czwartek, 30 lipca 2015

Zdenkowani, czyli kosmetyczne zużycia ostatnich trzech miesięcy


Witam was po dość długiej przerwie spowodowanej natłokiem pracy. Po prawie miesiącu nieobecności znów do was wracam, ale niestety nie będzie mnie tutaj tak często jak kiedyś. Prawdopodobnie we wrześniu znów was na miesiąc opuszczę, bo praca w dwóch miejscach pracy zabiera mi naprawdę sporo czasu i energii. Korzystając jednak z całego wolnego dnia (w końcu mam aż dzień wolnego!) postanowiłam przeznaczyć swój wolny czas na napisanie posta. Jako, że uzbierało mi się już sporo pustych opakowań po kosmetykach to w końcu przyszedł czas na opisanie zdenkowanych produktów. Moje pustaki pochodzą z ostatnich trzech miesięcy i mimo, że upłynął już kwartał to nie jest ich sporo. Spowodowane jest to tym, że jakiś rok temu wprowadziłam w swoje życie minimalizm kosmetyczny i staram się nie kupować rzeczy, które nie są mi koniecznie potrzebne albo które używałabym sporadycznie. Nie daję się także naciągnąć na chwyty reklamowe, a galerie handlowe i drogerie staram się omijać szerokim łukiem :)

Przechodząc do rzeczy tak oto wyglądają wszystkie moje "pustaki".


Z kategorii MAKIJAŻ zużyłam:

Gąbeczka do makijażu Ebelin: bardzo długo ze mną była, ale niestety po kilku miesiącach pojawiły się na niej dziwne kropki, wyglądające jakby były wytworem grzyba (może ją źle czyściłam albo przechowywałam?). Gąbeczka także troszeczkę popękała i nadawała się już tylko do wyrzucenia. Polecam wam ją, ponieważ nie jest droga, a spisuje się naprawdę dobrze. Równomiernie można nałożyć nią podkład, który na twarzy wygląda naprawdę naturalnie.

Podkład Revlon Colorstay dla skóry mieszanej i tłustej w odcieniu 120Buff: dla mnie ten podkład to totalna porażka. Zakupiłam go skuszona wieloma pozytywnymi recenzjami. Na mojej twarzy się ważył, tworzył brzydkie plamy, bo zbierał się w różnych miejscach. Zużyłam go tylko dlatego, że mieszałam go z kremem CC firmy Eveline i tylko w tym duecie jeszcze jakoś prezentował się na twarzy. Niemniej jednak krył znakomicie, ale tworzył u mnie efekt maski. Na pewno nie kupię go ponownie.
 
Pomadka "Doskonałość Absolutna" firmy Avon w odcieniu Pure Peony:
w tym kolorze się zakochałam, tak samo jak w masełkowatej i nawilżającej konsystencji, ale trwałość pomadki pozostawiała wiele do życzenia. Krycie tej szminki było średnie, a opakowanie bardzo szybko mi pękło. Niemniej jednak odcień ten bardzo często gościł na moich ustach i udało mi się zużyć tą pomadkę do cna. Więcej o tym kosmetyku przeczytacie TUTAJ.

Pomadka "Usta w pełni" firmy Avon w odcieniu Lilac Shimmer: fajna szminka, która nie wysuszała ust, a nawet bym rzekła, że lekko je nawilżała. Miała delikatny fioletowo-różowy odcień i satynowe wykończenie. Ostatnio używałam jej bardzo często, bo chciałam ją koniecznie wykończyć, gdyż zbliżał się koniec jej daty ważności. Na ustach nie trzymała się jakoś specjalnie długo, ale też nie była droga, bo kosztowała tylko 10zł, więc cudów od niej nie wymagałam.

Pomadka Balea z olejkiem arganowym: totalny niewypał jeśli chodzi o bezbarwne pomadki do ust. Zapach może i przyjemny, ale pomadka ta nie dawała żadnego nawilżenia, ani ukojenia moim ustom. W chłodne dni stosowałam ją jako bazę ochronną pod szminki i tylko w taki sposób ją zużyłam. Na pewno nie kupię jej ponownie.

Pomadka Carmex: oprócz tego, że miała SPF15 i kilka fajnych składników to wszystko inne mi w niej nie pasowało. Zapach niezbyt przyjemny, mrowienie ust (to przez miętę w składzie) i brak jakiegokolwiek działania odżywczego, czy nawilżającego usta spowodowały, że bardzo rzadko po nią sięgałam. Kupiłam ją tylko dlatego, że była bardzo wychwalana w internecie, a używałam ją tylko jako bazę ochronną pod szminki, bo samej nie mogłam jej zdzierżyć na ustach. Niestety u mnie zamiast hitu stała się kitem. Nie, nie, nie!

Piaskowy lakier do paznokci Wibo WOW glamour sand: bardzo lubiłam go używać, bo szybko wysychał i tworzył na paznokciach piękny piaskowy efekt. Lakier posiadał w sobie brokat, który pod wpływem światła cudownie się mienił i dodawał paznokciom uroku. Niestety bardzo szybko się ścierał z końcówek, ale odpryskiwał dopiero po kilku dniach. Zmywanie go z paznokci to był dla mnie koszmar, bo lakier ten naprawdę ciężko zmyć.

