poniedziałek, 23 lutego 2015

Suchy szampon Dove- godny zastępca Batiste, czy bubel?


Hej :)
Dzisiaj chciałabym wam przedstawić produkt, który bardzo mnie zaciekawił po recenzji jednej z vlogerek urodowych. Polecała ona suchy szampon Dove i mówiła, że jak dla niej jest on jeszcze lepszy niż suchy szampon z Batiste. Postanowiłam to sprawdzić, więc przy najbliżej wizycie w Rossmann'ie zakupiłam ten produkt


Zacznijmy może od tego co obiecuje nam producent:
Szampon został stworzony by odżywiać włosy, usuwając nadmiar sebum. Sprawia, że włosy zachowują świeżość pomiędzy myciami. Lekka formuła dodaje włosom objętości, pozostawiając je czyste i świeże.
Suchy szampon zawiera cząsteczki skrobi, które po spryskaniu włosów „przyklejają się” do kuleczek sebum i brudu, absorbując je. Następnie razem z nimi są wyczesywane z włosów (szczotką lub grzebieniem). Suchy szampon DOVE został ponadto wzbogacony w ekstrakt z zielonej herbaty znany z działania odświeżającego i tonizującego oraz odżywcze proteiny jedwabiu. Ma przyjemny zapach o nutach zielonego jabłuszka, kwiatów, ambry i piżma, dzięki któremu ten prosty i skuteczny gest odświeżenia fryzury staje się jeszcze przyjemniejszy! [LINK]

(na ostatnim zdjęciu pozostałości produktu nie są wyczesane)

Zacznę może od samego opakowania tegoż szamponu. Muszę przyznać, że z wyglądu bardzo mi się podoba. Niby proste, białe opakowanie z różowo-szarymi dodatkami i napisami, ale naprawdę ładnie prezentuje się na toaletce, czy w łazience. Atomizer nie zacina się i nie zatyka, wytwarza także niedużą mgiełkę, która idealnie osadza się na naszych włosach, a raczej u ich nasady.
Jeśli chodzi o zapach to faktycznie jest on przyjemny i delikatny. Można w nim wyczuć nuty zielonego jabłuszka i kwiatów. Reszty nut zapachowych nie wyczuwam. Co najważniejsze zapach ten naprawdę długo utrzymuje się na naszych włosach, jest wyczuwalny nawet na drugi dzień od aplikacji suchego szamponu, jednak nie jest już tak intensywny jak zaraz po użyciu.
Jeśli chodzi o samo działanie produktu to w porównaniu do suchego szamponu firmy Batiste jest ono naprawdę dobre! Muszę jednak przyznać, że suchego szamponu Batiste jak na razie nic nie przebiło, ale szampon z Dove może śmiało znaleźć się na drugim miejscu w klasyfikacji ogólnej jeśli chodzi o suche szampony.
Szampon Dove naprawdę na długo odświeża i odtłuszcza włosy, jednak pamiętajmy, że żaden suchy szampon nie da nam takiego efektu jak świeżo umyte włosy. Czasami zdarza mi się nie umyć włosów jeszcze przez jeden dzień od użycia suchego szamponu i muszę przyznać, że nawet po tak długim odstępie od jego użycia, włosy nadal całkiem dobrze i świeżo wyglądają. Niestety wadą tego produktu jest to, że nie dodaje nam on objętości, jedyne co robi to odświeża włosy. Szkoda, że objętości nie ma, bo gdyby była to śmiało mogłabym napisać, że jest to godny zastępca Batiste. Jeszcze jednym minusem jest fakt, że zaraz po użyciu tego kosmetyku, w trakcie wmasowywania produktu we włosy czuć już plątanie i takie jakby sklejanie się włosów, a także od razu czuć, że włosy są usztywnione. Niestety nie da się ich przeczesać palcami, bo od razu będziemy czuły ciągnięcie. Plusem natomiast jest mniejszy stopień bielenia włosów, a co za tym idzie pyłek ten nie jest po wmasowaniu aż tak widoczny, jak po użyciu szamponu Batiste. Jest to prawdopodobnie spowodowane zawartością krzemionki w składzie, zamiast talku. Dzięki temu dziewczyny z ciemnymi włosami będą mogły go śmiało stosować i powinny być z niego pod tym względem zadowolone.
Wiadomym jest, że włosy po użyciu jakiegokolwiek suchego szamponu nie są aż tak błyszczące i nie wyglądają na zdrowe, jak po normalnym umyciu włosów. Muszę jednak przyznać, że jako tako blask włosów po użyciu szamponu z Dove jest, a włosy nie wyglądają na suche, tak jak to bywało w przypadku szamponów z firmy Batiste i Isana.
Cena tego produktu w Rossmann'ie to 18zł jednak ja zakupiłam go za 15zł. Nie jest to mało patrząc na ceny Batiste, czy tym bardziej Isany. Niemniej jednak jest to produkt łatwo dostępny o całkiem dobrym działaniu, który doskonale sprawdzi się w awaryjnych sytuacjach. Co do wydajności muszę przyznać, że jest ona nieco gorsza od suchego szamponu Batiste, jednak nie jest z nią źle.


Podsumowując: szampon ten śmiało mogę nazwać "nieco gorszym" zamiennikiem Batiste, bo mimo wszystko suchego szamponu z firmy Batiste nie przebije. Jego zaletami są: przyjemny zapach, szybkie odświeżenie włosów oraz brak mocnego bielenia i pozbawienia włosów blasku. Niestety wadami tego produktu są: plątanie, brak dodania widocznej objętości, a dla niektórych także cena i wydajność. Mimo wszystko jeśli nie uda mi się nigdzie kupić suchego szamponu z Batiste to z przyjemnością sięgnę z powrotem po ten z Dove.

LINK: Opinie na Wizażu

Moja ogólna ocena: 4/5

czwartek, 12 lutego 2015

Masło do ciała Alverde wanilia i mandarynka- dobry nawilżacz nie tylko na zimowe dni


Hej :)
Dzisiaj chciałabym wam opisać kosmetyk, który wywołuje u mnie niezwykle mieszane uczucia. Sięgając po niego targają mną negatywne i jednocześnie pozytywne emocje, jednak gdyby nie pewna ważna dla mnie cecha, byłby to kosmetyk idealny. Mowa będzie o maśle do ciała mandarynka i wanilia firmy Alverde. Jeśli chcecie się dowiedzieć dlaczego ten produkt jednocześnie kocham i nienawidzę to zapraszam do przeczytania krótkiej lektury poniżej.


