wtorek, 5 kwietnia 2016

Wiosenny haul zakupowy + prezenty


Hej, hej, hej :)
Witam was z ten słoneczny, wiosenny dzień :) Czy wy też macie teraz takiego powera jak ja? Dawno nie miałam takiego zapału i motywacji do pracy :D To chyba wszystko dzięki tej pięknej pogodzie :)
Dzisiaj jednak nie o pogodzie, ani o moim zapale do pracy, ale o produktach, które zakupiłam w ostatnim czasie. Oprócz zakupów kosmetycznych pokażę wam też zakupy niekosmetyczne, a także prezenty, które dostałam od znajomych i firm L'Oreal oraz Herba Studio.


Na początek zacznę od pokazania wam zamówienia, które złożyłam na stronie lawendowaszafa24.pl. W moim koszyku oprócz kilku kosmetyków zamówionych dla znajomych, znalazły się także cztery rzeczy, które możecie zobaczyć u góry. Zaczynając od lewej strony widzimy 100% naturalny antyperspirant w kulce firmy Eco Lab, który to ma w swoim składzie płynny ałun glinowo-potasowy i wyciąg z cytryny. Po dłuższym czasie użytkowania mogę stwierdzić, że niestety u mnie nie za bardzo działa i ochrona przed potem oraz nieprzyjemnym zapachem jest niewielka. Nie polecam. W cenie regularnej kosmetyk ten kosztuje 19zł.
Następnie mamy organiczne serum do twarzy do 35 lat Babuszki Agafii, które ma całkiem dobry skład i które całkiem dobrze działa, nawet gdy stosujemy go samodzielnie, nie nakładając już na nie żadnego kremu. Do serum mu jednak daleko, ponieważ jego konsystencja ewidentnie przypomina zwykły krem. Cena tego kosmetyku to 14,90zł.
Kolejny produkt to arganowa maska do włosów farbowanych Planeta Organica z serii Afryka. W swoim składzie zawiera m.in. olej arganowy, olej z pestek moreli, ekstrakt z liści drzewa oliwnego. Jeszcze jej nie używałam, więc nic wam o niej nie powiem. Jej cena to 15zł. Tyle samo kosztuje nawilżający balsam do włosów normalnych firmy Planeta Organica z serii Afryka, posiadający w sowim składzie m.in. organiczne masło mango, olej kokosowy oraz tamaryndowiec, którego również jeszcze nie używałam.


W Tesco pod koniec lutego były jeszcze świąteczne świeczki, które kosztowały jedynie 2zł za sztukę. Żal było nie wziąć. Do świąt już tylko 8 miesięcy, więc grzecznie przeczekają w szafce :P


Vent Stick'sy firmy Yankee Candle to ulubione odświeżacze powietrza do samochodu w całej mojej rodzinie. Tym razem zdecydowałam się na zakup patyczków o zapachu Island Getaway. Zapach jest przepiękny: słodki, rześki i lekko kwiatowy. No cudo! Tak samo piękny okazał się zapach wosku Sun-Kissed Leaves, który w ten wczesny okres wiosny pięknie się wkomponowuje. Jeśli byliście kiedyś wśród drzew, które zaczynają zakwitać to wiecie jaki piękny zapach wydzielają. Dokładnie tak samo pachnie ten wosk.


Na Allegro zamówiłam sobie złuszczające skarpetki firmy Marion, które bez wysyłki kosztowały 8,98zł. Dodatkowo kupiłam sobie peeling enzymatyczny z żurawiną firmy Apis, który kosztował 16zł. Niestety moja gąbeczka do makijażu Real Techniques uległa zniszczeniu, więc kupiłam sobie nową za aż 5zł. Niestety jest tak twarda, że nie nadaje się do użytku. Pilniczek w kształcie banana kosztował tylko złotówkę. Szminka firmy Astor, w pięknym pomarańczo-koralowym odcieniu kosztowała chyba 11,99zł. Gdyby ktoś był nią bardziej zainteresowany to jest to szminka o numerze 403 i nazwie Attractive Coral.