Maskara L'Oreal Volume Million Lashes So Couture: przecudowny tusz do rzęs, który nie tylko pogrubiał, ale i wydłużał rzęsy, a dodatkowo szczoteczka tak pięknie je rozczesywała, że na oczach tworzył się dzięki temu piękny wachlarz rzęs. Maskara ta długo się nie osypywała i szybko nie zgęstniała. Starczyła mi aż na cztery miesiące codziennego używania! Naprawdę warto czasami dołożyć i cieszyć się długo dobrym działaniem maskary. Ten produkt zakupię ponownie na milion procent! Więcej o tym kosmetyku przeczytacie TUTAJ.

Maskara All Day Long Lash firmy Isa Dora: niestety tutaj się zawiodłam. Tusz ten bardzo szybko zasychał, przez co ciężko było nałożyć na rzęsy drugą warstwę tuszu i osypywał się niemiłosiernie. Im ta maskara była starsza, tym szybciej się osypywała i ciężko było już ją nałożyć na rzęsy. Niestety w tym przypadku nie warto wydać tych 50zł na tusz. Więcej o tym kosmetyku przeczytacie TUTAJ.


Korektor pod oczy Eveline: tani, a dobry korektor, który delikatnie maskował cienie pod oczami, jednak po czasie gromadził się w zmarszczkach. Mimo wszystko go lubiłam, bo ładnie rozświetlał okolicę pod oczami.


Z kategorii WŁOSY zużyłam:

Odżywka do włosów Balea z mango i aloe vera: nie dość, że zapach powala (chociaż na włosach nie utrzymuje się jakoś szczególnie długo) to jeszcze odżywka ta działa naprawdę cuda. Włosy po jej użyciu są mięsiste, gładkie i dużo mniej splątane. Nie posiada w składzie silikonów, a dodatkowo kosztuje naprawdę niewiele. Mam już jej kolejne opakowanie :)

Nawilżająca odżywka zwiększająca objętość włosów Equilibra: wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że nie mogę zdzierżyć zapachu tego produktu. Do samego działania nie mogę się przyczepić, bo włosy po użyciu były miękkie, dobrze nawilżone i odżywione, ale niestety nie były wygładzone, a tym bardziej nie zyskały na objętości. Jakoś nie przekonałam się do tego kosmetyku na tyle, aby ponownie go kupić. Więcej o tym kosmetyku możecie przeczytać TUTAJ.

Odżywka do włosów Gliss Kur Ultimate Oil Elixir firmy Schwarzkopf: odżywka regeneracyjna w sprayu, która uratowała moje włosy przed zniszczeniem na skutek ciągnięcia moich splątanych włosów w celu ich rozczesania. Dzięki niej proces czesania włosów nie był bolesny, włosy mi tak nie wypadały i wyglądają o wiele lepiej niż kiedyś, bo nie są takie połamane. Naprawdę polecam ten produkt!


Szampon odbudowujący strukturę włosa Biokap: rewelacyjny szampon do włosów, który nie tylko świetnie oczyszcza włosy, ale pozostawia je także miękkie, gładkie oraz mniej splątane i to bez użycia odżywki do włosów! Zapach także powala na kolana. Więcej o tym kosmetyku możecie przeczytać TUTAJ. Ja na pewno kupię sobie kolejną buteleczkę!

Szampon głęboko oczyszczający Pilomax: jest to szampon przeznaczony do stosowania przed maskami Wax, ale ja stosowałam go przed nałożeniem jakiejkolwiek maski do włosów. Bardzo dobrze oczyszczał włosy z wszelkiego zabrudzenia, ale trochę je przez to wysuszał. Niestety jest dla mnie za drogi, bo kosztuje 20zł za 200ml i dlatego się na niego nie skuszę.

Suchy szampon Dove: lubiłam go i pewnie ponownie po niego sięgnę, jak nie znajdę mojego ulubionego szamponu z Batiste. Dove nie bielił tak bardzo włosów jak Batiste, ale też ich tak nie unosił u nasady jak to robi jego konkurent. Więcej o tym kosmetyku możecie przeczytać TUTAJ.

Maska do włosów Mythos: bardzo lubiłam tą maseczkę do włosów, ale ostatnio nie sprawdzała się już tak dobrze jak kiedyś. Być może jest to związane z kondycją moich włosów, które nieco się zmieniły. Mimo wszystko nadal dobrze nawilżała włosy, odżywiała je, ale nie były one już tak gładkie jak kiedyś. Na razie zrezygnuję z ponownego jej zakupu. Może kiedyś do niej wrócę. Więcej o tym kosmetyku możecie przeczytać TUTAJ.

Próbka szamponu Rayhane Au Tfal: próbka starczyła mi na dwa mycia włosów i oprócz tego, że kolor szamponu jest brązowy to nie wyróżnia się on niczym szczególnym w porównaniu do innych szamponów. Dobrze oczyścił włosy i tyle.