Zacznę od tego, że zakupiłam ten kosmetyk ze względu na wiele pozytywnych opinii jakie o nim przeczytałam na Wizażu i nie tylko. Był to produkt niezwykle chwalony, a że jest to edycja limitowana postanowiłam, że szybko się taka okazja nie nadarzy i muszę się w niego zaopatrzyć póki jeszcze jest dostępny. Dzięki Darii, która przywiozła mi go z Niemiec, stałam się szczęśliwą posiadaczką tego internetowego hitu. Pierwsze powąchanie tego produktu już wywołało u mnie mieszane uczucia. Niby zapach jest przyjemny i słodki, ale jest w nim coś duszącego co mnie trochę odpycha. Wyczuć możemy wanilię, ale mandarynki niestety nie wyczuwam. Jest w tym zapachu nutka czegoś cytrusowego, ale niekoniecznie jest to mandarynka. Zapach całkiem długo utrzymuje się na ciele i to jest dla mnie plusem. Nawet piżama trochę tym produktem pachniała jeszcze przez parę dni, jednak nie był to zapach jakoś bardzo wyczuwalny.
Przyszła kolej na pierwsze użycie. Konsystencja rzeczywiście przypomina masło, które jest gęste, ale które ma w sobie coś żelowego o ile mogę to tak nazwać. Niemniej jednak jest to przyjemna konsystencja, która łatwo daje się rozprowadzić na ciele, ale niestety niekoniecznie daje się łatwo na nim rozetrzeć. Trzeba to masło wcierać i wcierać, a i tak pozostają na ciele przez długi czas smugi, co zaprezentowałam na zdjęciu poniżej. Masło wchłania się opornie, ale nawet jeśli zaraz po wysmarowaniu się nim ubierzemy się, to na ciuchach nie pozostanie żaden tłusty ślad.


Co do działania nawilżającego to muszę powiedzieć, że jestem zachwycona tym jak długo ten kosmetyk nawilża nasze ciało. Uwierzcie mi, że nawet po dwóch dniach od wsmarowania w siebie tego specyfiku, jesteśmy w stanie wyczuć powłokę nawilżającą jaką ten produkt pozostawia na naszym ciele, a także (jeśli ma ktoś bardzo przesuszoną skórę) po przejechaniu sobie po skórze paznokciem nie pozostanie na niej żaden biały ślad. Kosmetyk ten naprawdę świetnie nawilża nasze ciało, a skóra po jego użyciu jest gładka i miękka w dotyku. Napomknę jeszcze, że mam skórę normalną, suchą w okolicy nóg i u mnie nawilżenie jest wystarczające. Niestety nie wiem jak sprawdzi się ten produkt u dziewczyn z bardzo suchą skórą. Myślę, że nawilżenie będzie, ale nie tak długotrwałe jak u mnie.
Co do składu to jest on naprawdę świetny, ale jak wiadomo (albo i nie) kosmetyki Alverde są kosmetykami naturalnymi. Są one także w bardzo dobrej cenie. Masełko to kosztuje (przeliczając euro na złotówki) około 10zł. Niestety produkty Alverde są dostępne tylko w drogeriach DM, których u nas nie ma, a w sklepach internetowych ceny są o kilka złotych wyższe. Nadal ubolewam nad tym, że nie można tych kosmetyków dostać w Polsce stacjonarnie.
Co do opakowania widać, iż jest to słoiczek, a ja takie opakowania lubię, bo łatwo można z nich wygrzebać całą zawartość kosmetyku. Opakowanie wykonane jest z porządnego plastyku, które nawet po kilku upadkach na ziemię nie pękło.


Podsumowując: kocham to masło za naprawdę bardzo dobre nawilżenie mojej skóry, jednak nienawidzę go za to toporne wchłanianie się i tworzenie smug. Nienawidzę jak muszę coś długo rozsmarowywać na ciele, a niestety z tym masłem tak jest i trzeba się trochę namęczyć zanim smugi przestaną być widoczne, a masło całkowicie się wchłonie. Dla osób cierpliwych i posiadających skórę normalną idącą w stronę suchej to masełko powinno się sprawdzić jeśli chodzi o nawilżenie, nie wiem jednak czy u osób z bardzo suchą skórą ten produkt pod względem długotrwałego nawilżenia się sprawdzi.

A u was jak z nawilżaniem ciała? Jest jakiś łatwo dostępny kosmetyk, który jest tani, a naprawdę dobrze nawilża?

Moja ogólna ocena: 4-/5

LINK: Opinie na Wizażu

sobota, 7 lutego 2015

Ulubieńcy stycznia


Cześć :)
Korzystając z kilku godzin wolnej soboty postanowiłam napisać dla was posta o ulubieńcach, którzy zachwycili mnie w styczniu. Są to naprawdę cudowne produkty, które na pewno będę jeszcze używała przez następne miesiące. Tym razem królować będą kosmetyki do pielęgnacji twarzy, bo niestety w zimie stan mojej skóry nieco się pogorszył, jednak dzięki temu znalazłam kilka świetnych perełek.


Pierwszym moim ulubieńcem jest nawilżający krem do twarzy o bogatej konsystencji Bioderma Hydrabio Riche, który został mi polecony przez panią kosmetolog podczas konsultacji w drogerii Hebe. Krem ten udało mi się zakupić za 42zł (z wysyłką w cenie) na Allegro. W aptekach krem ten kosztuje około 80zł za 40ml, a nawet i więcej w zależności od apteki.
Produkt ten przeznaczony jest dla bardzo suchej i odwodnionej skóry, a także dla skóry wrażliwej, więc alergicy powinni się z tym kremem polubić. Jako, iż jest to bogaty krem używałam go tylko w okresie jesienno-zimowym z naciskiem na te bardzo chłodne dni, jednak w styczniu, gdy spadł pierwszy śnieg krem ten pokazał swoją wielką moc nawilżania. Niestety jestem zmarzluchem i gdybym mogła to bym była ciągle przyklejona do grzejnika, szczególnie tego elektrycznego, który ma naprawdę ciepły nawiew. Niestety tak gorące powietrze w bliskim kontakcie z moją skórą spowodowało jej ogromne wysuszenie i ten krem pomógł mi się z nim uporać. Bardzo dobrze nawilżył moją skórę, a także doskonale sprawdził się jako baza pod makijaż. Podkład nie roluje się na nim i nie warzy. Dodatkowym plusem jest także pompka, która dozuje idealną ilość produktu wystarczającą na pokrycie całej twarzy. Krem ten przyjemnie pachnie, bardzo szybko się wchłania, jednak jedynym minusem jakim można się tu dopatrzyć jest standardowa cena, a dla niektórych także brak ochronnego filtra.