W Rossmann'ie kupiłam sobie swoją ulubioną farbę do włosów Olia firmy Garnier. Mój odcień to 5.60 głęboki karmin. Już dawno ją zużyłam i niestety na razie jej nie kupię ponownie, bo postanowiłam zmienić kolor na jasny brąz. Przyszła wiosna i trzeba było jakieś zmiany w swoim wyglądzie poczynić :D
Keratynową terapię do włosów dostałam w prezencie, ale jeszcze leży w szafie i czeka na swoje użycie. Masełko do ciała firmy Avon z serii Planet Spa zakupiłam sobie za 15,99zł. Jest to masło rozświetlające o boskim zapachu, które ponoć w swoim składzie posiada algi morskie i pokruszone perły. Oczywiście na próżno jest szukać tych składników wysoko w składzie, jednak mimo to jest to produkt naprawdę dobry.


Oczywiście nie obyło się bez moich najukochańszych antyperspirantów Rexona, które jako jedyne działają u mnie cuda. Naprawdę dobrze chronią mnie przed potem i nieprzyjemnym zapachem.
W prezencie dostałam marchewkowy balsam do ciała z masłem shea i B-karotenem, który należy do kosmetyków naturalnych. Pięknie pachnie i nawilża skórę. Cudownie się wchłania i rozsmarowuje. Rewelacja- nic dodać, nic ująć.


Wiem, że nieładnie tak pokazywać podróbki oryginalnych perfum, ale te są naprawdę wiernymi kopiami oryginałów. Jeśli chodzi o trwałość to naprawdę nie zawodzą. Szczególnie perfumy La vie est belle, które uwielbiam i które mam zamiar zakupić w oryginale. Woda Alien również jest świetna. 12zł za 33ml to niewiele patrząc na trwałość i jakość zapachu. P.S. Na opakowaniu opisany jest skład, więc proszę was nie piszcie mi jakie świństwa mogą się w nim znaleźć, bo wtedy cały urok tych tanich podróbek znika. Mam nadzieję, że w składzie naprawdę nie ma żadnego syfu.


W Biedronce kupiłam sobie odświeżacz powietrza z dyfuzorem Aril o zapachu lotosu za 7,99zł, a także odzywkę do włosów Garnier z olejkiem z awokado i masłem karite za 6zł. Na święta kupiłam sobie również mydełko firmy Linda w kształcie pisanki za 1,99zł, ale niestety jakoś nie przypadło mi do gustu, a wzorki szybko się starły. Święta się skończyły, więc pisanka miała prawo się zgubić :P


Uzupełniacz w płynie Isana o wiosennym zapachu z wyciągiem z rabarbaru kupiłam jak zwykle w promocji za 2,99zł :D Muszę wam powiedzieć, że to mydełko pachnie obłędnie! Jedna z najlepszych wersji zapachowych jakie miałam! Wody toaletowe Mel Merio o pojemności 30ml kupiłam za 12zł, ale jeszcze ich nie wąchałam. Kupiłam je w ciemno przyciągnięta opakowaniami i skuszona dobrą ceną. Mam nadzieję, że się na tych zapachach nie przejadę. Natomiast chusteczki do higieny intymnej Facelle znam i lubię. Jest to moje kolejne opakowanie, które kosztowały 2,39zł.


Za jedyne 65zł udało mi się zakupić nowiuśką torebkę firmy Wittchen! Prawda, że piękna? Jako, że ma zielono-żółty dodatek kolorystyczny będzie idealna na wiosenno-letnie wypady :)


Odezwała się do mnie pani Ania z firmy Herba Studio z zapytaniem, czy nie chciałabym przetestować ich nowości, czyli balsamiku do ust dla dzieci Tisane. Oczywiście znając ich topowy kosmetyk Tisane, który uwielbiam i który jest moim balsamowym ulubieńcem, bez wahania się zgodziłam. W paczuszce znalazłam także balsam do paznokci i oczywiście mojego ulubieńca. Jako, że wiosna nie rozpieszcza moich ust to od razu wzięłam się za testowanie balsamiku. Efekty opiszę za niedługo :)


