wtorek, 4 marca 2014

Tea light tea light'owi nie równy, czyli ranking podgrzewaczy


Cześć :)
Dzisiaj będzie nietypowy post na temat tea light'ów, czyli podgrzewaczy. Spora ilość osób kupuje je do palenia wosków w kominku, inni kupują je dla ozdoby lub wykorzystują podczas relaksującej kąpieli, a jeszcze inni palą je podczas romantycznej kolacji.
Jednak większość z nas podczas wyboru tea light'ów patrzy na cenę i zgodzę się, że jest to cecha ważna, ale czy kupno najtańszych podgrzewaczy to dobry zakup? Otóż nie zawsze. Już nieraz skuszona ceną zakupiłam podgrzewacze, które wcale nie były dobre jakościowo i niezbyt dobrze się paliły. Dzisiaj przedstawię wam podgrzewacze, które miałam i zrobię ich ranking. Jeżeli kogoś to interesuje to zapraszam do dalszej lektury.


Tak prezentują się tea light'y, które paliłam przez ostatnie pół roku. Wszystkie opakowania zachowałam, aby móc wam je teraz pokazać. Przez te pół roku robiłam sobie również notatki na temat wypalonych podgrzewaczy i chce wam je teraz przedstawić.


Pierwsze miejsce w moim rankingu zajmują podgrzewacze, które możemy zakupić w PEPCO. Są one produkowane w Polsce, a jak wiadomo polskie produkty są w większości naprawdę dobre. Jak to mówią słowa pewnej reklamy: "dobre, bo Polskie" :)
6 sztuk tych tea light'ów kosztuje tylko 2,99zł i zakupić je możemy w każdym sklepie PEPCO. Są to podgrzewacze zapachowe, które prawdę mówiąc nie mają intensywnego zapachu, więc spokojnie możemy je palić razem z woskami, bez obawy, że zapach tych wosków zostanie zaburzony i wymieszany z zapachem podgrzewaczy. Te tea light'y palą się równomiernie i spalają do końca, więc używając tych tea light'ów nie musimy się bać, że na dnie aluminiowego opakowania pozostanie nam jeszcze jakiś niewypalony wosk. Knotek dobrze się zapalał i palił, nie kopcił. Do tych podgrzewaczy na pewno jeszcze powrócę, bo paliły się naprawdę dobrze, a nie kosztują zbyt wiele.


Drugie miejsce zajmują podgrzewacze dostępne w TESCO, czyli tea light'y wypuszczone przez markę F&F. Niby są to podgrzewacze zapachowe, ale jak dla mnie w ogólnie nie pachną. Palą się jednak równomiernie i spalają do końca. Knotek pali się dobrze, nie kopci. To co podoba mi się w tych podgrzewaczach to to, że są one kolorowe, czyli np. tea light'y o zapachu limonki są zielone, o zapachu bzu fioletowe itp. (zdjęcie poniżej). Takie kolorowe malutkie świeczki bardzo ładnie będą prezentować się jako ozdoby w domowych wnętrzach. Cena tych tea light'ów to 5,99zł za 12szt, więc nie jest źle :)


Na miejscu trzecim postanowiłam usadowić tea light'y dostępne w markecie Carrefour. Tak jak w przypadku podgrzewaczy z marketu Tesco (opisanych powyżej) te tea light'y również nie pachną. Palą się za to dobrze: spalają się całkowicie i równomiernie. Knotek czasami nie chciał się szybko zapalić, ale jak już się podpalił to płonął bez zarzutu. Cena tych podgrzewaczy to 2,99zł za 6szt, więc jest ok.