Następnym ulubieńcem jest odżywcza maseczka do twarzy z miodem i olejkiem migdałowym Nivea Aqua Effect przeznaczona dla cery suchej. Maseczkę tę zakupiłam w Tesco, bo była przeceniona z 4,99zł na 2,49zł. Pomyślałam "czemu by jej nie spróbować". I to był mój strzał w 10! Produkt ten daje zaraz po nałożeniu niesamowite uczucie nawilżenia, odżywienia i ulgi dla skóry przemęczonej po całym dniu pracy. Producent zaleca, aby maseczkę tę trzymać na skórze przez około 10-15 minut, a resztę produktu zetrzeć wacikiem. Ja jednak pozostałość zazwyczaj zmywam letnią wodą, bo zaraz po zastosowaniu maseczki nakładam na skórę krem na noc i kładę się spać.
Przy regularnym stosowaniu jej dwa razy w tygodniu i łączeniu z dobrym kremem nawilżającym widać jak skóra mocno przesuszona zaczyna wracać do normy. Maseczka ta składa się z dwóch części po 7,5ml każda, a jedna taka część wystarcza na 3 użycia, czyli za 5zł w cenie regularnej mamy aż 6 użyć (ja mam te sześć użyć aż za 2,50zł :D). Zapach tego produktu jest niesamowicie przyjemny, delikatnie słodki, a konsystencja jest całkiem gęsta i daje się bardzo łatwo rozprowadzić po skórze. Mogłabym nawet rzec, że palce gładko suną po skórze nakładając na nią ten kosmetyk. Tak dobrze nawilżającej i odżywczej maseczki jeszcze nie miałam!


Ostatnio zaczęłam dbać o okolice oczu i do tego celu co jakiś czas stosuję kolagenowe płatki pod oczy z firmy Purederm. W jednej takiej saszetce jest 30 płatków, czyli jedno takie opakowanie starczy nam na 15 użyć. To całkiem sporo jak za cenę 9,99zł, bo tyle zapłaciłam za te płatki w Biedronce. To co mi się w nich podoba to natychmiastowy efekt ukojenia i nawilżenia okolicy pod oczami, a także zredukowanie cieni i opuchlizny wokół nich. Skład też nie jest najgorszy jak na tą cenę.
Producent zaleca, aby płatki te trzymać pod oczami około 15-20minut, jednak ja bardzo często stosuję je na noc albo tak długo dopóki same nie odpadną, gdy wyschną. Opakowanie jest bardzo szczelne, więc (jeśli je dobrze zamkniemy) nie musimy się obawiać, że przy kolejnym otwarciu nieużyte płatki będę wyschnięte.


Ostatni produkt, który stał się moim ulubieńcem w miesiącu styczniu to balsam do ciała Balea z 40% zawartością olejków. W okresie zimowym sprawdza się on rewelacyjnie, bo gdy wyjdę spod prysznica do niezbyt ciepłej łazienki to bardzo szybko go nakładam, a on jeszcze szybciej się wchłania, dzięki czemu nie muszę tak długo marznąć. Dodatkowo daje on uczucie nawilżenia na bardzo długi czas, a w okresie grzewczym moja skóra potrzebuje dosyć silnych nawilżaczy o długotrwałym działaniu, a ten kosmetyk właśnie do takich produktów o przedłużonym działaniu należy. Mi zapach się podoba, ale niestety niektórym może nie odpowiadać, bo jest lekko mydlany. Skład tego produktu jest naprawdę bardzo dobry w stosunku do ceny, jednak produktu tego nie możemy jak na razie kupić w sklepach stacjonarnych.


To by byli moi styczniowi ulubieńcy. Niestety nic z kolorówki mnie nie zachwyciło na tyle, aby mogło się znaleźć w ulubieńcach. Mam nadzieję, że aktualny miesiąc zaowocuje jakąś miłością do produktów makijażowych :)
A u was jak z ulubieńcami? Też króluje pielęgnacja? Dajcie znać, czy znacie któryś z moich ulubieńców albo czy któryś z przedstawionych powyżej produktów was zachwycił.

poniedziałek, 2 lutego 2015

Zakupy, współpraca, prezenty, czyli styczniowy haul


Hej :)
Dzisiaj post zakupowy, czyli ten post, który najbardziej lubię czytać (a raczej oglądać) odwiedzając wasze blogi. Sama również lubię się pochwalić tym co sobie zakupiłam, a że ostatnie miesiące nie obfitowały w zakupy to w styczniu wszystko nadrobiłam. Niestety mój portfel nieco przy tym zubożał, ale zapasy kosmetyczne trzeba było uzupełnić, trzeba było także pooglądać drogeryjne nowości no i trochę się rozpieścić kupując coś dla siebie :)


Pierwsze zakupy poczyniłam w sklepie firmowym Ziaja, w którym byłam po raz pierwszy. Wchodząc do tego sklepu najbardziej zainteresowana byłam kosmetykami z serii Ziaja Med, które nie są dostępne w drogeriach. Skusiłam się tam na kremowe mydło ceramidowe za 7,99zł, które w gratisie miało krem do rąk. Tonik zwężający pory z serii liście manuka, który kosztował mnie 7,90zł ma tak dziadowską pompkę, że cały produkt znajduje się nie na waciku, a na opakowaniu. Musiałam go przelać do opakowania po innym toniku, bo inaczej musiałabym wylewać płyn bezpośrednio na wacik. Dodatkowo skusiłam się na oliwkową maseczkę do twarzy o działaniu regenerującym z kwasem hialuronowym za 1,29zł, którą już zużyłam i muszę przyznać, że sprawdziła się całkiem nieźle. Na okres zimowy zaopatrzyłam się w tłusty krem ochronno-regenerujący z filtrami UV, który poleciła mi pani sprzedawczyni. Muszę powiedzieć, że jak na razie ten krem naprawdę całkiem nieźle się sprawdza, a kosztował mnie 15,99zł. Jako, że chcę już powoli zapobiegać powstawaniu zmarszczek kupiłam sobie wygładzający krem pod oczy, który odsprzedałam po przeczytaniu niezbyt pochlebnych opinii na jego temat. Kosztował mnie 12,99zł.


W Rossmanie zakupiłam sobie mydło w płynie bez i orchidea Isana (uzupełniacz), za które zapłaciłam tylko 2,29zł. Z tej samej firmy kupiłam sobie za 6,99zł masło do ciała granat i figa, jednak po kilku niezbyt pochlebnych recenzjach odsprzedałam je. Skusiłam się także na trzy farby do włosów, w tym jedną naturalną z firmy Delia w odcieniu 05 brąz, która kosztowała mnie 5,99zł. Z Palette kupiłam sobie farbę w odcieniu R15 intensywna czerwień w cenie 7,99zł i 217 mahoń w tej samej cenie, które mam zamiar ze sobą wymieszać. Aż jestem ciekawa jaki odcień wyjdzie na moich włosach. Z firmy Facelle zakupiłam sobie moje ulubione chusteczki do higieny intymnej, które kosztowały w promocji 2,99zł za 20 sztuk. Nie mogłam przejść też obojętnie obok suchego szamponu z Dove, który zachwalała jedna z vlogerek, a który był w promocji i kosztował 14,99zł. Jak na razie sprawdza się on dobrze, ale jeszcze nie wiem, czy zastąpi mój ukochany Batiste. Jako, że ostatnio staram się nie jeść słodyczy pod postacią cukierków, batoników itd. skusiłam się na mus jabłkowo-mangowy, który kosztował 5,89zł. Powiem wam szczerze, że ten słoiczek starczył mi na cały dzień szamania z przerwami na podstawowe posiłki jak obiad, czy kolacja.