Próbka odżywczego kremu bez spłukiwania do włosów kręconych firmy Kemon: troszeczkę mogę o tym produkcie napisać, ponieważ miałam dwie takie próbeczki, które wystarczyły mi aż na 8 użyć! Krem ten nakłada się na wilgotne włosy i stylizuje je jak zawsze. Działa on troszeczkę jak serum na końcówki. Niestety jest to tak gęsty krem, że trzeba z nim naprawdę uważać, aby nie przesadzić z jego ilością, ponieważ gdy już przesadzimy to włosy będą wręcz zlepione i działanie będzie odwrotne do zamierzonego. Nie skusiłabym się jednak na zakup pełnowymiarowego produktu, który kosztuje prawie 50zł.


Z kategorii CIAŁO zużyłam:

Płyn do kąpieli Luksja Creamy oliwa z oliwek i aloe vera: płyn jak płyn. Dobrze się pienił, ładnie pachniał i nawet dobrze oczyszczał ciało. Kupiłam go skuszona niską ceną w porównaniu do pojemności. Prawdopodobnie skuszę się teraz na inną wersję zapachową.

Rexona Pure Protection: zapach średnio przypadł mi do gustu, ale mogę mu to wybaczyć, bo działa naprawdę dobrze. Uwielbiam antyperspiranty Rexona, które kupuję niezmiennie od kilku lat.

Tołpa nawilżające mleczko-nektar z serii Botanic Amarantus: jeden z najlepszych balsamów do ciała jakie miałam. Świetnie rozsmarowywał się na ciele, bardzo szybko się wchłaniał, pięknie pachniał i miał dobry skład. Czego chcieć więcej? Kolejne opakowanie mam już zakupione tylko teraz w innej wersji zapachowej. Więcej o tym kosmetyku możecie przeczytać TUTAJ.

Balea balsam do ciała z zawartością 40% olejków: świetny balsam do ciała, który szybko się wchłaniał i nie pozostawiał na skórze tłustej powłoczki mimo, że aż 40% składu to olejki. Bardzo dobrze i długotrwale nawilżał moją suchą skórę, a dodatkowo ładnie przy tym pachniał. Skuszę się na niego ponownie, bo jest tani, a naprawdę dobrze działa. Więcej o tym kosmetyku możecie przeczytać TUTAJ.


Masło do ciała Alverde wanilia i mandarynka: produkt z bardzo dobrym składem, jednak bardzo ciężko rozsmarowywało się go na ciele. Masełko fajnie nawilżało i odżywiało moją suchą skórę, a także ładnie pachniało, ale przez to, że wchłaniało się opornie ponownie go nie zakupię. Więcej o tym kosmetyku możecie przeczytać TUTAJ.

Woda perfumowana La Vie Est Belle Lancome 33ml: prawdopodobnie jest to podróbka, ale za to jaka! Zapach rewelacyjnie odwzorowuje oryginał, a także naprawdę długo utrzymuje się na skórze. Jest intensywny, dzięki czemu jest przez innych dobrze wyczuwalny. Mnóstwo pacjentek pytało się mnie czym tak pięknie pachnę, a to chyba o czymś świadczy :D

Facelle Intim chusteczki do higieny intymnej: idealnie sprawdzają się w czasie podróży, ale do codziennego użytku także się świetnie nadają. Są tanie i nie podrażniają skóry, a także są dodatkowo dobrze nawilżone.


Z kategorii TWARZ zużyłam:

Nawilżająco-łagodzący koncentrat do twarzy Jean D'Arcel: produkt ten mnie jakoś specjalnie nie zachwycił, poza tym jest drogi, bo 4 ampułki kosztują aż 50zł. Koncentrat delikatnie ujędrnia skórę, ładnie pachnie, ale znajduje się w niepraktycznym opakowaniu w formie ampułek. Jakiegoś wielkiego nawilżenia, czy odżywienia nie zauważyłam. Więcej o tym kosmetyku możecie przeczytać TUTAJ.

Delikatny peeling enzymatyczny firmy Pharmaceris: trochę zjechałam go w swojej recenzji, ale po czasie widzę, że wcale nie był taki zły. Przy regularnym stosowaniu na twarzy nie znalazłoby się ani jednej suchej skórki. Niestety jest to peeling zbyt delikatny i może nie sprawdzić się u osób, które mają sporej wielkości suche skórki, bo część skórek zniknie, a część nadal pozostanie widoczna na twarzy. Więcej o tym kosmetyku możecie przeczytać TUTAJ.

Krem do twarzy Bioderma Hydrabio Riche: naprawdę świetnie nawilżający i odżywiający krem do twarzy, który znajduje się w opakowaniu z pompką dozującą idealną ilość produktu wystarczającą na pokrycie całej twarzy. Wcale nie jest jakoś super drogi, a naprawdę świetnie się sprawdza także jako baza pod makijaż. Kupię na pewno, ale dopiero na zimę, bo wtedy sprawdza się idealnie. Więcej o tym kosmetyku możecie przeczytać TUTAJ.

Tonik zwężający pory Ziaja z serii liście manuka: mimo takiego wychwalania go przez innych w internecie mnie jakoś nie zachwycił. Zwężenia porów nie zauważyłam, a zapach był dla mnie okropny. Pompka była fatalna. Nie szło jej używać, bo praktycznie cały produkt lądował obok wacika, a nie na nim. Niestety musiałam przelać ten produkt do innego opakowania, bo pompka po dwóch użycia zepsuła się na amen i w ogóle nie dozowała toniku. Niestety, ale tego produktu na pewno już nie kupię.