Czwarte miejsce zajmują tea light'y z firmy Admit, które dostać możemy w markecie Carrefour. Za 100szt zapłaciłam 8,99zł więc naprawdę bardzo mało. Niestety jakość tych podgrzewaczy ma wiele do życzenia. Wosk, z którego są wykonane jest bardzo lepki i często nie spala się do końca. Najlepiej jeśli podpalicie tą świeczkę i jej nie zgasicie, tylko dacie się jej wypalić do końca. Wtedy macie pewność, że wosk wypali się całkowicie. Jeśli jednak zgasicie ten podgrzewacz po wypaleniu się ponad połowy wosku to przy kolejnym podpaleniu knot spali się do końca, ale wosk się nie wypali i będzie się on nadawał już tylko do wyrzucenia. Często zdarzało mi się, że po włożeniu ich do kominka najzwyczajniej w świecie mi gasły, co doprowadzało mnie do szału.
Te tea light'y średnio się u mnie sprawdziły. Gdybym dała za nie więcej to pewnie byłabym na nie jeszcze bardziej zła. Raczej ich już nie kupię, bo nie lubię długo palić podgrzewaczy, a przede wszystkim nie lubię ich wyrzucać, gdy jest w nich jeszcze dużo niewypalonego wosku. 


Piąte miejsce zajmują podgrzewacze dostępne w markecie Kaufland. Tea light'y te paliły się już nieco gorzej ze względu na knotek, który albo nie chciał się zapalić albo mi gasł. Także wosk, z którego zostały one wykonane nie był najlepszej jakości. Wosk ten był w formie maleńkich kuleczek, które były ze sobą słabo stopione? i podczas wyjmowania świeczki z opakowania miałam je dosłownie wszędzie. Mimo, iż napisy na opakowaniu są w języku niemieckim, świeczki te produkowane są w Polsce. Cena tych świec to około 4-4,50zł  (o ile dobrze pamiętam) za 10szt. Nie jest źle, ale jakość podgrzewaczy jest marna i lepiej dołożyć kilka złotych i zakupić jakieś inne tea light'y.


No i ostatnie, czyli szóste miejsce zajmują podgrzewacze firmy Adpal dostępne w markecie Carrefour. Niestety te tea light'y nie paliły się zbyt dobrze i były najgorsze ze wszystkich tych przedstawionych powyżej. Nie spalały się całkowicie (na dnie zawsze została całkiem spora ilość wosku), knot często nie chciał się palić, bardzo często gasł, wosk był marnej jakości, podobnej do wosku, z którego produkowane były tea light'y dla sklepów Kaufland. Za te podgrzewacze zapłaciłam 1,99zł za 6szt i była to cena promocyjna. Kupiłam od razu 3 opakowania i żałuję, bo praktycznie dwa opakowania wyrzuciłam, bo podgrzewacze wyglądały na przesiąknięte jakąś dziwną substancją i nie chciały się palić. Świeczki te również (brzydko mówiąc) śmierdziały, a zapach pokazany poniżej, czyli Merry Christmas przyprawiał mnie o ból głowy. Na pewno nie kupię ich ponownie.


Tak oto prezentuje się mój ranking podgrzewaczy. Jak widać nie każde tea light'y są warte zakupu. Na pewno powrócę do tych podgrzewaczy produkowanych dla PEPCO, bo były to najlepsze tea ligh'ty jakie miałam. Ewentualnie skuszę się jeszcze na podgrzewacze marki Carrefour i F&F produkowanych dla TESCO.

A co wy uważacie na temat tea light'ów? Czy też miałyście do czynienia z takimi, które nie chciały się palić? Czy kupując je patrzycie tylko i wyłącznie na cenę, czy np. opakowanie także ma dla was jakieś znaczenie podczas wyboru podgrzewaczy? Czekam na wasze opinie :)

niedziela, 2 marca 2014

O tuszu, który miał dać efekt sztucznych rzęs, a pozostawił coś innego...


Cześć :)
Dzisiaj chciałabym wam opisać tusz do rzęs z Lovely, który zakupiłam jakieś trzy tygodnie temu. Od dnia zakupu zaczęłam go używać, a po trzech tygodniach musiałam niestety go wyrzucić. Dlaczego? O tym przeczytacie poniżej.


