresowało, a może mieliście coś z moich ulubieńców, ale nie polubiliście się z tym produktem?
Jakie kosmetyki do kąpieli byście mi poleciły na te chłodne wieczory? Mieliście coś w postaci babeczek lub kuli do kąpieli? Czekam na wasze komentarze.

poniedziałek, 27 października 2014

Kolagenowa maseczka do twarzy w formie tkaniny firmy Beauty Formulas


Hej :)
Na początku chciałabym się wam wytłumaczyć z moich coraz dłuższych nieobecności na blogu. Niestety jestem tutaj o wiele rzadziej niż kiedyś ze względu na fakt, iż mam dwie prace i niezbyt udany grafik na koniec miesiąca, który nie pozwalał mi na napisanie nowych postów.
Same dniówki po 12 godzin nie tylko skutkują brakiem czasu, ale i wpływają na ogólne osłabienie organizmu. Nawet weekendy mam zajęte, bo mam pracę. Gdy mam jednak dłuższą chwilę czasu poświęcam ją mojemu chłopakowi, bo o miłość trzeba przecież dbać. Na szczęście w listopadzie mam w miarę dobry rozkład dnia dlatego mam nadzieję, że będzie mnie tu (i u was) więcej.


Teraz jednak wracam do tego o czym ma być dzisiejszy post, czyli do kolagenowej maseczki do twarzy firmy Beauty Formulas. Maseczkę tę zakupiłam już dosyć dawno podczas wizyty w drogerii Super-Pharm. Nie pamiętam ile dokładnie kosztowała, ale była w granicach 6-7zł i była to cena promocyjna. Cena regularna waha się w granicach 8-12zł. Dla jednych te 6zł to może być dużo jak na jednorazowy użytek tej maseczki, a dla innych mało, więc czy opłaca się wydać te pieniądze na ten kosmetyk, czy nie to już sami musicie zdecydować.
Collagen Essence Facial Mask to maseczka w formie tkaniny nasączona płynem, którą mamy pozostawić na swojej twarzy przez minimum 15 minut. Producent zaleca użytkowanie tego typu maseczek przynajmniej raz w tygodniu jednak ja zastosowałam ją dwa razy, bo na tyle użyć wystarczy jeśli schowamy ją z powrotem do opakowania, gdzie znajduje się jeszcze trochę płynu, który nam tą maseczkę ponownie nawilży.


Maseczka ma wycięte otwory na oczy, usta i nos dzięki czemu możemy zastosować ją na Halloween w formie dodatku do przebrania za ducha lub mumię :P Niestety po jej nałożeniu raczej nie powinnyśmy mówić, ponieważ trochę zjeżdża nam z twarzy szczególnie w okolicy ust.
Zapach tego produktu jest niezwykle delikatny, ładny i słodki, taki trochę mydlany, jednak po zdjęciu maski z twarzy zapach całkowicie się ulatnia. Maseczka ta nie uczuliła i nie podrażniła mojej skóry.
Składniki zawarte w maseczce takie jak ekstrakt z alg, ekstrakt z liści miłorzębu japońskiego, gliceryna, kolagen morski i ekstrakt z morwy białej mają naszą skórę porządnie nawilżyć i odżywić, poprawić elastyczność i jędrność skóry oraz spowolnić procesy starzenia. Niestety po zmyciu resztek płynu efekt nawilżenia znika, dlatego przy drugim razie resztki produktu wmasowałam w twarz i pozostawiłam na skórze aż do wieczornej toalety. Jak można się domyślić po jednorazowym użytkowaniu tego produktu efektów w postaci jędrnej skóry nie widać. Może gdybyśmy ją stosowali regularnie przez dłuższy okres czasu to jakieś efekty byłyby bardziej widoczne.


Podsumowując: fajna maseczka, która sprawdzi się podczas wieczornego lub weekendowego relaksu lub przed ważnym wyjściem. Chwilowo nawilża twarz, chłodzi ją, sprawia, że staje się ona miękka i gładka oraz powoduje, że wygląda ona świeżo jednak po zmyciu resztek produktu cały ten efekt znika. Nie wiem, czy warto poświęcić te 6-12zł na ten produkt, bo jest to kosmetyk jednorazowego użytku, jeśli jednak chcecie się zrelaksować i nie jest wam szkoda wydać tych kilku złotych na tego typu produkt to warto choć raz dla wypróbowania kupić sobie tą maseczkę.