Marka L'Oreal przysłała mi dwa tusze do rzęs, w tym ten, który zamierzałam sobie kupić, czyli Volume Million Lashes Noir Feline. Musze przyznać, że jak zwykle mnie zaskoczyli. Poczynając od pięknego opakowania zamykanego na magnes skończywszy na imiennym liściku, w którym napisali, że ich płyny micelarne znalazły się w moich ulubieńcach. Miło widzieć, że firma czyta posty o swoich produktach m.in. na moim blogu. Bardzo dziękuję za ten podarek i za wiadomość, że jestem dla was warta złota :D

To już na tyle jeśli chodzi o moje zakupy. Kolejne się szykują, bo od 20.04. Rossmann znów rusza z promocją -49% na kolorówkę. Dajcie znać jaki podkład nawilżający warto kupić podczas tej promocji oprócz słynnego Bourjois Healthy Mix :)

poniedziałek, 14 marca 2016

Ulubieńcy stycznia i lutego


Hej :)
Przychodzę do was dzisiaj z ulubieńcami miesiąca, a właściwie ulubieńcami dwóch miesięcy: stycznia i lutego. Przedstawię wam klika kosmetyków, które obecnie są na wykończeniu i za niedługo znajdą się w denku albo się już w nim znalazły. Kosmetyki te używałam codziennie przez dwa miesiące, więc myślę, że moja opinia na ich temat będzie w 100% rzetelna, bo 60 dni codziennego stosowania to odpowiedni czas na testy. Po takim czasie jesteśmy w stanie dobrze poznać działanie produktu i możemy go odpowiednio ocenić.
Jeśli chcecie wiedzieć jakie kosmetyki z wielką radością stosowałam od początku tego roku to zapraszam do przeczytania kliku słów na temat każdego z produktów.


Pierwszym kosmetykiem, który chcę wam przedstawić jest balsam do ust Tisane, który uwielbiam! Nie znalazłam jeszcze lepszego balsamu do pielęgnacji ust. Ten produkt jako jedyny jest w stanie przywrócić moje usta do ładu w bardzo szybkim czasie. Myślę, że taki stan rzeczy jest spowodowany bardzo dobrym składem, w którym znajdziemy wosk pszczeli, miód, olejek rycynowy, oliwę z oliwek, ekstrakt z melisy, jeżówki purpurowej i ostropestu plamistego oraz witaminę E. Jak sami widzicie skład jest rewelacyjny. Zapach produktu jest bardzo przyjemny, a zarazem naturalny. Jeśli chodzi o działanie to przede wszystkim balsam ten wyraźnie odżywia usta, nawilża je i wygładza, a także wspomaga regenerację zniszczonych ust. Jeśli ktoś ma problemy ze spierzchniętymi ustami albo chciałby zapobiegawczo ochronić usta przed działaniem wiatru, mrozem, czy mocnym słońcem to produkt ten będzie dla takich osób idealny. Dla mnie jest to produkt niezastąpiony! Jeśli nie straszne wam słoiczki, a raczej higiena z nimi związana to polecam wam zakupić sobie wersję właśnie w słoiczku. Jak dla mnie jest nieco lepsza jeśli chodzi o konsystencję, bo jest bardziej masełkowata, a ta w sztyfcie jest bardziej zbita, przez co trzeba jej na usta trochę więcej nałożyć. Mimo to kocham obie te wersje i stale kupuje ten balsam do ust. Jego cena jest przyjemna, bo kosztuje około 8-10zł, więc tym bardziej jestem z niego zadowolona.