Żel do mycia twarzy do skóry tłustej i wrażliwej Effeclar firmy La Roche Posay: dosyć mocno oczyszczający żel do mycia twarzy, który niestety troszeczkę wysuszał moją i tak już suchą skórę, ale nie ma się co dziwić, że tak się zachowywał, bo przecież jest przeznaczony do skóry tłustej. Mimo wszystko dobrze oczyszczał twarz z resztek makijażu, ale nie zakupię go ponownie, ponieważ za bardzo mnie wysuszał. Więcej o tym kosmetyku możecie przeczytać TUTAJ.

Płyn micelarny Corine de Farme: płyn ten posiada w sobie 97% naturalnych składników i przeznaczony jest dla skóry suchej i wrażliwej. Rzeczywiście płyn ten nie podrażnia ani oczu, ani skóry, a przy tym naprawdę dobrze usuwa makijaż. Byłam z niego naprawdę zadowolona, ale ta pompka trochę utrudniała dozowanie płynu na wacik. Bez niej trochę więcej produktu byłoby na waciku, a nie obok niego. Mimo wszystko produkt godny polecenia.

Alverde odżywczy krem do twarzy z awokado: rewelacyjny krem, który sprawdzi się w okresie zimowym, bo jest to krem tłusty. Skład i zapach są rewelacyjne, a cena zachęca do zakupu. Jak tylko znów go gdzieś znajdę w drogerii DM to na pewno go kupię. Więcej o tym kosmetyku możecie przeczytać TUTAJ.

Płatki kosmetyczne Life 120szt: tanie płatki, które troszeczkę rozwarstwiają się przy zmywaniu lakieru z paznokci, ale ogólnie są spoko.

Płatki pod oczy/kolagenowa maseczka pod oczy Purederm: świetnie nawilżone płynem płatki pod oczy, które powodują, że opuchlizna i cienie stają się mniejsze, a skóra wokół oczu jest delikatnie napięta. Bardzo się z nimi polubiłam i zakupię je ponownie. Więcej o tym kosmetyku możecie przeczytać TUTAJ.

Odżywcza maseczka do twarzy z miodem firmy Nivea: rewelacja! Najlepsza maseczka do twarzy jaką miałam! Rewelacyjnie odżywia i nawilża skórę, świetnie się ją zmywa i cudownie pachnie. To już kolejne moje zużyte opakowanie, a w zapasie mam ich jeszcze kilkanaście :D Więcej o tym kosmetyku możecie przeczytać TUTAJ.

Maseczka do twarzy Soraya 10 minut na... do skóry suchej oraz hydrożelowa maseczka ultra nawilżająca firmy Bielenda: niestety obie maseczki mnie nie zachwyciły. Ani jedna nie nawilżyła mojej twarzy na tyle, abym mogła to odczuć, a o odżywieniu nie wspomnę. Nie kupię ich ponownie, bo swoją idealną maseczkę już znalazłam. 

Próbka kremu do twarzy Ulga firmy Ziaja: niestety nie mogę nic o tym kremie napisać, ponieważ za krótko go używałam. Jedyne co mogę napisać to to, że szybko się wchłonął i miał ładny zapach. No i ten SPF20 :)


Będąc na wakacjach także zużyłam kilka produktów, a że nie chciało mi się tachać do domu tych pustych opakowań to postanowiłam, że zrobię pustakom zdjęcie, a opakowania wyrzucę. Podczas pobytu na Zakynthos zużyłam:

Sun Ozon krem do opalania SPF30 o zapachu tropikalnym: wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że krem się ciężko rozsmarowywał i tworzył na ciele nieestetyczne smugi, a także rolował się w zgięciach na ciele. Niestety ponownie go nie kupię.

Lambre balsam po opalaniu: dawał uczucie ukojenia i świetnie nawilżał. Przy okazji miał śliczny, słodki zapach. Niestety jest za drogi jak na balsam po opalaniu, więc go już nie kupię.

Lambre krem do opalania z filtrem SPF15: tutaj nie mam żadnych zastrzeżeń. Krem ładnie się rozsmarowywał na ciele, przyjemnie pachniał, a dodatkowo nie rolował się, ani nie warzył w przeciwieństwie do kolegi z Sun Ozon.

Żel po opalaniu Avon After Sun: przyjemnie chłodził, ale po wsmarowaniu w ciało przez moment się kleił, a raczej tworzył taką klejącą się powłokę, która po chwili znikała. Niestety nie było żadnego nawilżenia, przez co dodatkowo musiałam używać masła nawilżającego, aby tą wysuszoną słońcem skórę chociaż troszeczkę nawilżyć. Nie kupię go ponownie.

Woda termalna Uriage: jest to moja ulubiona woda termalna, ponieważ nie trzeba osuszać twarzy po spryskaniu jej tym produktem. Świetnie niwelowała u mnie zaczerwienienia i dobrze tonizowała skórę. Mam już kolejne opakowanie tego produktu, które czeka na otwarcie. Wydajność, działanie i cena (za każdym razem mam szczęście i trafiam na promocje, w której kupuję ją za 14zł) są jak najbardziej na plus. Więcej o tym kosmetyku możecie przeczytać TUTAJ.