Niedawno odezwał się do mnie pan Mateusz z propozycją wypróbowania kosmetyków firmy Diadem. Bardzo podoba mi się idea firmy, która za każdy zakupiony produkt funduje kobietom z krajów trzeciego świata dwie godziny edukacji. Do testów wybrałam sobie dwa lakiery do paznokci, jeden w odcieniu białej kredy F-28 i drugi w odcieniu jasnego brązu o numerze 266. Dodatkowo skusiłam się na serum do rzęs z kolagenem i elastyną, bo ostatnio strasznie wypadają mi rzęsy (do tego stopnia, że w jednym miejscu mam sporą dziurę pomiędzy rzęsami), a także wybrałam sobie brązową kredkę do brwi. Już zabrałam się do testów, a efekty zobaczycie niedługo.


W sklepie Home & You upolowałam przepiękny koszyk z przykrywką, za który zapłaciłam tylko 13,50zł. Nawet nie wiecie jak się cieszyłam, że udało mi się go kupić w takiej cenie. Nawet w Pepco nie kupi się takiego kosza za takie pieniądze. Na meblach to małe cudo prezentuje się rewelacyjnie!


Na Allegro wyhaczyłam licytację z testerami drogich marek i pomyślałam, że spróbuję coś wylicytować, a nóż widelec może uda mi się kupić coś tanio. Udało mi się wylicytować w miarę dobrej cenie tester pomadki Dior Addict Insoumise nr 983 w śliwkowym odcieniu z dodatkiem rozświetlających drobinek za 30zł i lakier do paznokci Lancome w srebrno-kremowym odcieniu o wykończeniu perłowym, za który zapłaciłam 19zł. Przyznam szczerze, że jestem niezbyt zadowolona z tego zakupu, bo kosmetyki troszeczkę odbiegały od opisu przedstawionego w aukcji. Szminka jako tako nawet całkiem ładnie prezentuje się na ustach, ale lakier niezbyt przypadł mi do gustu. W dodatku okazało się, że w opisie na początku aukcji pisało, iż jest to produkt nowy i pełnowymiarowy, po czym chyba przed końcem aukcji opis został zmieniony i z produktu pełnowymiarowego zrobiła się miniatura o pojemności 4,5ml. Mam nadzieję, że przekonam się nie tylko do szminki, ale także i do lakieru.

W Fashion House w Sosnowcu kupiłam sobie w sklepie Diverse sweterek za 35zł w szarym kolorze. Nie umiałam uwierzyć, że tak piękny, nowy i firmowy sweter jest tam tak tani.
Następnie poszłam do Cropp'a i wyczaiłam tam adidaski na koturnie, które kosztowały mnie jedynie 40zł, a że w dzień, w którym byłam na drugą zakupioną w tym samym sklepie rzecz była dodatkowo przecena -50% to za 30zł kupiłam sobie przepiękny żakiet, którego nie ma na zdjęciu, ale wierzcie mi na słowo, że jest on naprawdę śliczny. Dodatkowo wybrałam go w czarnym kolorze, więc będzie mi do większości ubrań pasował. Po przyjeździe do do mu okazało się, że żakiet był trochę przypalony żelazkiem, ale udało mi się mu skrócić rękawy do długości 3/4 i wygląda teraz jak nowy :)


W Tesco zakupiłam sobie ciepłe, bawełniane skarpetki z F&F za 17zł 4 pary i majteczki za 7,20zł także 4 pary. Ceny są naprawdę spoko patrząc na jakość materiału z jakiego są wykonane. Dodatkowo za 2,50zł kupiłam sobie rewelacyjną maseczkę do skóry suchej z Nivea i jeśli jeszcze będzie w tej cenie to zakupię sobie kilka opakowań :) Za 4zł kupiłam sobie także świeczkę o zapachu pomarańczy, która nie dość, że w ogóle nie pachnie to pali się tak jakby się jej nie chciało, ale czego wymagać od świecy za 4zł. Wiadomo, że nie będzie to Yankee Candle.


W Pepco za 99 groszy kupiłam sobie pilnik do paznokci i rolki do ubrań za 4.99zł o zapachu wanilii. Zobaczymy jak się sprawdzą i czy będą pachniały :)


No i moje najnowsze zakupy poczynione w Rossmann'ie, które będą prezentem (oprócz płynu do kąpieli Babydream, za który zapłaciłam 6,99zł) dla mojej koleżanki Klaudii, która mieszka w Holandii. Kupiłam jej balsam do ciała Wellness & Beauty o zapachu mango i papaja, a także nawilżający szampon i odżywkę do włosów z granatem firmy Alterra. Mam dla niej coś jeszcze, ale nie pokażę, bo przecież gdyby to wszystko zobaczyła to by już nie była niespodzianka :)


Tak oto prezentują się moje styczniowe łupy. Trochę poszalałam jeśli chodzi o zakupy, ale dawno nic sobie nie kupiłam i musiałam to wszystko nadrobić, a że okazji i promocji było sporo to dałam się im skusić.
A u was jak z zakupami? Wasz portfel w styczniu ucierpiał, czy raczej zakupy były poczynione z głową? Dajcie znać, czy upolowałyście coś w mega promocji, a jak tak to gdzie :)

wtorek, 27 stycznia 2015

Ulubieńcy roku 2014


Cześć!
W końcu mam trochę czasu żeby ogarnąć dla was ulubieńców zeszłego roku. O dziwo znalazło się nawet kilka produktów z jednej kategorii kosmetycznej, co rzadko się u mnie zdarza. Jednak bardzo się z tego cieszę, że tak wiele kosmetyków, które zakupiłam się u mnie sprawdziło, bo bardzo nie lubię wyrzucać pieniędzy w błoto, kupując buble (żadna z nas tego nie lubi).