LINK: Opinie na Wizażu

Moja ogólna ocena: 4/5

wtorek, 21 października 2014

10 trików, które pomogą ci w walce o piękny wygląd


Hej :)
Dziś chciałabym wam przedstawić kilka urodowych sztuczek, które są nie tylko przydatne w poprawianiu wyglądu, ale są także szybkie i łatwe w użyciu, przez co możemy poczuć się lepiej i wypięknieć w kilka chwil. Mam nadzieję, że wskazówki okażą się wam pomocne i chętnie z nich kiedyś skorzystacie :)


1. Aby wybielić zęby należy pocierać je wewnętrzną stroną skórki od banana. Powinnyśmy to robić przez mniej więcej dwie minuty, kilka razy w tygodniu, aby efekt był widoczny. Po około miesiącu stosowania możemy zauważyć wybielenie zębów nawet o kilka tonów. Dzięki składnikom takim jak potas, magnez, czy mangan twoje zęby będą widocznie bielsze. Sposób ten dodatkowo nie uszkadza szkliwa zębów w porównaniu do innych środków wybielających.


2. Aby zlikwidować worki i opuchliznę pod oczami należy stosować okłady z zimnych łyżeczek. W tym celu powinnyśmy wsadzić wieczorem do zamrażarki dwie łyżeczki, a następnie wyjąć je rano i położyć na oczy do momentu, aż poczujemy, że stają się one ciepłe. Takimi zimnymi łyżeczkami można także wykonać masaż wokół oczu, który skutecznie poprawi napięcie i ukrwienie skóry.


3. Aby zlikwidować przebarwienia powstałe po ciemnym kolorze lakieru do paznokci należy przecierać paznokcie sokiem z cytryny wyciśniętym na wacik lub odrobiną pasty do zębów.


4. Chcesz mieć na ustach odcień pomadki, której nie masz w swojej kosmetyczce? Nic prostszego. Wystarczy, że nałożysz na łyżkę odrobinę wazeliny i dodasz do niej cień do powiek w odcieniu jaki chcesz mieć na ustach. Wystarczy teraz ogrzać łyżkę i to wszystko ze sobą wymieszać- szminka gotowa :)


5. Jeśli masz zalotkę, która niezbyt dobrze podkręca rzęsy wystarczy, że delikatnie ogrzejesz ją suszarką. Taka ciepła zalotka wzmocni efekt, dzięki czemu twoje rzęsy będą o wiele bardziej podkręcone.

 
6. Chcesz mieć na paznokciach matowy lakier do paznokci, ale nie masz takiego w swojej kolekcji, a do sklepu ci nie po drodze? Wystarczy, że pomalujesz swoje paznokcie zwykłym lakierem do paznokci i wystawisz go na działanie pary wodnej. Dzięki temu twój lakier powinien zmienić się w lakier matowy.


7. Chcesz ogolić nogi, ale skończył ci się żel lub pianka do golenia nóg? Wystarczy, że masz pod ręką jakąkolwiek odżywkę do włosów. Nałożona na nogi nie powinna szybko spływać, bo jest całkiem gęsta, a dodatkowo zmiękczy włoski i ułatwi golenie.


8. Masz nieświeże i oklapnięte włosy, a nie masz pod ręką suchego szamponu? Zastosuj na nie sypki puder wmasowując go we włosy u nasady, a resztę produktu strzep. Puder sypki szybko zaabsorbuje nadmiar sebum i na krótki czas odświeży fryzurę.


9. Nie masz pod ręką kremu do stóp, ale masz w domu krem na odparzenia dla dzieci? To świetnie! Wystarczy, że nałożysz go na noc na stopy, a rano twoje pięty będą zmiękczone i gładsze.


10. Masz na twarzy niechcianego pryszcza? Pozbądź się go nakładając na niego na noc pastę do zębów, krem z cynkiem (np. taki na odparzenia dla dzieci), mieszankę sody oczyszczonej z wodą lub maść ichtiolową. Zadziałają one wysuszająco i przeciwzapalnie. Jednak pamiętaj, aby nie stosować tego triku zbyt często, ponieważ możesz podrażnić i mocno wysuszyć swoją skórę.