Felernym dla mnie tuszem do rzęs okazał się Flase Lashes od Lovely, który miał mi zapewnić efekt sztucznych rzęs. Jak zobaczycie na zdjęciach poniżej takiego efektu nie było. Były za to rzęsy, na których były same grudki i sklejenie rzęs.
Już od samego początku użytkowania tusz zaczął sklejać mi rzęsy. Im więcej warstw tuszu nakładałam na rzęsy tym było gorzej. Musiałam więc usuwać nadmiar tuszu i dopiero wtedy je malować. Grudek na początku nie było, ale zaczęły się pojawiać po dwóch tygodniach.
Faktem jest, że tusz ładnie wydłużył moje rzęsy, nieco je pogrubił, ale to pogrubienie było tylko wtedy, gdy usuwałam nadmiar tuszu. Gdy tego nie robiłam rzęsy były niestety posklejane.
Co do wytrzymałości tuszu na rzęsach wcale nie było rewelacji. Tusz zaczął się osypywać już po kilku godzinach. Za to całkiem szybko wysychał na rzęsach.
To co podoba mi się w tym tuszu to cena: około 13zł, ja zapłaciłam jednak 10zł w promocji. Opakowanie mi się nie podoba. Róż i zieleń? Dla mnie tandetne zestawienie.  
Zmywanie tuszu nie sprawiało mi problemu: zmywał się dobrze większością płynów micelarnych jakie posiadam. Co do intensywności koloru też nie mogę się doczepić, bo czerń jakby na to nie patrzeć jest naprawdę intensywna. No i szczoteczka. Niby nie jest silikonowa, mająca bardzo dużo włosków, ale jakoś mi nie podpasowała. Może dlatego, że nabierała za dużo tuszu.
Czy tusz jest wydajny? Nie, bo starczył mi na trzy tygodnie i potem nadawał się już tylko do wyrzucenia.

(Zdjęcia zostały wykonane po dwóch tygodniach użytkowania)

Nie wiem, czy trafił mi się jakiś felerny tusz, czy rzeczywiście ten tusz jest aż tak tragiczny, ale wiem jedno: na pewno nie kupię go ponownie. Szybko się osypywał, po dwóch tygodniach zaczęły być już widoczne grudki, a po trzech tygodniach nie nadawał się już do użytku. Szczoteczka nabierała za dużo tuszu, który w takiej ilości sklejał rzęsy. Mimo niskiej ceny, intensywnej czerni i delikatnego wydłużenia już się na niego nie skuszę. O efekcie sztucznych rzęs możemy pomarzyć- tym tuszem ich nie uzyskamy.

Moja ogólna ocena: 2+/5

LINK: Opinie na Wizażu

piątek, 28 lutego 2014

Ulubieńcy stycznia i lutego


Hej :)
Dzisiaj przychodzę do was z ulubieńcami stycznia i lutego. Nie zrobiłam dwóch osobnych postów z tego względu, że w styczniu i lutym używałam tych samych kosmetyków, a więc ulubieńcy byli ci sami. Ulubieńców nie jest dużo, bo tylko 5 kosmetyków, ale myślę, że są to produkty godne uwagi.


Pierwszym kosmetykiem, który namiętnie używałam w tych dwóch miesiącach jest peeling enzymatyczny odmładzający do twarzy 3 w 1 Argan Oil z firmy Eveline. Ostatnio jakoś przerzuciłam się z peelingów mechanicznych na enzymatyczne i widzę, że moja skóra pokochała tą zmianę. Peeling z Eveline jest bardzo delikatnym peelingiem, który jednocześnie naprawdę dobrze usuwa martwy naskórek z naszej twarzy. Niestety nie każda z was się z nim polubi. ponieważ w swoim składzie zawiera parafinę: mi ona jednak krzywdy nie zrobiła. Dłuższą recenzję na temat tego kosmetyku znajdziecie TUTAJ.


Kolejnym ulubieńcem jest produkt do makijażu, a mianowicie tusz do rzęs pogrubiająco-wydłużający z firmy Eveline. Tusz ten naprawdę ładnie rozdziela moje liche już rzęsy, ładnie je pogrubia i wydłuża. Jest to jeden z nielicznych tuszy, który nie skleił moich rzęs. Tusz nie osypuje się, nie pozostawia grudek, a czerń na rzęsach jest intensywna. Szczoteczka jest silikonowa, co na początku niezbyt mi się podobało, ale bardzo ładnie współgra z moimi rzęsami podczas ich tuszowania. Cena tego tuszu to około 13zł, więc nie dużo, a działanie jak dla mnie jest naprawdę warte wydania tej kwoty.