Zacznę może od kolorówki, której jest nawet całkiem sporo (szczególnie tuszy do rzęs). Zacznę może od podkładu, który podbił moje serce, a jest nim Revlon Nearly Naked w odcieniu 120 Vanilla. Tak dobrego podkładu jeszcze nigdy nie miałam. Nie wysusza mojej skóry, pięknie i naturalnie na niej wygląda, nawet po kilkunastu godzinach spędzonych w różnych warunkach, nie tylko atmosferycznych, ale i różnych sytuacjach życiowych. Obojętnie jak i czym go nałożę i tak świetnie wtapia się w skórę. Może nie kryje jakoś ekstra, bo krycie ma średnie, ale mi takowe maskowanie niedoskonałości i wyrównywanie kolorytu skóry wystarcza. Nie ciemnieje, schodzi z twarzy równomiernie, a jedynym minusem jakim mogę się w tym podkładzie dopatrzeć jest brak pompki.
Do podkładu dokupiłam sobie (za poleceniem mojej koleżanki Kasi) puder prasowany Revlon Nearlny Naked w odcieniu 010 Fair. Puder ten naprawdę na długo matuje moją skórę, nie tworząc przy tym efektu maski, a nawet bym rzekła, że twarz wygląda po przypudrowaniu świeżo i promiennie (oczywiście jeśli nie przesadzimy z ilością). Produkt ten nakładam pędzlem, bo ładniej wygląda na twarzy, jednak do opakowania dołączony jest malutki puszek, którego rzadko używam, a który nawet dobrze ten puder nakłada na twarz. Innym pudrem prasowanym, w którym się zakochałam był puder z firmy Manhattan w odcieniu Naturelle, który jest jednak troszeczkę gorszy od pudru opisanego powyżej, a to dlatego, że nie matuje na tak długo jak Revlon Nearly Naked. Mimo wszystko równie ładnie wyglądał na twarzy, równo z niej schodził i jej nie wysuszał. Jego zaletą jest natomiast prawie 3 razy niższa cena od poprzednika, a mianowicie nie kosztuje on 49,99zł jak to jest w przypadku Revlona, a 22,99zł w cenie regularnej.
Jeśli chodzi o róże do policzków moimi ulubieńcami były w tym roku dwa odcienie, dwóch różnych marek: prasowany brzoskwiniowy róż Inglota nr 84 i sypki zgaszony róż nr 50 Opal Rose Maybelline. Oba równie często używałam, jednak zgaszony róż używam głównie w te chłodne jesienno-zimowo miesiące, a ten cieplejszy Inglotowski odcień stosowałam na wiosnę i w lato. Oba róże bardzo ładnie wyglądają na mojej bladej skórze, długo się utrzymują i dobrze dają się rozcierać, nie tworząc przy tym plam.
No i na koniec przedstawię wam moje trzy ulubione tusze do rzęs, które naprawdę dobrze wspominam. Pierwszym tuszem, który był moim odkryciem w 2014 roku był tusz do rzęs Eveline Mega Size Lashes z dosyć wygiętą szczoteczką, która bardzo ładnie rozdzielała, wydłużała i troszeczkę pogrubiała rzęsy już przy pierwszej warstwie. Drugim tuszem, który polubiłam jest słynny tusz z firmy Lovely Curling Pump Up Mascara, który ładnie rozdzielał moje rzęsy, wydłużał je i podkręcał. Niestety bardzo szybko wysychał i ciężko było nałożyć druga warstwę i tak samo szybko się osypywał tworząc tzw. efekt pandy. Niestety równie szybko wysechł i już po około 6 tygodniach nadawał się do kosza. Wybaczam mu jednak to wszystko, bo tusz ten kosztuje tylko 8,99zł w cenie regularnej :) Ostatnim ulubionym tuszem jest tusz z firmy L'oreal Volume Million Lashes So Couture, który udało mi się nabyć za 32zł, a który używam jeszcze do teraz. To jest dopiero odkrycie! Tusz używam już od ponad dwóch miesięcy, a nadal nic się z nim nie dzieje, nie osypuje się, nie wysechł. Nadal zachowuje się jak nowy! Ładnie rozdziela moje rzęsy, pogrubia je i troszeczkę wydłuża, ale niewiele. Mimo wszystko tworzy z rzęs firankę, która przepięknie zdobi oko i na którą uwagę zwracało wiele kobiet, myśląc sobie, że mam doklejone sztuczne rzęsy. Niestety regularna cena tego tuszu to ponad 60zł. Uważam jednak, że tusz ten jest warty wydania na niego tych pieniędzy, jednak najlepiej poczekać na jakąś dobrą promocję i kupić go taniej, tak jak ja to zrobiłam przy okazji jednej z rossmannowskich promocji.


Jeśli chodzi o kolorówkę pod postacią lakierów i innych produktów związanych z paznokciami to moim ulubieńcem 2014 roku jeśli chodzi o ich zmywanie, jest zmywacz do paznokci Isana Mandelduft (ten zielony). Duża butla kosztuje jakoś 7zł i naprawdę dobrze radzi sobie ze zmyciem większości lakierów. Jakoś szczególnie mocno nie wysusza skórek wokół paznokci, jest wydajny i nawet bardzo nie śmierdzi.
Jeśli chodzi o utrwalenie lakieru na paznokciach moim ulubieńcem stał się top coat Insta Dri z Sally Hansen, który nie tylko utrwali lakier, pozwalając nam dłużej cieszyć się brakiem odprysków, ale także przyspieszy wyschnięcie lakieru i doda naszym paznokciom połysku. Jest naprawdę wydajny i poza tym po zużyciu połowy buteleczki nadal nie zrobił się glutowaty.
Przechodząc jednak do samych lakierów moimi ulubieńcami stały się trzy lakiery, trzech marek kosmetycznych. Wiem, że na zdjęciu jest aż pięć lakierów, jednak dwa lakiery Paris firmy Golden Rose aż tak często nie były przeze mnie używane jak pozostałe. Pozostając przy firmie Golden Rose moim ulubionym lakierem stał się lakier w odcieniu malinowej czerwieni z serii Rich Color nr 57. Z firmy Yves Roche pokochałam lakier w popielatym kolorze nr 106 Taupe, który jak dla mnie jest jasnym brązem. Natomiast z firmy L'oreal polubiłam się z lakierem z serii Color Riche nr 506 Exotic Grenad. Wszystkie te lakiery lubiłam za trwałość, szybkie wysychanie, a przede wszystkim za kolory, które mnie uwiodły. 


Nadeszła teraz pora na moją ulubioną część kolorówki, czyli na pomadki do ust. W 2014 roku pokochałam trzy serie z trzech różnych firm kosmetycznych. Moimi ulubieńcami ulubieńców są pomadki firmy Wibo z serii Elixir w odcieniu nr 03 (fuksja) i 07 (ciepły róż), które nie tylko nawilżają usta, ale równie pięknie je nabłyszczają. Może trwałość na ustach nie jest największa, ale ich prezentacja na nich już tak. No i pomadki te całkiem ładnie pachną i smakują :) Przeciwieństwem blasku jest mat, a jeśli o niego chodzi to polubiłam się z dwoma odcieniami firmy Golden Rose z serii Velvet Matte, a odcieniami tymi są piękna malinowa czerwień nr 19 i hibiskusowy, nieco neonowy róż nr 04. Jeśli chodzi o czerwień to jest to cudowny odcień, który naprawdę do mnie pasuje i który przy okazji optycznie wybiela mi zęby :) Róż także kocham, ale używam go stosunkowo rzadziej niż czerwień. Pomadki te nie wysuszają ust i całkiem długo się na nich utrzymują, jednak powodują nieprzyjemnie uczucie wyschniętych ust, co mnie akurat nieco przeszkadza. Pamiętajmy jednak, że matowe pomadki najlepiej prezentują się na zadbanych ustach, więc przed ich użyciem proponuję wykonać sobie peeling ust.
Idealną pomadką na jesień okazała się pomadka z firmy Maybelline w odcieniu nr 345 Plum Sunrise w śliwkowym odcieniu z dodatkiem rozświetlających drobinek. Niestety seria, z której pochodzi ta pomadka została już dawno wycofana, a szkoda, bo pewnie bym jeszcze zakupiła jakieś inne odcienie, ze względu na kremową konsystencję, dobrą trwałość i niewysuszanie ust.