To by było na tyle. Pewnie większość osób zna większą część tych sposobów, ale mam nadzieję, że poszerzyłam wiedzę choć jednej z was :) Myślę, że są to proste sposoby na ułatwienie sobie życia i poprawienia urody :)

czwartek, 16 października 2014

The Body Shop- nawilżające, jagodowe masło do ciała dla skóry suchej


Hej :)
Witam was po dość długiej nieobecności spowodowanej natłokiem pracy. Dziś korzystając z okazji, że mam nocną zmianę postanowiłam wygospodarować chwilę czasu na napisanie posta o nawilżającym, jagodowym maśle do ciała od The Body Shop. Masełko to wygrałam w konkursie i jest to moje pierwsze pełnowymiarowe masło do ciała tej firmy.

Długo zastanawiałam się, czy napisać osobnego posta o tym kosmetyku jednak stwierdziłam, że arganowe masło do ciała, które jakiś czas temu recenzowałam jest niestety gorsze od tego, które dziś wam przedstawię. Myślę, że powinnyście wiedzieć, że nie każde masło The Body Shop jest takie samo, jak ta średnia udana nowość z olejkiem arganowym, o której pisałam TUTAJ.


Opis producenta:
Masło jest przeznaczone do skóry suchej. Działa nawilżająco i natłuszczająco na skórę. Oprócz tego chroni skórę przed wysuszaniem, opóźnia starzenie się skóry i powstawanie zmarszczek. Zawiera ekstrakt z owoców borówki. Poprawia gładkość skóry i zapewnia jej 24-godzinne nawilżenie.

Zacznę może od zapachu, który nijak oddaje jagody. Zapach tego masła jest kwaśny z delikatną nutą słodyczy. Mimo wszystko jest to zapach energetyzujący, przyjemny, ciekawy i rzadko spotykany, który niejednej z was może przypaść do gustu ;) Dosyć długo utrzymuje się na skórze i to jest jego dodatkowy plus.
Konsystencja tego produktu jest maślano-kremowa, dzięki czemu produkt ten z łatwością rozprowadza się na ciele. Pod wpływem ciepła dłoni i ciała produkt ten bardzo szybko się rozsmarowuje, wchłania i nie pozostawia przy tym żadnych smug. Jestem wyjątkowo zadowolona z tej konsystencji, bo zależy mi (szczególne w zimie) na szybkim nałożeniu i wchłonięciu się kosmetyku w ciało.
Po użyciu tego kosmetyku moja skóra jest przede wszystkim miękka, gładka i dobrze nawilżona. Nie zauważyłam jednak, aby była jakoś wyjątkowo odżywiona. Na ciele po wsmarowaniu masła pozostaje cienki filtr, ale nie jest on tłusty. To po prostu taka niewidoczna bariera ochronna, która ma zapobiegać utracie wody. 
Skład tego masełka jest dużo lepszy niż w poprzedniej wersji jagodowego masła, a znaleźć w nim możemy: masło shea i masło kakaowe, glicerynę, wosk pszczeli, olej sezamowy, olej z orzesznicy wyniosłej, ekstrakt z borówki czarnej. Reszta składników to głównie konserwanty, utwardzacze i składniki zapachowe.
Opakowanie jak widać to niebieski, plastykowy pojemniczek, z którego możemy bez problemu wydobyć całe masełko. Fajnie się go trzyma nawet w mokrych dłoniach.
Za 200ml masełka będziemy musieli w sklepie The Body Shop zapłacić aż 65zł. Jak dla mnie jest to ogromna kwota jak na masło do ciała i osobiście za taką cenę bym go nie kupiła. Na szczęście jest to produkt wydajny, który powinien wystarczyć na co najmniej dwa miesiące (zależy oczywiście jak często takie produkty używacie). Miło jednak było go poużywać, bo widziałam, że moja skóra dzięki temu produktowi jest przyjemna w dotyku, gładka, miękka i nawilżona.
W Polsce była to edycja specjalna i nie wiem, czy to masełko jest jeszcze dostępne w sklepach stacjonarnych The Body Shop. Dajcie znać jeśli go tam widziałyście.