Produktem, który używałam już dość dawno, ale dopiero niedawno znów do niego wróciłam jest eliksir do odżywiania i stylizacji włosów z olejkiem arganowym i olejkiem z konopii siewnych firmy Mila. Jest to kosmetyk, który używam na wilgotne włosy przed wysuszeniem ich suszarką. Stosuję go głównie na końcówki, ale ostatnio nakładam go na połowę długości moich włosów. Kosmetyk ten scala rozdwojone końcówki, wygładza włosy, nadaje im ładny połysk, delikatnie je nawilża i odżywia. Zapach jest naprawdę przyjemny, a wydajność jest rewelacyjna. Jedna taka buteleczka spokojnie starcza mi na 4-5 miesięcy. Niestety dostępność nie jest rewelacyjna, ale bez problemu dostaniecie go na allegro, czy w innych sklepach internetowych. Dłuższą recenzję możecie przeczytać TUTAJ.


Ostatnio molestowałam przez miesiąc lakier do paznokci Wibo Gel Like od The Oleskaaa. Mimo, iż nie jest to lakier najwyższej jakości i nawet z top coat'em odpryskiwał po 4-5 dniach to zakochałam się w jego kolorze i błysku. Ten delikatny róż podbił moje serce :) Nie zostało mi już go zbyt wiele, więc za niedługo będę musiała się z nim rozstać i kupić jakiś inny podobny kolorystycznie do tego lakier do paznokci ;) Może jakiś polecacie? :)


Ostatni ulubieniec to krem do rąk Mythos. Ostatnio wyjątkowo dbałam o dłonie. Często je myłam i tak samo często kremowałam. Krem ten polubiłam za bardzo szybkie wchłanianie, piękny zapach zielonej herbaty i naprawdę dobre nawilżenie i odżywienie skóry moich dłoni. Co prawda na dłoniach pozostaje warstewka ochronna, ale jest to taka warstewka, która nic złego nam nie zrobi, czyli nie będziemy miały na ubraniach żadnych plam i nic nie będzie wyślizgiwało się nam z rąk. Niestety cena nie jest mała, bo krem ten kosztuje 19,90zł jednak w promocji można go nabyć za 14zł. TUTAJ możecie dowiedzieć się o tym kremie nieco więcej, bo zrobiłam o nim osobną recenzję.


Tak oto prezentują się ulubieńcy ostatnich dwóch miesięcy. Są to kosmetyki, których naprawdę często używałam i możliwe, że jeszcze kiedyś do nich powrócę.
A jacy są wasi ulubieńcy? Możecie mi polecić jakiś dobry bronzer i podkład? Bo planuję zakupić coś nowego, a totalnie nie wiem co wybrać.

środa, 26 lutego 2014

Zużyci w styczniu i lutym


Dzisiaj denko ze stycznia i lutego. W tych dwóch miesiącach jakoś nie zużyłam zbyt wielu kosmetyków, ponieważ rzadko używałam jakichkolwiek produktów, czy to pielęgnacyjnych, czy to do makijażu. Po prostu w tych zimowych miesiącach stawiałam na minimalizm.
Tak więc bez zbędnych słów przechodzę do moich pustaków :)


Masło do ciała rumianek i imbir Green Pharmacy 200ml: bardzo lubiłam to masełko. Świetnie się rozsmarowywało i wchłaniało. Pięknie pachniało i było wydajne. No i ma niską cenę :) RECENZJA TUTAJ

Odżywka do włosów zniszczonych Dove 200ml: tania i dobra. Moje włosy ją polubiły. Na pewno do niej wrócę. RECENZJA TUTAJ

Żel pod prysznic Tropics Avon 500ml: uwielbiam żele Avonu za zapachy, cenę i świetne oczyszczanie ;)

Zmywacz do paznokci z witaminą F Poezja 150ml: zwykły zmywacz za 1,50zł. Dobrze zmywa lakier, a obecność acetonu w składzie mi nie przeszkadza. Dostępny w szklanej i plastykowej butelce.