Kolejnym ulubieńcem jest nawilżający krem łagodzący z serii Botanic Green. Jest to produkt firmy Tołpa, a jak wiecie (albo i nie wiecie) ja kosmetyki tej firmy bardzo lubię. Jeśli chodzi o ten produkt to polubiłam go ze względu na szybkie wchłanianie i dosyć dobre nawilżenie. Produkt ten będzie idealny w okresie późnej wiosny i wczesnej jesieni, gdy jeszcze nie będzie bardzo ciepło, bo jest to lekki krem, nie zawierający w sobie SPF'a, który chroniłby nas przed mocnym słońcem. Zaletą tego kosmetyku jest to, że każdy podkład na tym kremie wyglądał rewelacyjne, a krem nie rolował się przy jego nakładaniu. Skład produktu nie jest zły. Składnikami aktywnymi są torf, ekstrakt z nasion bawełny, z korzenia irysa oraz pochodna mocznika. Dzięki tym składnikom skóra po użyciu jest miękka i gładka (naprawdę da się to odczuć). Sam krem jest jest hypoalergiczny, nie zawiera alergenów ani sztucznych barwników, dzięki czemu nie podrażni skóry, nawet u osób z wrażliwą cerą. Zapach jak dla mnie był bardzo przyjemny to samo mogę napisać o cenie. Za ten krem zapłaciłam jakoś 19zł za 50ml, więc naprawdę niedużo jak na tą firmę. Wydajność tego produktu jest zachwycająca. Starczył mi na pół roku codziennego! stosowania. Naprawdę niewiele go trzeba, aby nałożyć go na całą twarz. Naprawdę polecam ten produkt.


Na rozświetlający korektor Deluxe Brightener firmy Wibo skusiłam się podczas rossmannowskiej promocji -49%. Po obniżce kosztował niewiele, bo coś około 8zł. Wyjątkowo zacznę od jego jedynego minusa jakim jest wydajność. Korektor ten starczył mi tylko na kilkanaście użyć. Stosowałam go do rozjaśnienia okolicy pod oczami oraz na środek twarzy (nos, czoło). Korektor ten miałam okazję używać góra miesiąc, a nie stosowałam go codziennie. Niemniej jednak nie ubolewam na tą wydajnością jakoś bardzo, bo był to produkt tani. Pod minus można także podciągnąć brak gamy kolorów, z której można by było wybrać odcień idealny dla siebie, a niestety korektor ten jest tylko w jednym odcieniu. Mimo to odcień tego produktu był dla mojej jasnej cery idealny. Samo działanie korektora jest naprawdę bardzo dobre. Główne działanie, czyli rozjaśnienie jest świetne. Skóra w miejscu nałożenia korektora jest naprawdę widocznie rozświetlona, dzięki czemu cienie pod oczami są praktycznie niewidoczne. Dodatkowo krycie również jest świetne. Podoba mi się także opakowanie tego produktu. Korektor jest zamknięty w srebrnym opakowaniu, które moim zdaniem wygląda luksusowo. Na końcu opakowania posiada pędzelek, którym nakładamy korektor (wykręcamy u dołu opakowanie i w ten sposób produkt wydostaje się na czubek pędzelka). Korektor ten nie wchodzi w zmarszczki, ale pamiętajmy, aby nałożyć go niewiele i żeby go utrwalić pudrem, bo inaczej będzie w te zmarszczki wchodził. Skład również jest niczego sobie. Znajdziemy w nim aktywny dipeptide tzw. botoks like, który ponoć wygładza zmarszczki i zapobiega tworzeniu się nowych, a także pantenol, witaminy PP, A,C,E, kofeinę oraz ekstrakt z Scuttellarii. Korektor ten zawiera w sobie składniki rozpraszające światło, które mają dać efekt soft-focus.Ogólnie rzecz biorąc jestem naprawdę zadowolona z tego produktu i ponownie zamierzam go kupić.