Moimi ulubionymi zapachami okazały się dwie wody perfumowane firmy Avon z serii Today Tomorrow Always. Po prawej stronie mamy 30ml wodę In Bloom, która należy do zapachów ciepłych i jest naprawdę bardzo trwała. Ta woda była kiedyś w Avonie, ale ją wycofali, by znów przywrócić ją do sprzedaży. Bardzo się z tego faktu cieszę, bo to był i jest jeden z moich ulubionych zapachów jakie kiedykolwiek miałam okazję używać. Natomiast drugą wodą jest woda Today o pojemności 50ml, której miałam już chyba z 4 lub 5 flakoników. Muszę jednak przyznać, że ostatnio mi się już "przejadła" i jak na razie nie planuję zakupu kolejnego flakonika. Obie te wody są całkiem trwałe i nawet niedrogie, bo kosztują około 55zł.


Tutaj nie będę się rozwodzić jeśli chodzi o antyperspiranty i mgiełki. Od wielu lat uwielbiam i ciągle kupuję antyperspiranty firmy Rexona, bo tylko one tak dobrze na mnie działają jeśli chodzi o antyperspiranty drogeryjne. Natomiast mgiełki do ciała mam zawsze z Avonu, bo są one tanie i świetnie nadają się do odświeżenia ciała w gorące dni lub po wysiłku fizycznym. Niestety nie są one trwałe, ale od mgiełki za 8zł trwałości perfum nie wymagam.


Z pielęgnacji twarzy moimi ulubieńcami w 2014 roku były trzy produkty. Woda termalna Uriage doskonale sprawdzała się do odświeżenia w gorące dni, a także jako tonik. Dodatkowo łagodziła drobne zaczerwienienia. Kupiłam sobie już drugie, albo trzecie opakowanie, które jeszcze nie jest otwarte co widać na zdjęciu. Jeśli chodzi o płyn micelarny to moim ukochanym pogromcą makijażu okazał się micel z firmy L'Oreal Ideal Soft, który doskonale radził sobie z niewodoodpornymi kosmetykami, świetnie zmywał tusz, który bardzo szybko rozpuszczał, bez konieczności tarcia oka. Dodatkowo okazał się bardzo wydajny i niedrogi, bo zapłaciłam za niego w promocji jakieś 7, czy 8zł. Z kategorii kremy do twarzy moim ulubieńcem okazał się krem do twarzy Alverde Intensiv Repair, który oprócz świetnego składu, ma także dobrą cenę i świetne nawilżające działanie. Niestety ze względu na swoją tłustą konsystencję nadaje się do stosowania tylko na noc. Szkoda, że krem ten nie jest dostępny stacjonarnie w Polsce, bo na pewno znów bym go kupiła.


Jeśli chodzi o mycie ciała to do kąpieli używam płyny z Avon'u, które pięknie się pienią i pachną. Moimi ulubionymi zapachami w 2014 roku okazały się zapachy: Warm Vanilla i Dark Orchid & Raspberry. Płyny te niestety do tanich nie należą, bo 1 litr kosztuje około 16zł, muszę jednak przyznać, że płyny te są wydajne i właśnie z powodu tej wydajności i cudownych zapachów je kupuję. Mydełka w płynie stale kupuję z firmy Isana, bo mają piękne zapachy i są tanie. Niestety czasami różnią się mocno składem i konsystencją, a niektóre nawet mocno wysuszają skórę. Jednak te dwa przedstawione na zdjęciu (mleko i mód oraz róża i jogurt) bardzo lubiłam, bo aż tak nie wysuszały mojej skóry rąk.
Natomiast jeśli chodzi o nawilżenie rąk to moim ulubionym kremem do rąk okazał się krem z firmy Balea o zapachu owoców leśnych, który doskonale się wchłaniał, nie pozostawiając tłustego filmu na dłoniach, pięknie pachniał, nawilżał i odżywiał dłonie, a także był wydajny. Niestety nie można go już dostać, bo była to wersja limitowana (w niektórych sklepach internetowych jest jeszcze dostępny, gdyby ktoś go szukał).


Z kategorii włosy na ulubieńców roku zasłużyły cztery produkty. Jeśli chodzi o odżywki do włosów to zakochałam się w dwóch odżywkach do włosów suchych i zniszczonych. Jedna pochodzi z firmy Balea i zawiera w sobie olejek arganowy, a druga z Garniera ma w sobie olejek z awokado i masło karite. Obie te odżywki powodowały, że moje włosy po ich zmyciu były gładkie, miękkie i mniej się puszyły. Czuć było, że są one także dobrze nawilżone i dociążone. Obie kosztują niewiele, jednak odżywka Balea jest ciężko dostępna stacjonarnie, natomiast odżywkę z firmy Garnier można bez problemu dostać w każdej drogerii. Z masek do włosów nadal kocham i mam już trzecie opakowanie maskę z firmy Mythos z oliwą z oliwek, miodem, soją i proteinami pszenicy. Maska ta odżywia i nawilża moje włosy, dociąża je, ale ich nie obciąża, wygładza i ujarzmia, powodując, że są one mniej splątane i mniej się puszą. Natomiast do szybkiego odświeżenia włosów, gdy nie chce się mi ich myć, a są one tylko oklapnięte i delikatnie przetłuszczone używam suchego szamponu Batiste, który w mgnieniu oka powoduje, że moje włosy dostają objętości. Niestety po użyciu wyglądają one na suche i bez połysku (szczególnie u nasady). Minusem jest także biały osad we włosach, który troszeczkę widać, gdy się człowiek bliżej przyjrzy, nawet jeśli jako tako wyczeszemy ten proszek z włosów. Ja mam ciemne włosy i na takich włosach wszystko co jasne dostrzega się szybciej, jednak wiem, że Batiste wypuścił na rynek suche szampony przeznaczone dla różnych typów kolorystycznych jeśli chodzi o włosy, czyli dla blondynek, brunetek i jeszcze bardziej ciemnowłosych pań. Pamiętajmy jednak, że suchy szampon nie zastąpi nam normalnego mycia włosów i ich świeżego wyglądu po umyciu, dlatego powinien on być stosowany tylko okazyjnie.