Puder prasowany Rimmel Stay Matte: bardzo go lubiłam. To było już moje drugie zużyte opakowanie tego pudru. RECENZJA TUTAJ

Olejki zapachowe Róża, Konwalia, Wanilia: niestety się nie raz spaliły w kominku, a przy dodatku wody zapach był ledwie wyczuwalny.

Sól do kąpieli z Wieliczki 75g: dostałam ją od brata, który kupił mi ją podczas wycieczki szkolnej do Wieliczki. Naprawdę dobra sól o niebiańskim różanym zapachu. Podczas kąpieli czułam się jak w SPA :D

Krem do depilacji okolic bikini do skóry wrażliwej "Idealna gładkość" 75ml: to już  moje 4 zużyte opakowanie i chyba już... ostatnie. Nie wiem dlaczego, ale po każdym użyciu moja skóra była zaczerwieniona, bolesna i miała skłonności do wyprysków ;/

Pomadka Mythos: zapach miała okropny- taki babciny (starych pomadek). Działanie było takie sobie. Fajnie ochraniała usta np. przed zimnem, ale jakoś szczególnie ich nie nawilżała, ani nie odżywiała. Cena także taka sobie  (9,90zł)

Mleczko do ciała Verbena L'Occitane 75ml: najlepszy balsam jaki miałam! Zapach obłędny (jestem nim zauroczona). Świetnie się wchłaniał, nawilżał i odżywiał skórę, ale cena regularna tego kosmetyku powala (95zł!!! 250ml)

Próbki Macrovita: intensywnie nawilżająca maska do twarzy i nawilżający krem do twarzy

Ampułka do włosów potrójne działanie Emmebi Italia: fajna ampułka, po której włosy były miękkie i przyjemne w dotyku :) Jak widać opakowanie nieco się potłukło, bo ciężko go było otworzyć ;/

To by było na tyle :) Denko maławe, ale w styczniu jakoś nie miałam ochoty niczego używać, nawet mało się malowałam (nie miałam nawet gdzie, bo mało kiedy wychodziłam z domu). 
A u was jak ze zużyciami? Spore, czy takie małe jak u mnie? :D

sobota, 22 lutego 2014

Moja wieczorna pielęgnacja twarzy


Hej ;)
Niedawno miałyście okazję przeczytać o mojej porannej pielęgnacji twarzy. Dzisiaj jednak opiszę wam swoją wieczorną pielęgnację twarzy, której poświęcam nieco więcej czasu niż tej porannej, bo po całodziennym noszeniu makijażu trzeba naszą skórę w odpowiedni sposób nagrodzić. Przede wszystkim trzeba ją porządnie oczyścić z resztek makijażu, nawilżyć i odżywić.


Do zmycia resztek makijażu używam (tak jak w porannej pielęgnacji) żelu do mycia twarzy Mythos i gąbeczki do mycia twarzy. Żel jest naprawdę fajny i meeeega wydajny. Mam go już ponad pół roku i nadal w buteleczce nie widać dna. W razie czego TUTAJ możecie przeczytać o nim więcej.


Po wieczornym demakijażu i oczyszczeniu twarzy żelem osuszam twarz ręczniczkiem do twarzy oraz przemywam tonikiem. Aktualnie posiadam bio tonik z firmy Mythos. Jest to naprawdę delikatny tonik, który mogą używać nawet wrażliwe osoby. Po użyciu toniku naprawdę czuję ulgę na twarzy.
Czasami lubię sobie użyć wody termalnej Uriage zamiast toniku. Wodę termalną zna już chyba każda z was, a jeśli nie to zapraszam na recenzję TUTAJ. Ta woda jest naprawdę świetna. Niweluje zaczerwienienia, odświeża i nie trzeba osuszać twarzy po spryskaniu. Działa na podobnej zasadzie co tonik.