Antyperspirant Rexona Diamond- uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam ten zapach i wersję Sexy :D

Nawilżający żel pod prysznic Tołpa z serii białe kwiaty: przepięknie pachnący żel pod prysznic, który świetnie się pieni, a nie ma w sobie SLS'ów. Dodatkowo nie wysuszał skóry i miał fajny skład, a wcale nie był drogi. Więcej o tym kosmetyku możecie przeczytać TUTAJ.

No i jak widać zużyłam jeszcze kilka próbek, a także mini opakowania szamponu do włosów i żelu pod prysznic firmy Bienvenue, które niestety były do bani. Odżywka do włosów Matrix była całkiem ok. Polubiłam się także z żelem aloesowym firmy Equilibra, który ładnie odżywił moją skórę po opalaniu i ją koił, a pasty Blend-a-Med Pro Expert wam nie polecam, bo miała w sobie jakieś ziarenka, które podczas mycia zębów strasznie mnie denerwowały, a przy okazji pewnie rysowały szkliwo.

A u was jak z pustakami? Dajcie znać czy coś z moich zużyć wpadło wam w oko albo czy coś miałyście z powyższych produktów, a macie o tym odmienne niż ja zdanie.

czwartek, 2 lipca 2015

Nawilżająco-łagodzący koncentrat do twarzy Jean D'Arcel: HIT czy KIT?


Hej :)
Dzisiaj przychodzę do was z recenzją kosmetyku, który bardzo mnie zaciekawił i w którym pokładałam ogromne nadzieje na poprawę wyglądu mojej skóry. W dzisiejszym poście opiszę wam jak sprawdził się u mnie nawilżająco-łagodzący koncentrat do twarzy firmy Jean D'Arcel.
Zacznę może od tego, że mimo, iż produkt zawiera tylko cztery ampułki to starczył mi na 12 użyć, więc myślę, że po tylu zastosowaniach mogę się już trochę wypowiedzieć na jego temat.


Produkt cure beaute intens firmy Jean D'Arcel jest zamknięty w szklanych, przeźroczystych ampułkach, które całkiem łatwo idzie przełamać. Polecam mimo wszystko otwierać je przez gazik lub inny materiał żeby się przypadkowo nie skaleczyć. Już na poziomie opakowania mam do tego produktu zastrzeżenia. Nie dość, że produkt ten się marnuje, bo żeby nałożyć go na twarz najpierw trzeba go wylać na dłoń, to w dodatku ampułki te są jak dla mnie objętościowo za duże i po otwarciu zużywa się około 1/3 produktu, a reszta stoi otwarta i czeka na wieczorne lub poranne użycie przez co do środka bez problemów mogą dostać się kurz i inne niepotrzebne nam substancje krążące w powietrzu. Nie mniej jednak samo kartonowe opakowanie wygląda elegancko i luksusowo, a po jego otwarciu ukazują się równo poukładane ampułki, które dają właśnie takie odczucia.
Co do działania produktu to jakoś mnie on nie urzekł. Po nałożeniu produkt delikatnie ujędrnia skórę, całkiem szybko się w nią wchłania i na początku trochę się lepi, ale po chwili to uczucie znika (myślę, że uczucie lepkości spowodowane jest zawartością soku aloesowego w składzie). Ampułki te nadają się nie tylko jako baza pod krem, ale samodzielnie także dobrze się sprawdzają. Dobrze nawilżają skórę, ale jeśli ktoś ma bardzo suchą skórę to bez kremu się nie obejdzie.
Zapach produktu jest całkiem przyjemny i delikatny. Nuty zapachowe to chyba kwiaty ogrodowe, bo to mi ten zapach przypomina. Chociaż mam wrażenie, że zapach ten zbliżony jest do zapachu peoni, które bardzo lubię.
Skład ampułek jak dla mnie jest taki sobie, ale podoba mi się fakt, iż na drugim miejscu w składzie jest sok aloesowy i myślę, że to on tutaj najbardziej ujędrnia, nawilża i uelastycznia skórę. Na siódmym miejscu w składzie znajdziemy zaś ekstrakt z kulnika sercowatego, o którym wspomina w opisie produktu producent.
Cena czterech ampułek jak dla mnie jest zbyt wysoka, bo kosztują one 50zł. Czyli jedna ampułka mająca 2ml kosztuje 12,50zł. Uważam, że to za dużo, bo za fajne serum z pipetką zapłacimy podobną kwotę, a wszystko będzie ładnie zamknięte i higieniczne.


Podsumowując: jakoś nie zachwyciłam się tym produktem na tyle, aby go kupić. Uważam, że cena jest zbyt wysoka jak na 4 ampułki po 2ml każda. Te 50zł, które trzeba na nie wydać wolałabym przeznaczyć na jakieś inne serum do twarzy z pipetką albo na jakiś dobry krem nawilżający.


A co wy myślicie o tym produkcie? Skusiłybyście się na te ampułki, czy raczej tak jak ja byście zainwestowały w coś innego?