Podsumowując: jagodowe masełko przeznaczone jest do skóry suchej i z taką skórą sobie radzi. Dobrze nawilża ciało, pozostawiając je miękkie i przyjemne w dotyku. Niestety cena regularna jaką trzeba zapłacić za to masełko jest stanowczo za wysoka i w regularnej cenie na pewno tego masła nie kupię. Gdyby jednak, któraś z was była zainteresowana masłami The Body Shop (i nie tylko) to napiszcie do mnie maila. Mam namiary na dziewczynę, która sprzedaje je za 39zł z wysyłką, a zapłata za produkt jest dopiero przy odbiorze, więc się opłaca i wszystko jest bezpieczne :)

LINK: Opinie na Wizażu

Moja ogólna ocena: 4/5 (jedna ocena mniej za cenę)

piątek, 10 października 2014

Odżywka do rzęs Bodetko Lash- efekty po czteromiesięcznej kuracji


Hej:)
Dzisiaj chciałabym dla was opisać moją pierwszą przygodę z odżywką do rzęs, która ma wydłużyć i zagęścić nasze rzęsy. Odżywka, którą posiadam pochodzi z firmy Bodekto Lash i wygrałam ją na majowym spotkaniu blogerek. Początkowo sceptycznie do niej podchodziłam, jednak chęć posiadania pięknych rzęs wzięła górę i zmusiłam się do codziennego jej użytkowania. Nie żałuję ani trochę tej samodyscypliny, bo dzięki temu moje rzęsy znacząco się wydłużyły, zagęściły i wzmocniły.


Jak same możecie przeczytać poniżej, odżywka Bodetko Lash ma nasze rzęsy uczynić długimi i gęstymi, a to za sprawą codziennego wieczornego wsmarowywania w nie tegoż specyfiku. Przyznam się bez bicia, że codziennie tej odżywki nie stosowałam, bo chodząc na nocne zmiany nie chciałam kłaść jej pod makijaż oka. Robiłam to jednak rano, po przyjściu z pracy i wtedy nadrabiałam wieczorną zaległość. Na początku ciężko mi było zmusić się do codziennego jej stosowania, bo jakoś nie wierzyłam w cudowne jej działanie, ale stwierdziłam, że moje rzęsy są w złej kondycji, wypadają i mają wybrakowane miejsca na oku, dlatego też spiełam się w sobie i codziennie ten specyfik stosowałam.
Pierwsze efekty było widać już po miesiącu regularnego stosowania i wtedy to zauważyłam, że moje rzęsy nieznacznie się wydłużyły i zagęściły, jednak zagęszczenie było o wiele bardziej widoczne niż wydłużenie. Ten efekt w połączeniu z wydłużającym tuszem do rzęs spowodował wielkie "boom" na moim oku. Tak bardzo spodobał mi się ten efekt, że zrezygnowałam z nakładania cieni i rysowania kresek na rzecz samych wytuszowanych rzęs. Zauważyła także, że podczas demakijażu na waciku jest mniej rzęs niż zazwyczaj. Dopiero pod koniec trzeciego miesiąca użytkowania widać już było spore efekty w postaci mocno zagęszczonych i wydłużonych rzęs (zresztą sami możecie to ocenić po zdjęciach, które wykonane były po czterech miesiącach stosowania).
Co do działania niestety nie jest to efekt trwały, ponieważ po czterech miesiącach, gdy ograniczyłam stosowanie odżywki (w celu sprawdzenia co będzie się działo, gdy nie będę jej używać codziennie) zauważyłam, że rzęsy zaczynają cofać się do swojego pierwotnego stanu. Po tygodniu widać już było, że rzęsy zaczynają znów wypadać, a co za tym idzie jest ich coraz mniej, a gęstość nie jest już taka jak poprzednio. Na szczęście swojej długości nie zmieniły i nadal mam pięknie długie rzęsiory :)
 