Gdy już wyrównam pH swojej skóry nakładam na nią krem lub masło shea. Moje do niedawna często używane masełko shea to Shea Spa Fit z firmy The Secret Soap Store o zapachu czekolady z pomarańczą. Masełko jest wzbogacone w aż 7 różnych olejków, a przeznaczone jest głównie do masażu, jednak ze względu na bardzo dobry skład kładę go na twarz. Masło shea przynosi mojej skórze ukojenie i porządne nawilżenie. Nie zapchało mnie ani razu, nie podrażniło i nie uczuliło. Jeśli ktoś chce przeczytać dłuższą recenzję to zapraszam TUTAJ. Masełko shea naprawdę lubię i często stosuję, ale ostatnio przerzuciłam się na masło z avocado. Moje posiadam z firmy e-naturalne. Lepiej rozprowadza się na twarzy niż powyższe masło shea, ładnie pachnie, ale nie nawilża tak bardzo jak tamto. Mimo wszystko go lubię i ostatnie dwa tygodnie stosuję tylko to masełko.
Nakładając masło shea, czy masło z avocado na twarz staram się przy okazji wykonywać masaż twarzy. Kosmetyk ten staram się wmasowywać przez co najmniej 2-3 minuty. Jest to naprawdę przyjemny zabieg :)


Czasami na noc używam samego olejku jojoba. Zdarza mi się to jednak rzadko, ponieważ olejek ten nie przynosi mi takiego nawilżenia i odżywienia jak masełko shea, czy nawet masełko z avocado. Czasami jednak łączę ze sobą te dwa produkty. Najpierw nanoszę na twarz cienką warstwę olejku jojoba, a na nią masełko shea. Nie wiem jednak czy takie zestawienie działa, bo nie wiem czy przez warstwę oleju przejdą jakiekolwiek substancje zawarte w maśle shea, ale tak dla własnego widzi mi się takie zestawienie stosuję. Olej jojoba, który posiadam jest z firmy Macrovita i więcej możecie przeczytać o nim TUTAJ.
Gdy widzę, że na mojej twarzy zaczyna pojawiać się coś niefajnego, czyli wyprysk używam punktowo bazę z tlenkiem cynku Ziaja. Można użyć innych kremów z tlenkiem cynku, czyli np. Sudocrem, czy Flodomax albo jakichś aptecznych. Trzeba jednak pamiętać, że takie kremy wysuszają naszą skórę tak więc nie można ich stosować codziennie.


To by było na tyle jeśli chodzi o wieczorną pielęgnację twarzy. Dajcie znać jak wygląda wasza i jakie produkty byście mi poleciły właśnie do stosowania wieczorem. Czekam na wasze komentarze :)
Pa pa :*

czwartek, 20 lutego 2014

Grecki hit, czyli o terapeutycznej maseczce do włosów Mythos słów kilka


Cześć :)
Dzisiaj przychodzę do was z recenzją terapeutycznej maseczki do włosów Mythos. Osoby, które regularnie czytają mojego bloga wiedzą, że maseczka ta znalazła się w ulubieńcach października KLIK. Nie wiem dlaczego szybciej nie napisałam o niej dłuższej recenzji, ale dzisiaj to nadrobię.
Pewnie spora ilość osób już wiele czytała, czy słyszała o tej maseczce. Polecam jednak wypróbować jej działanie na własnych włosach.




Przyznam się szczerze, że początkowo sceptycznie podchodziłam do czytanych recenzji na temat tego kosmetyku, jednak po pewnym czasie wraz  z moimi przyjaciółkami postanowiłyśmy zamówić sobie po takiej maseczce. Ja od razu wzięłam sobie dwie w ciemno. Jakież było moje zdziwienie, gdy po pierwszym użyciu moje włosy były tak przyjemnie miłe w dotyku, gładkie i nawilżone. Pierwsze wrażenie było bardzo pozytywne. Nigdy jeszcze po żadnej maseczce moje włosy nie były takie piękne!

Zacznijmy jednak od tego co mówi nam o niej producent:
Delikatna odżywka odbudowuje i regeneruje zniszczone włosy. Bogaty skład odżywia i odnawia ich strukturę. Idealna dla włosów farbowanych, utrzymuje barwnik i pigment nakładanych farb.
Produkt wolny od parabenów, silikonów, GMO, EDTA, BHT, barwników syntetycznych.
Substancje aktywne: oliwka, soja, proteiny pszenicy.