Moja ogólna ocena: 4-/5

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Odżywcza maseczka do twarzy z drożdżami piwnymi i masłem shea czeskiej firmy Manufaktura


Hej :)
W końcu znów mam trochę wolnego czasu, więc mogę dla was coś sklecić, a że właśnie siedzę sobie z maseczką piwną na twarzy to postanowiłam, że właśnie o niej wam napiszę.
Zacznę może od tego, że odżywczą maseczkę do twarzy z drożdżami piwnymi i masłem shea dostałam na rybnickim spotkaniu blogerek. Kosmetyk ten ufundowały nam Łaźnie Piwne, które oprócz piwnych kosmetyków oferują także piwne zabiegi w swoim SPA w Piotrkowie Trybunalskim. Zaznaczę jednak od razu, że mimo, iż dostałam ten kosmetyk za darmo to fakt ten nie wpłynął na moją opinię.


Opis producenta:
Odżywcza maseczka do twarzy zawiera drożdże piwne bogate w witaminy, regenerujący olej z pestek winogron, nawilżające masło shea, leczniczy panthenol, zmiękczający kaolin i nawilżającą glicerynę. Głęboko nawilża i regeneruje skórę, jest idealna do pielęgnacji normalnej, suchej, dojrzałej i wrażliwej skóry twarzy, szyi i dekoltu. Regularne stosowanie nadaje skórze elastyczność i młodzieńczy wygląd, czyni ją jedwabiście miękką.

Sposób użycia:
Nałożyć na oczyszczoną skórę grubą warstwę maseczki.Pozostawić na 20 minut, nadmiar zetrzeć wacikiem.


Zacznijmy od opakowania, które wygląda jakby było wykonane z aluminium, a w rzeczywistości jest to zwykłe plastykowe opakowanie pokryte srebrną emalią (chyba, że ta srebrna powłoczka zawiera w sobie jakieś niewielkie ilości aluminium). Mimo wszystko jest to miękkie opakowanie, z którego bez problemu wyciśniemy cały kosmetyk, ewentualnie gdzieś na dnie zostanie nam jakaś niewielka jego ilość.
Konsystencja kosmetyku jest dosyć gęsta, kremowa, jednak mimo to kosmetyk łatwo rozsmarowuje się na twarzy, a dodatkowo naprawdę fajnie i całkiem szybko się wchłania. Po nałożeniu maseczka nie powoduje uczucia ciężkości, ani nie warzy się. W miarę upływu czasu nie tylko czujemy, że twarz staje się nawilżona i troszeczkę odżywiona, ale także widzimy jak maseczka ulega stopniowemu wchłanianiu. Po upływie zalecanych 20 minut (chociaż ja tą maseczkę zazwyczaj mam na twarzy dłużej) widać już tylko pozostałości maseczki, które według producenta należy usunąć suchym wacikiem. Ja jednak nie zawsze tak robię. Czasami zmywam resztki letnią wodą, jeśli chcę zaraz nałożyć na twarz makijaż. Co do działania to tak jak już wspomniałam skóra staje się odżywiona, nieco bardziej nawilżona, a także czuć, że jest ona bardziej napięta, elastyczna, miękka i gładsza. Można również zauważyć, że skóra wygląda zdrowo, jest pełna blasku. Produkt ten nie wywołał u mnie podrażnienia, ani mnie nie zapchał.
Jeśli chodzi o zapach to mi on przypadł do gustu. Totalnie nie czuć w nim drożdży, ani piwa, za to czuć w nim coś przyjemnie słodkiego. Jeśli chodzi o skład to mi on pasuje. Nie podoba mi się jednak to, że etykieta z opisem producenta jest naklejona na opisie składu. Fajnie by było gdyby dystrybutor to zmienił i naklejał etykietę w innym miejscu. Jeśli chodzi o cenę to za 100ml produktu musimy zapłacić 26zł. Dla jednych to może być dużo, ale uważam, że jak na tak wydajny i dobry produkt to warto wydać taką sumę. Poza tym w przeliczeniu na mililitry 1ml wychodzi wtedy 26gr, a cena standardowej 7ml maseczki w sklepie to około 3zł. Więc 7ml tego kosmetyku będzie nas kosztowało tylko 1,82zł. Data ważności tego produktu to 6 miesięcy od momentu jego otwarcia.


Podsumowując: bardzo polubiłam się z tą piwną maseczką do twarzy. Użytkuje mi się ją naprawdę przyjemnie, a jej działanie jest naprawdę odczuwalne. Mało która maseczka aż tak przypadła mi do gustu. Oprócz tego kosmetyku ogromną miłością darzę odżywczą maseczkę z miodem firmy Nivea, którą także serdecznie wam polecam.

A wy znacie jakieś piwne kosmetyki? Dajcie znać jaką maseczkę do twarzy warto kupić. Najlepiej by było, gdyby była to maseczka głęboko nawilżająca.