Jak już opisałam całe działanie tej odżywki to przejdę może do rzeczy technicznych. Odżywka ta ma 3ml i to powinno wystarczyć nam na około 6-8 miesięcy stosowania. Opakowanie jest solidnie wykonane, ale niestety zauważyłam, że napisy zaczynają się z niego zdzierać. Substancję nakłada się za pomocą pędzelka w formie eyeliner'a przejeżdżając nim tuż przy linii rzęs. Pędzelek jest dosyć cienki, ale dzięki temu precyzyjnie naniesie odżywkę na rzęsy. Skład u niektórych może budzić kontrowersje, bo na drugim miejscu (tuż po wodzie) znajduje się bimatoprost, który stosowany jest w leczeniu jaskry poprzez zmniejszenie ciśnienia wewnątrzgałkowego i który nie powinien być stosowany u kobiet w ciąży, jak i u kobiet karmiących piersią. Składnik ten drażni cebulki rzęs i dzięki temu rosną, jednak podczas dostania się do oka może je podrażnić powodując ból, pieczenie i zaczerwienienie oka. Mnie kilka razy oczko zaszczypało, ale szybko ten dyskomfort minął i wszystko po krótkim czasie wróciło do normy. Następnie w składzie znajduje się Euphrasia Officinailis Extract (ekstrakt ze świetlika), Sodium Chloride (chlorek sodu, który zwiększa lepkość i redukuje nieprzyjemny zapach), Alkohol Denat. (etanol- składnik o działaniu tonizującym, oczyszczającym, odtłuszczającym, odświeżającym), Benzalkonium Chloride (substancja antystatyczna, dezodoryzująca i antyseptyczna zapobiegająca elektryzowaniu się włosów, która także je zmiękcza). Odzywkę zakupić możecie na fanpage'u Bodetko Lash, czyli TUTAJ, a jej regularna cena to aż 189zł. Jednak często jest w promocji i aktualnie możecie ją zakupić o 30% taniej, czyli za 132zł. Ja kończę już powoli piąty miesiąc użytkowania tego produktu i chyba zostało mi go jeszcze połowa mimo, iż nie oszczędzałam tej odżywki, więc jej wydajność jest całkiem dobra.


Podsumowując: jestem bardzo zadowolona z tego kosmetyku. Dzięki tej odżywce moje rzęsy znacząco urosły i zgęstniały :) Niestety nie jest to produkt tani i czasami nieco podrażnia oczy. Mimo wszystko zdobył moje uznanie, bo jego działanie jest naprawdę godne podziwu :)

A co wy uważacie o tych odżywkach do rzęs? Są warte swojej ceny? Dajcie też znać co sądzicie o składzie, a dokładnie o jednym składniku jakim jest bimatoprost, bo wiem, że ten składnik budzi wiele kontrowersji.

Moja ogólna ocena: 5-/5 (minus za cenę)

wtorek, 7 października 2014

Jak pachną moje jesienne wieczory, czyli kraina zapachu Yankee Candle


Hej :)
Z każdym dniem za oknem robi się coraz zimnej, ale i coraz bardziej kolorowo, a to za sprawą jesieni, która funduje nam piękne widoki opadających kolorowych liści. W takie jesienne wieczory coraz częściej sięgam po zapachy w postaci wosków, które chętnie sobie palę, gdy tylko za oknem zrobi się ciemno. W swojej małej kolekcji posiadam trzy zapachy, które według mnie będą idealne nie tylko na jesień, ale także i na zimę. Aby je poznać zapraszam was do przeczytania ich opisów poniżej.


Zacznę może od mojego ulubionego zapachu jakim jest Fireside Treats, czyli typowe pieczone nad ogniskiem pianki marshmallow. Zapach ten pochodzi z kolekcji letniej Q2 na 2013 rok i według producenta ma pachnieć pieczonymi piankami i karmelem. Jak pachną pieczone pianki nie wiem, bo nigdy takowych nie piekłam, ani nie jadłam, ale zapach tego wosku jest bardzo słodki i ma w sobie coś męskiego, a nawet rzekłabym, że drzewnego. Zapach palony w kominku jest niezwykle intensywny i rozchodzi się nie tylko po całym pokoju, ale czuć go też w innych pobliskich pomieszczeniach :) Niestety po wygaszeniu kominka dosyć szybko przestaje się go czuć.
Teraz ten zapach jest zapachem miesiąca, więc można go nabyć o 20% taniej i możliwe, że dam się skusić na zakup świecy. Mimo, iż zapach pochodzi z kolekcji letniej to uważam, że będzie idealny do palenia w mroźnie, zimowe wieczory albo w deszczowe, jesienne dni.