Hitem wśród pielęgnacji twarzy, a dokładniej wśród toników i hydrolatów okazał się hydrolat różany. Hydrolat ten powstał w procesie produkcji olejku z róży damasceńskiej. Jest to 100% woda różana, która nie zawiera w sobie żadnych dodatkowych, niepotrzebnych składników. Ciężko mi było taką znaleźć, ale udało się. Swoją wodę kupiłam w sklepie Manufaktura Kosmetyczna i zapłaciłam za nią 29zł za 200ml. Hydrolat ten posiada certyfikat ECOCERT, a róże, z których jest produkowany pochodzą z certyfikowanej, organicznej uprawy w Bułgarii. Jeśli chodzi o działanie to kosmetyk ten doskonale łagodzi suchą skórę, nawilża ją i delikatnie odżywia. Oprócz tego odświeża i łagodnie ściąga skórę. Nadaje się od razu do stosowania (nie trzeba tego produktu rozcieńczać) i można go stosować na całą twarz, łącznie z okolicą powiek. Czasami nasączałam waciki tym hydrolatem i kładłam je na 15 min na oczy i twarz. Po ich ściągnięciu skóra była lekko napięta, gładka i nawilżona. Jest to produkt naturalny i łagodny przez co nadaje się dla każdego typu skóry, ale przede wszystkim polecam go osobom wrażliwym, a także osobom ze skórą suchą, trądzikową i naczynkową.


Ostatni ulubieniec to odżywka do włosów Garnier Ultra Doux z Cudownymi Olejkami. Kupiłam ją totalnie w ciemno, nie wiedząc nawet, że firma Garnier wypuściła na rynek taki produkt (nigdy wcześniej nie widziałam tego kosmetyku). No i po pierwszym użyciu pozytywnie się zaskoczyłam. Moje włosy były pięknie wygładzone, nawilżone, miękkie i błyszczące. Naprawdę dobrze wyglądały po wysuszeniu, były sypkie i przyjemne w dotyku. Nie były również tak splatane jak po użyciu innych odżywek, przez co dużo łatwiej rozczesywało mi się moje niepokorne włosy. Oprócz działania pokochałam także zapach tego produktu, który niestety ciężko mi do czegokolwiek porównać. Niemniej jednak jest to zapach słodki, który całkiem długo utrzymuje się na włosach. Konsystencja tej odżywki jest średnio gęsta (typowa dla odżywek Garniera). Nie spływa z włosów i daje się łatwo rozprowadzić na całej długości włosów. Im dłużej trzymamy ten produkt na włosach, tym lepsze są efekty. Naprawdę polecam wam tą odżywkę, bo jest równie dobra jak ta z masłem karite i awokado.


To by było na tyle jeśli chodzi o ulubieńców dwóch ostatnich miesięcy. Nie lubię używać kosmetyków, które już miałam okazję testować, ale najprawdopodobniej do wielu z tych kosmetyków wrócę, ponieważ ich działanie i cena zachęcają do ponownego ich kupna. Wszystkie te produkty polecam wam z całego serca. Mam nadzieję, że u was również się sprawdzą, jeśli skusicie się na ich zakup. Dajcie znać co królowało w waszych ulubieńcach. Muszę uzupełnić zapasy, więc każde wasze polecenie wezmę pod ogromną uwagę :)

wtorek, 1 marca 2016

Zużycia stycznia i lutego, czyli mały projekt denko


Hej ;)
Na początku chcę was przeprosić za długą nieobecność, ale w moim życiu dzieje się tak wiele, że nawet nie mam czasu spotykać się ze znajomymi. Remont w rodzinnym domu, pierwsza i druga praca z większą ilością godzin pracy niż kiedyś, pochłonęły i nadal pochłaniają wiele mojego czasu, a że u mnie z zagospodarowaniem czasu ciężko to potem nie potrafię się z niczym wyrobić, przez co zaniedbuje kompletnie bloga. Myślę, że wrócę do regularnego blogowania, ale niestety nie będzie to możliwe w okresie kilku następnych miesięcy, nad czym ubolewam okropnie.


Jednak nie o moim braku czasu dzisiaj mowa, a o zużyciach kosmetycznych poczynionych w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Serdecznie zapraszam do dalszej lektury :)


Przechodząc do rzeczy pragnę wam najpierw przedstawić denka z kategorii włosy:

Na początku przedstawię wam niemiecki duet naturalnych kosmetyków, czyli regenerującą odżywkę i szampon do włosów firmy Alverde. Oba te kosmetyki zawierają w sobie wyciąg z winogron i avocado, a reszta składników pochodzi w dużej mierze z ekologicznych upraw. Nie zawierają silikonów, ani SLS'ów i dla mnie jest to ogromy plus. Niestety muszę przyznać, że mimo świetnych recenzji w internecie nie pokochałam się z odżywką do włosów. Po jej użyciu moje włosy były dziwne w dotyku i ogólnie źle wyglądały. Były splątane i naprawdę ciężko było je rozczesać. Za to szamponem jestem zachwycona. Fajnie oczyszczał moje włosy, a przy tym zbytnio ich nie przesuszał.