To by było na tyle jeśli chodzi o moich ulubieńców roku. Znacie, któryś z tych produktów lub któryś z nich także znalazł się w waszych rocznych hitach? A może, któryś z tych kosmetyków okazał się u was totalnym bublem? Opiszcie wasze odczucia w komentarzach. Jeśli macie jakieś dodatkowe pytania chętnie na nie odpowiem :)

piątek, 23 stycznia 2015

Kubeczek do masażu CelluBlue, czyli pożegnaj się z cellulitem


Dla wielu kobiet cellulit jest koszmarem, z którym muszą zmierzyć się każdego dnia, a walka z nim nie należy do łatwych. Ja cellulit także mam (jak większość kobiet zresztą), jednak jakoś wielkiej walki z nim nie toczę, bo bardzo rzadko pokazuję nogi i się go nie wstydzę. Gorzej jeśli chcę założyć sukienkę lub krótkie spodenki i wtedy już czuję się sama ze sobą źle.
Poza tym szkoda, że z "pomarańczową skórką" tak rzadko spotykają się mężczyźni, a "cudowne" kremy antycellulitowe nie elminują problemu chociaż w połowie (bez diety i ćwiczeń oczywiście).


Jakieś trzy miesiące temu odezwała się do mnie pani Gabrysia, która zaproponowała mi przetestowanie cudownego kubeczka, który ma pomóc mi pożegnać się z cellulitem. Pomyślałam "czemu nie". Nie ukrywam, że jakieś specjalne diety nie są dla mnie, a moja jedyna aktywność ruchowa ogranicza się do częstego chodzenia. Mimo wszystko chciałam wypróbować moc tego produktu.

Opis producenta:
Za pomocą CelluBlue możesz odtworzyć ruchy słynnego masażu palpate roll. Masaż ten odznacza się wysoką skutecznością w walce z cellulitem i skórką pomarańczową. Za pomocą naszego kubeczka uzyskasz imponujące efekty w ciągu paru tygodni. CelluBlue może być użyty przy różnych rodzajach cellulitu: mieszanym, tłuszczowym, wodnistym, czy włóknistym.
Zasysając fałdy skóry, CelluBlue pomaga wyzwolić lipolizę, czyli usuwanie tłuszczu z komórek tłuszczowych, oraz aktywować i optymalizować cyrkulację żylną i limfatyczną. Skóra staje się lepiej napięta!

   źródło

Jak widać CelluBlue to niebieski, mały, silikonowy kubeczek służący do masażu miejsc dotkniętych cellulitem. Trochę przypomina mi bańkę chińską i nawet podobnie działa, a działa na zasadzie zasysania fałd skóry w trakcie wykonywania masażu (drenaż limfatyczny). Używany może być wielokrotnie, a do wymycia go potrzebna jest tylko woda i mydło.
Najlepsze efekty uzyskuje się przy jego codziennym stosowaniu, a żeby wszystko było mniej bolesne i z poślizgiem powinnyśmy dodatkowo stosować jakikolwiek olejek. Ja stosowałam początkowo oliwę z oliwek, a później "ukradłam" koleżance połowę olejku antycellulitowego firmy Alterra.
Kubeczek ten możecie stosować nie tylko do masażu pośladków i ud, ale także brzucha i bioder. Pierwsze efekty możecie zobaczyć już po trzech, czterech tygodniach stosowania. Ja u siebie dostrzegłam poprawę po około sześciu tygodniach.


Na początku wykonywałam masaż pokazany na filmiku jaki przesłała mi pani Gabrysia. Filmik możecie zobaczyć poniżej. Technika masażu dzieli się na trzy fazy. Jest łatwa i prosta do zapamiętania, więc już po kilku dniach codziennego oglądania filmiku, zapamiętałam go i teraz wykonuję już dane ruchy "z głowy".
Kubeczek daje się łatwo ścisnąć i dobrze zasysa skórę dotkniętą zmianami cellulitowymi. Dobrze porusza się nim po skórze, chociaż na początku sprawiało mi to trochę bólu, szczególnie gdy skóra była mocno zassana. Masaż taki powinien trwać około 5 minut, a całkowity czas przeznaczony na masaż dwóch nóg to tylko 10 minut. Masowanie powinno odbywać się w kierunku dół-góra, czyli od kolan do ud, tak jak krąży limfa.
Jakie efekty zauważyłam po tych sześciu tygodniach? Skóra na udach i pośladkach była bardziej napięta i gładsza, przy ściśnięciu skóry cellulit nie był, aż tak widoczny, jak poprzednio. Muszę tutaj jeszcze zaznaczyć, że masażu nie wykonywałam codziennie wieczorem, bo gdy byłam w pracy na nocnej zmianie to nie miałam sposobności żeby taki masaż sobie wykonać. Może dlatego efekty zauważyłam u siebie stosunkowo późno.
Myślę, że gdy trochę bardziej wezmę się za siebie i będę miała czas i chęci do dalszego używania tego produktu to efekty będą coraz bardziej widoczne i długotrwałe. Na razie samozaparcie mam i masaż wykonuję średnio 5 razy w tygodniu, jednak boję się, że przy natłoku obowiązków i coraz piękniejszej pogodzie za oknem zacznę zaniedbywać siebie i efekty, które powoli są coraz bardziej widoczne znikną w mgnieniu oka. 

Wymiary: średnica 5 cm, wysokość 5,6 cm, waga 1.4 oz


Kosz tego małego kubeczka to 18,90 Euro, więc niestety nie mało. Zakupić go możecie TUTAJ, a czasami możecie go dostać nawet 40% taniej, tak jak to było tuż przed świętami. Jeśli jednak ten mały kawałek silikonu medycznego się u was nie sprawdzi to firma CelluBlue zwróci wam do 30 dni pieniądze.