Jak widać powyżej producent, a raczej dystrybutor firma Flax za dużo nam o niej na stronie internetowej nie mówi, ale to nic, bo na opakowaniu znajduje się troszeczkę (ale tyci, tyci) więcej informacji.
Nasza maseczka znajduje się w plastykowej, miękkiej tubce o bardzo ładnym wyglądzie. Niestety nie jesteśmy w stanie sprawdzić przez to opakowanie ile kosmetyku zużyłyśmy, czy ile nam go zostało. Produkt bardzo dobrze nakłada się na włosy. Nic z nich nie spływa, a rozprowadzenie kosmetyku na włosach to istna bajka. Konsystencja jest średnio gęsta, bardziej podchodzi mi pod konsystencję żelową, średno wydajna. Jedno opakowanie starczyło mi na 10, a może i więcej użyć (rozprowadzałam kosmetyk na całą długość moich włosów, nie szczędząc im kosmetyku). Według informacji na opakowaniu mamy maseczkę nałożyć na włosy, zawinąć w ręcznik i tak odczekać 5-8 min. Ja natomiast nakładam maskę na włosy, chwytam je dużą spinką i tak trzymam ją na włosach przez 30min.




Po zmyciu produktu z włosów za każdym razem jestem oczarowana działaniem tego kosmetyku. Moje włosy są miękkie, błyszczące, gładsze, mniej się plączą i wyglądają na zdrowsze. Zauważyłam też, że są odżywione i bardzo dobrze nawilżone. Nie wspominając już o delikatnie słodkawym zapachu, który uwielbiam ja i mój chłopak. Nie raz siedział koło mnie i wąchał moje włosy :P Niestety zapach utrzymuje się tylko przez kilka godzin, ale to i tak długo w porównaniu z innymi odżywkami, czy maskami. Kosmetyk ten nie obciąża włosów, ani nie powoduje ich szybszego przetłuszczania, czy łupieżu.
Skład produktu nie jest zły, rzekłabym nawet, że jest dosyć dobry i zdecydowanie służy moim włosom. Z tych ciekawszych składników można wymienić: oliwę z oliwek, pantenol, olej sojowy,  glikolipidy, biosacharydy, hydrolizowane proteiny pszenicy oraz miód.
Cena tej maseczki to 25,01zł, a zakupić można ją TUTAJ. Kosmetyki Mythos są również dostępne w wybranych aptekach, a listę tych punktów sprzedaży znajdziecie TU.




Podsumowując: ta maseczka to mój ulubieniec od kilku miesięcy. Jeszcze nie znalazłam lepszej maseczki od tej. Moje włosy ją kochają, co widać po ilości zużytych opakowań (właśnie rozpoczęłam używanie 3 tubki, którą wybrałam sobie do testów od firmy Flax :P)
Działanie maseczki na moich włosach jest fenomenalne i obawiam się, że przez to szybko się z tym kosmetykiem nie rozstanę :) Cena niestety jest trochę wysoka jak za 150ml, ale za taki efekt na moich włosach mogłabym dać nawet więcej :D

Moja ogólna ocena: 5/5


wtorek, 18 lutego 2014

Moja poranna pielęgnacja twarzy


Witam was moje drogie :)
Dzisiaj przychodzę do was z postem na temat mojej porannej pielęgnacji twarzy. Przyznam się szczerze, że o swoją twarz dbam bardziej niż o włosy. Niestety mam skórę twarzy bardzo suchą, której chcąc nie chcąc muszę poświęcić sporo uwagi, dlatego też muszę pielęgnować ją rano i wieczorem.