Moja ocena: 5/5

czwartek, 18 czerwca 2015

Pierwszy lot samolotem, uczulenie, wycieczka z Zante Magic Tour oraz piękne widoki, czyli urlop na greckiej wyspie Zakynthos


Hej!
Tegoroczne wakacje spędziłam na greckiej wyspie Zakynthos i niedawno z nich wróciłam, więc w końcu przyszedł czas na zrobienie posta z fotorelacją z mojego urlopu.
Zakynthos to przepiękna wyspa pełna kwiatów i cudownych, urokliwych miejsc. Znana jest głównie z dwóch rzeczy. Po pierwsze jest rozpoznawalna dzięki Zatoce Wraku ze słynnym wrakiem transportowca znajdującym się na plaży Navagio. Drugim czynnikiem jest zagrożony gatunek żółwi Caretta-Caretta, które właśnie na tej wyspie, w okolicach Laganas zamieszkują i składają jaja.


Urlop rozpoczął się u mnie bardzo stresująco, ponieważ po raz pierwszy miałam lecieć samolotem. Nie wiedziałam co mnie czeka, bałam się, że rozboli mnie głowa, a uszy będą mocno zatkane. No i najważniejsze. Bałam się, że nie dolecimy (lęk przed spadnięciem samolotu był największą moją obawą). Na szczęście lot przebiegał spokojnie, ale nadal stresująco :) Muszę przyznać, że podróż tym środkiem transportu jest naprawdę wygodna i przyjemna. Czasami zatrzęsło i było troszeczkę zimno, ale ogólnie było szybko i komfortowo. Gdyby ktoś z was miał lecieć liniami Small Planet to dla waszej informacji są to dobre linie lotnicze. Samolot ładny w środku, obsługa miła i uśmiechnięta, a piloci (przynajmniej wtedy kiedy ja leciałam) byli Polakami i poinformowali nas o możliwości wystąpienia turbulencji, co mi akurat się podobało, bo wiedziałam, że muszę się przygotować na wstrząsy.


Jeśli to kogoś to interesuje to byliśmy w hotelu Zante Village, który teoretycznie jest hotelem czterogwiazdkowym, a praktycznie wcale taki nie jest i do np. naszych 4 gwiazdek mu trochę brakuje. Ja daję temu hotelowi trzy gwiazdki. Napiszę jeszcze tylko, że hotel i pokoje ogólnie są czyste, urządzone skromnie. Łazienki z wanno-prysznicem, dosyć maławe. Jedzenie często tłuste i czasami mocno przesolone, ale całkiem smaczne. Wybór taki sobie, ale mi w zupełności wystarczał, bo zawsze znalazłam coś dla siebie. Basen duży i czysty, ale lali do niego spore ilości chloru lub czegoś innego (może jakiegoś odgrzybiacza?), które prawdopodobnie zniszczyły mi dwa dni wakacji, ponieważ dostałam ogromnej wysypki na ciele. Opcja all inclusive w tym hotelu to raczej opcja all inclusive soft. Bar z przekąskami praktycznie nie istnieje, a kolorowe drinki są tylko 4 w ofercie, które mimo wszystko były dobre :)

Widok z balkonu
Zachód słońca na plaży w Alykanas. W tyle widać Kefalonię. 
Zachód słońca widoczny z balkonu mojego pokoju hotelowego.
Plaża i jej okolice w Alykes

Jadąc na Zakynthos już wiedzieliśmy, że na wycieczkę wybierzemy się z Zante Magic Tour, czyli organizatorem wycieczek na wyspie prowadzonych po polsku i w dość niekonwencjonalny sposób. Właścicielami tego biura są państwo Nuckowscy, którzy już kilka lat mieszkają na tej wyspie i którzy już pewnie nie jedno ciekawe miejsce na niej odkryli. Pragnąc podzielić się z nami swoimi obserwacjami i doświadczeniami stworzyli właśnie to świetne lokalne biuro podróży po wyspie (o ile mogę tak nazwać ich firmę). Nie mniej jednak zdecydowaliśmy się skorzystać z usług tego biura, ponieważ wycieczki były prowadzone po polsku, obejmowały wycieczki lądowe i wodne, mieli całkiem dobre ceny i kilka ciekawych miejsc do zwiedzenia, których pewnie z innymi byśmy nie zwiedzili.

Zdjęcia wykonywane podczas naszej podróży po północnej części wyspy.

Najważniejszym jak dla mnie punktem wycieczki było zwiedzenie Zatoki Wraku, dlatego zdecydowałam się wykupić wycieczkę Mix Północ+Zatoka Wraku+Błękitne Groty VIP, gdzie wraz z 18 osobami wybraliśmy się na kameralne zwiedzanie najważniejszych miejsc w północnej części wyspy.

Słynny wrak transportowca, a poniżej cudownego koloru woda w okolicy zatoki.
Zatoka Wraku z góry.
Mała wysepka widoczna w trakcie płynięcia z Zatoki Wraku.
Cudowne odcienie wody na plaży Navagio i ja sprawdzająca temperaturę Morza Jońskiego.
Selfie na słynnej plaży musi być :D

W drodze powrotnej zajechaliśmy na oreganowy zakręt, gdzie mogliśmy pozrywać sobie oregano, anyż i tymianek, a także podziwiać takie oto widoki.


Jednym z punktów wycieczki był także Monastyr Świętej Dziewicy z Anafonitrii, w którym część życia spędził św. Dionizos (patron wyspy). Jest to miejsce, które jako jedne z nielicznych miejsc zachowało się praktycznie całkowicie po trzęsieniu ziemi, które nawiedziło wyspę w 1953r.