Myślę, że taki produkt będzie doskonałą alternatywą dla osób, które chodzą na różnego rodzaju masaże antycellulitowe do kosmetyczki, bo zaoszczędzą one więcej czasu i pieniędzy, a efekt prawdopodobnie będzie ten sam. Osoby, które mają samozaparcie i są regularne także mogą być zadowolone z tego kubeczka, bo zauważą u siebie efekty dużo szybciej niż osoby, które nie będą masażu wykonywały codziennie.
Mam nadzieję, że u mnie ta chęć wykonywania masażu się utrzyma, a lenistwo nie weźmie góry :)

niedziela, 18 stycznia 2015

Noworoczne spotkanie blogerek w Sosnowcu


W dniu 10 stycznia tegoż roku odbyło się kolejne blogerskie spotkanie, na którym miałam okazję się znaleźć. Tym razem odbyło się ono w Sosnowcu (w tym mieście miałam okazję być po raz pierwszy) w pubie "Plotka Bar", który z nazwy idealnie wpasował się w nasz klimat. Chciałam tutaj podziękować mojemu chłopakowi, który raczył mnie zawieźć na to spotkanie, bo inaczej nie miałabym się tam jak dostać :)

Jak zwykle zaczęło się od czegoś ciepłego do picia i kilku kostek cukru co by nam to spotkanie jeszcze bardziej osłodzić :)


Ja niestety z racji korków i nieznajomości trasy trochę się pogubiłam i spóźniłam, ale załapałam się jeszcze na część wykładu jaki przygotowała dla nas Ania z Łowcy Trendów. Mówiła nam ona o coolhuntingu oraz trendsettingu oraz dała nam ona kilka rad na temat prawidłowego przebiegu współpracy pomiędzy blogerem, a producentem recenzowanych produktów.


Dodatkowo Ania wspomniała nam o dwóch produktach spożywczych, które sama używa, a które ponoć działają cuda dla naszego organizmu. Opisywanymi przez nią produktami były sok z młodego jęczmienia oraz chlorella, którą bardzo polubiły także jej koty i dzieci ;D Mnie osobiście zainteresował zielony shoot, który miałyśmy okazję skosztować. Mimo, iż nie wyglądał on zbyt ciekawie to smakował naprawdę dobrze :)


Następnie pan Jurek opowiedział nam o strategi firmy, w której pracuje, jej zasadach działania i promocji produktów. Jest on niezależnym partnerem biznesowym marki LR, której nigdy wcześniej nie miałam okazji poznać. Widać było, że pan Jurek był trochę zdenerwowany wystąpieniem, ale przy takiej liczbie kobiet wlepiających w niego swój wzrok mało który facet by się nie stresował :P


Pan Jarek przygotował dla nas także test, w którym miałyśmy w półtora minuty dostać się ze startu do mety. Jako, że ja lubię niebanalne rozwiązywanie testów i spraw zaznaczyłam strzałką taką oto możliwość rozwiązania tego quizu no i jako jedyna zrobiłam to tak jak chciał pan Jarek :P


W spotkaniu udział wzięło 11 dziewczyn, a organizatorem spotkania była Agnieszka z bloga agnieszkanet.blogspot.com, której serdecznie dziękuję za umożliwienie mi wzięcia udziału w tym sobotnim spotkaniu.

Oto wszystkie uczestniczki spotkania:
Agnieszka - agnieszkanet.blogspot.com,
Justyna - jkochajszlocha.blogspot.com  oraz www.produktnatury.com.pl
Karolina - fashionak-sklep.blogspot.com
Alicja - poradnikbezradnik.blogspot.com
Kasia - hutosia.blogspot.com
Dominika - kosmetykowyswiat.blogspot.com
Karolina - biszkopcik86.blogspot.com
Sandi - sandi-beauty-lifestyle.blogspot.com
Aja - rarityikosmetyki.blogspot.com
Kasia - kasias1980.blogspot.com
no i ja Asia - todaytomorrowforeverbeauty.blogspot.com


Jak zwykle to bywa na takich spotkaniach są plotki i ploteczki, odbieganie od tematu i masa uśmiechu. Z Ają mogłabym rozmawiać o Yankee Candle przez cały wieczór, a z Alicją i Kasią jesteśmy ugadane na kawkę.


Następnie zamówiłyśmy sobie pizzę, a sztućce przyniesiono nam w... doniczce. Nie wiem, czy to jeszcze pomysłowość, czy brak gustu. Mi się to niezbyt spodobało.


No i w końcu przyszedł czas na wymiankę kosmetyczną i rozdanie upominków od sponsorów. Zaczęło się oglądanie, komentowanie i wąchanie produktów. Swoją drogą muszę jeszcze wspomnieć o Darku (mąż organizatorki), który wprowadzał ws nasze dyskusje dawkę humoru :)

Oto co dostałyśmy:

Od firmy Nikwax dostałyśmy impregnaty do ubrań i sprzętu turystycznego. Niestety nie mam rękawic i sandałów, ale może impregnat do skóry zużyję.

Łowcy Trendów, E-Makijaż i Dermasova, od której dostałyśmy rękawiczki dla alergików.

Od firmy Dr. Marcus dostałyśmy dwa przepiękne odświeżacze powietrza do samochodu. Truskawkowy pachnie obłędnie! Dodatkowo otrzymałyśmy po dwie próbki kosmetyków: fioletowe do włosów, a czarne do całego ciała dla mężczyzn.

Od firmy MIO otrzymałyśmy próbki produktu dla zmęczonych mięśni. Ja oddałam je chłopakowi, bo osobiście nie ćwiczę, a on tak. Powiedział mi, że u niego efekt był odczuwalny, ale w nieznacznym stopniu. Dodatkowo dostałyśmy gumę do ćwiczeń, którą także mu oddałam. Powiedział, że sprawdza się dobrze i ćwiczy nią mięśnie łydki.

Od Drogerii Cytrynowa dostałyśmy maskę do twarzy, mydełko Aleppo, sól bocheńską i wosk Yankee Candle (mój akurat ma pachnieć kwiatem hibiskusa).

Firma Oceanic przysłała nam trzy produkty AA z serii ultra nawilżenie: krem intensywnie nawilżający, płyn micelarny i krem BB. Krem BB niestety ma za ciemny odcień w porównaniu z moją karnacją, ale pozostałe produkty chętnie wypróbuję, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że mam bardzo suchą skórę.

Od firmy Joko dostałyśmy paletkę cieni w formie testera, podwójny wypiekany cień do powiek i lakier do paznokci. Muszę przyznać, że z cieni cieszę się najbardziej :)

Dermaglin przysłało nam maseczki do twarzy i skóry głowy. Niestety dwie maseczki szlag trafił tzn. okazało się, że opakowanie było rozwalone i połowa produktu znalazło się na, a nie w opakowaniu. Myślę, że resztę da się jakoś uratować.

Firma Virtual przysłała nam podkład (bardzo ciemny jak dla mnie), błyszczyk (nie mój kolor) i eyeliner w kolorze złota (czystego złota, z którego bardzo się cieszę, bo taki eyeliner bardzo ciężko było mi znaleźć).

Od fashionAK dostałyśmy kupony rabatowe, od pana Jurka dostałam odżywkę do paznokci z firmy LR, a od firmy Diamond Cosmetics dostałam oliwkę do paznokci i skórek.

Na koniec chciałabym wam dziewczyny (i chłopacy) podziękować za wspaniałe spędzenie czasu, rozmowę i wywołanie na mojej buzi uśmiechu, Adze za umożliwienie mi spotkania z wami, Ani i Jarkowi za ciekawe wykłady na temat tego czym się zajmują, a sponsorom za upominki.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...