Odpuszczenie sobie na 2-3 dni stosowania np. kremu, czy toniku wiąże się u mnie z konsekwencjami w postaci suchej, wręcz szczypiącej skóry, która błaga o nawilżenie. Niestety borykam się też z problemem w postaci wyprysków z płynem surowiczym, które po wyciśnięciu są widoczne na twarzy w postaci czerwonej wystającej ponad powierzchnię skóry plamy jeszcze przez co najmniej tydzień. Sama nie wiem, czym są one spowodowane. Czytając w internecie kilka wątków i postów doszłam do wniosku, że przyczyn może być kilka. Przede wszystkim woda (niestety u mnie ta opcja odpada, bo już kilka miesięcy myję buzię tą samą wodą z kranu, a wypryski raz są, a raz ich nie ma), kosmetyki (ostatnio ciągle stosuję te same więc to nie to) i dieta bogata w białko (no i tutaj raczej bym stawiała na tą przyczynę, bo od kilku lat mam skazę białkową i po spożyciu zbyt dużej ilości mleka i innych przetworów mlecznych boli mnie brzuch, a kiedyś miałam suche placki na twarzy).
Tak więc ograniczyłam niedawno spożycie białka do minimum i czekam na rezultaty. Na razie na mojej twarzy nie wyskoczyło nic nieprzyjemnego i mam nadzieję, że nic szybko się nie pojawi.

Przechodząc jednak do pielęgnacji twarzy chciałabym wam przedstawić kosmetyki, które używam tylko w godzinach porannych. Nie jest ich sporo, ale w zupełności mi wystarczają. Większą wagę przywiązuję do wieczornej pielęgnacji twarzy, ale o tym w innym poście.

Zazwyczaj do porannego przemycia twarzy używam samej wody jednak, gdy wieczorem nałożę masło shea na twarz, a rano mam jeszcze jakieś jego resztki to używam do ich zmycia żelu myjącego do twarzy Mythos. Zrobiłam o nim osobną recenzję także jeśli ktoś jest nim zainteresowany to zapraszam TUTAJ. Jak już do używam to zazwyczaj w połączeniu z gąbeczką do twarzy. Powiem wam, że to jest naprawdę fajny gadżet :) Taka gąbeczka sprawdza się też do zmycia makijażu, ale niestety nie współpracuje dobrze z wszystkimi kosmetykami do demakijażu (micele odpadają).


Po przemyciu twarzy nie wycieram buzi, tylko ruchem dotykowym osuszam twarz malutkim ręczniczkiem przeznaczonym tylko do wycierania twarzy. Nigdy jakoś mnie nie ciągnęło do szmatek muślinowych także nigdy żadnej nie zakupiłam.


Przed nałożeniem kremu przecieram twarz hydrolatem. Teraz mam okazję testować hydrolat oczarowy i co najmniej od dwóch tygodni używam tylko jego. W porównaniu z poprzednimi hydrolatami ten jest dosyć ciężki jednak pomaga mi uporać się z wypryskami, ponieważ jest to kosmetyk, który ma właściwości przeciwzapalne, antyoksydacyjne, antybakteryjnie, przeciwgrzybiczne oraz przeciwkrwotoczne.


Następnie nakładam krem: obecnie posiadam i używam dwa kremy. Jeden z Dermedic HydraIn2 krem nawilżający o przedłużonym działaniu i bio krem nawilżający 24h dla skóry suchej i normalnej Mythos. Oba kremy bardzo lubię i oba nadają się do stosowania pod podkład. Od jakichś dwóch tygodni regularnie używam jednak kremu Mythos, ale tak to już jest z nowościami, że używa się te nowe, a starsze kosmetyki odkłada się w kąt :D Czasami jednak coś mnie natchnie i użyję Dermedic- tak dla odmiany. Oba kremy nie są jednak najtańsze. Dermedic w cenie regularnej kosztuje 44zł (można go jednak czasami zakupić nawet za... 10zł w Super Pharm'ie, a przeczytać możecie o nim TUTAJ), a Mythos 54,50zł (aktualnie jest w promocji i kosztuje 42zł- można go zakupić TUTAJ).


Tak właśnie wygląda moja poranna pielęgnacja twarzy. Dajcie znać jak wygląda wasza :) Może od którejś z was coś zgapię i wprowadzę do swojej aktualnej pielęgnacji :P
P.S. Macie jakieś produkty, które z czystym sercem możecie mi polecić właśnie do takiej porannej pielęgnacji?

Przy okazji dla moich kochanych czytelniczek mam rabat -30% na zakupy w sklepie Skarby Syberii :)

http://skarbysyberii.pl/pl/

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...