Porto Vromi i twarz Posejdona.

Jednym z ciekawszych punktów wycieczki oprócz Zatoki Wraku były także Błękitne Groty, czyli formacje skalne, w które mieliśmy okazję wpłynąć. Akustyka w niektórych z nich była fenomenalna. 


Wyspa, o którą toczą spór Grecy i Wenecjanie (o ile dobrze pamiętam) z jakimiś ruinami (chyba kościoła).
Plaża Xigia, czyli naturalne siarkowe SPA, gdzie strasznie śmierdzi starym jajem, a woda jest zimna przy samym brzegu, a im dalej się idzie tym jest cieple.
Piękna łódka niedaleko plaży.

Ostatnim punktem wycieczki z Zante Magic Tour było odwiedzenie lokalnej winiarni Callico, gdzie mogliśmy skosztować wina lokalnej produkcji (aż 14 rodzai). Jeszcze w życiu nie piłam tak słodkiego wina jakie oni produkują. To wino to istny miód, a nie ma w sobie ani grama cukru. Jest takie słodkie, ponieważ długo leżakowało w beczkach. Koszt takiego wina to tylko 6 euro, więc jeśli będziecie mieli okazję tam być to polecam zakupić ich słodkie białe lub czerwone wino (chociaż czerwone nie wydaje się aż tak słodkie jak to białe). Z wycieczki przywiozłam także kilka innych win ich produkcji, które naprawdę były przepyszne.


Naprawdę polecam wam wybrać się z Zante Magic Tour na jakąś wycieczkę, bo poznacie świetne miejsca na wyspie Zakynthos i miło spędzicie swój czas. Chciałam również podziękować Michałowi za świetne poczucie humoru i przekazanie nam informacji o wyspie i jej specjałach w naprawdę ciekawy sposób, a Grekowi Makiemu za wspaniałe wykonanie "Ona tańczy dla mnie" :D
P.S. Współpracujący z Zante Magic Tour Grecy naprawdę znają sporo słów po polsku, co jest naprawdę fajne :)

(Zdjęcie pochodzi ze strony Zante Magic Tour na FB)
Wieczór z Grekami (jak widać świetnie się bawię)

Ogólnie rzecz biorąc urlop mi się udał. Niestety nie obyło się bez przeszkód w postaci wystąpienia u mnie silnych objawów alergicznych w postaci wysypki na całym ciele i to dwukrotnie. Pierwsza wysypka pojawiła się u mnie w trzecim dniu pobytu, prawdopodobnie spowodowana była kąpielą w basenie, do którego albo nalali za dużo chloru albo nalali "coś" co mnie uczuliło. Po dostaniu się wody basenowej do oczu myślałam, że mi je wypali, przez kilkanaście minut nie mogłam ich otworzyć. Niestety nie obyło się bez pomocy lekarza, zastrzyku i kilku leków. Na szczęście maść ze sterydem usunęła większość wysypki do dwóch dni. Oprócz wysypki i piekących oczu, miałam jeszcze katar i drętwiała mi szczęka. Dodam, że nie jestem na nic uczulona i nigdy wcześniej takiego czegoś nie miałam. Na szczęście byłam ponoć jedyną osobą w hotelu, której zaszkodziła kąpiel w basenie.
W ostatni dzień pobytu okazało się, że na moim dekolcie i ramionach pojawiła się reakcja alergiczna na słońce. Piekło to jak cholera, ale już w trakcie lotu zaczęło to wszystko blednąć i mniej mnie to swędziało. Po dwóch dniach pobytu w Polsce wszystko mi zeszło.

Alergia słoneczna (pierwsze zdjęcie) i alergia na "coś" kilkanaście godzin po podaniu leków, gdzie jest już połowę mniej krostek (na zdjęciu drugim)

Moje pamiątki przywiezione z Zakynthos. Jak widać mam zapas wina i kilka podróbek, które nie dość, że są świetnie wykonane to były jeszcze tanie. Jedynie woda z Diesel jest trochę do bani, ale czego oczekiwać od perfumu (a raczej mgiełki zapachowej) za 3 euro. Kupiłam sobie także w Anafonitrii miód pomarańczowy i tymiankowy, suszone na słońcu czarne rodzynki i kilka przypraw. Będąc na wycieczce z Zante Magic Tour kupicie takie produkty (i wiele innych w tym prawdziwą oliwę z oliwek i oliwki) u lokalnych sprzedawców w niższych cenach niż gdzieś indziej, bo dla osób zwiedzających wyspę z tym biurem sprzedawcy mają przygotowane specjalne rabaty.


Czy macie zamiar wybrać się kiedyś na Zakynthos? Jeśli tak to ja serdecznie wam polecam tą wyspę, jest naprawdę śliczna i pełna urokliwych miejsc. Będąc tam koniecznie zwiedźcie Zatokę Wraku i Błękitne Groty, najlepiej z Zante Magic Tour.
P.S. A może polecicie mi jakąś inną grecką wyspę lub kraj, który warto odwiedzić? Gdzie wy w tym roku wybieracie się na wakacje? :)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...