Kolejny zapach, który lubię, ale który nie podbił mojego nosa jakoś szczególnie to Torquoise Sky. Według producenta wosk ten łączy w sobie aromat morskiej trawy, świeżej bryzy i piżma. Ja wyczuwam w nim tani odświeżacz toaletowy, trochę cytrusów i piżma, a gdzieś tam daleko sól. Jednak po zapaleniu wosk pachnie nieco inaczej i staje się przyjemniejszy dla nosa. Mam wrażenie, że piżmo zaczyna dominować i zza taniej kostki toaletowej wyłania się powoli ta świeża bryza, o której pisze producent. Zapach jest bardzo intensywny, a po zgaszeniu całkiem długo się utrzymuje. Jednak im więcej czasu mija od jego zgaszenia, tym bardziej przyjemniejszy się staje.
Polecam palić późnym wieczorem, ponieważ jest to zapach wieczorowy i mocny, ale mimo to nadal pozostaje świeżym zapachem.


Midnight Oasis to typowo męski zapach. Jeśli takowych nie lubicie to myślę, że się z nim nie zaprzyjaźnicie. Ja niezbyt wielką miłością do niego zapałałam, za to mój luby bardzo go lubi.
Zapach pochodzi z wiosennej edycji Q1 na 2014r. Według producenta zapach ten składa się z trzech aromatów: morskiej bryzy, drzewa sandałowego i cytrusów. Dzięki tym trzem składnikom zapach wydaje się być nie tylko mocny i męski, ale także ciężki, tajemniczy i elegancki. Gdyby tej tajemniczości i elegancji w tym zapachu nie było to nie wiem czy bym go po pierwszym paleniu ponownie zapaliła. Niestety jest to zapach bardzo intensywny, który długo będzie utrzymywał się w pomieszczeniu, nawet po szybkim jego wygaszeniu. Wąchając go "na sucho" mam wrażenie, że obok mnie siedzi przystojny, dobrze ubrany biznesmen, który z natury jest subtelnym i wrażliwym człowiekiem. Niestety po zapaleniu mam wrażenie, że siedzi obok mnie młody chłopak, który chce mi na siłę udowodnić jaki on to nie jest przystojny, bogaty i ile to na niego lasek nie leci. Ja jednak się mu nie oprę ;)


Ostatni zapach, czyli Salted Caramel to zapach, który znienawidzili wszyscy moi domownicy już na początku pierwszego palenia. Mój chłopak czuł go nawet, gdy wosk znajdował się w kominku, jednak nie był podpalony i kazał mi go wynieść z pokoju, bo by inaczej w nim nie wytrzymał. Według producenta zapach ten łączy w sobie słodkość palonego cukru i kremowo-waniliowego karmelu z nutami soli morskiej. Dla mnie takie zestawienie karmelu, wanilii, cukru i soli to bomba zapachowa, którą albo się pokocha, albo znienawidzi. Ja niestety należę do grupy osób, której ten zapach nie leży. Jeśli ktoś lubi kuchenne, jedzeniowe, słodko-słone zapachy to może go pokochać.
Zapach ten jest tak intensywny i trwały, że nawet po wygaszeniu utrzymuje się w pokoju bardzo długo. Dlatego właśnie już go nie zapalę ponownie, bo potem szybko nie pozbędę się tego zapachu z mojego pokoju. Trzeba jednak przyznać, że ten zapach diametralnie różni się od pozostałych wosków Yankee Candle i jest istnym majstersztykiem jeśli chodzi o takie odwzorowanie zapachu palonego cukru, karmelu, wanilii i soli. Wszystkie te cztery składniki są wyczuwalne w tym wosku, jednak to połączenie nie przypadło mi do gustu, a tylko wywołało ból głowy.

A wy, któryś z tych wosków macie? Lubicie Salted Caramel i całą resztę? Dajcie znać co sądzicie o dzisiejszych czterech zapachach :)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...