Regenerujący szampon z serii MaxRepair firmy Evree szczególnie mnie nie zachwycił. Robił to co miał robić, czyli oczyszczał włosy, ale miałam wrażenie, że aż za bardzo je oczyszcza, przez co stały się jeszcze bardziej suche niż były. Regeneracji kompletnie nie zauważyłam i chyba nie zauważę nigdy, bo niby jak szampon ma zregenerować moje suche włosiska? Ponownie go raczej nie kupię.

Odżywka Pro Series Frizz Control firmy Wella to kompletna klapa. Z moimi włosami nie robiła totalnie nic oprócz oblepiania ich silikonami przez co były tylko gładsze w dotyku. Z trudem ją wykończyłam używając jej okazyjnie, gdy wiedziałam, że moje włosy i tak będą uplecione w warkocz i nie będzie widać ich złej kondycji. Zapach także nie przypadł mi do gustu, dlatego nigdy więcej po nią nie sięgnę.

Nawilżającą odżywkę w spray'u Moisture Kick firmy Schwarzkopf pokochałam za cudowny słodki zapach i rzeczywiste nawilżenie. Po jej użyciu moje włosy były jeszcze bardziej miękkie niż po użyciu samej odżywki do spłukiwania, a dodatkowo lepiej się rozczesywały, a u mnie problem z plątaniem się włosów jest ogromny. Nie wiem jednak czy za niedługo do niej wrócę, bo mam na oku kilka spray'ów, które chciałabym przetestować.

Suche szampony Batiste uwielbiam! Zużyłam ostatnio małą wersję torebkową o zapachu wiśni i tak samo jak inne zapachy ją pokochałam. Serdecznie polecam wam szampony z tej firmy, bo według mnie są najlepsze na rynku.


Z kategorii makijaż zużyłam:

Podkład L'Oreal Super-Blendable w odcieniu 1.N to podkład, który otrzymałam do przetestowania, a który ze względu na swojego poprzednika wywoływał u mnie wiele obaw. Naprawdę sceptycznie do niego podeszłam, bo ze starą wersją naprawdę się nie pokochałam. Kiedyś mi służyła, ale zmieniła się fraktura mojej skóry i niestety stara wersja kompletnie mi nie pasowała. Jednak ten podkład naprawdę polubiłam. Na twarzy był lekko rozświetlający, pięknie wtapiał się w skórę i naprawdę długo się na niej utrzymywał. Nie tworzył żadnych smug, nie oksydował po czasie, a dodatkowo miał świetną konsystencję. Nie jest to typowo matujący podkład, więc osoby, które szukają konkretnego matu niech nawet po niego nie sięgają, bo najprawdopodobniej z efektu matu nie będą zadowolone.

Kolejny podkładowy ulubieniec to rozświetlający podkład Bell z serii HypoAllergenic w odcieniu 01. Nie dość, że jest to tani kosmetyk to jeszcze świetnie wygląda na twarzy. Po nałożeniu podkładu na twarz skóra staje się rozświetlona, ale nie tłusta. Podkład całkiem długo utrzymuje się na swoim miejscu, nie tworzy plam ani smug. Dodatkowo jest to produkt hipoalergiczny, więc dla alergików i osób z wrażliwą cerą będzie jak znalazł. Na pewno do niego wrócę, bo w rossmannowskiej promocji kosztował mnie aż 16zł, a na mojej twarzy naprawdę cudownie się prezentuje :D

Lakier do paznokci Yves Rocher w odcieniu 106 Taupe naprawdę długo mi służył. Trafił do denka nie dlatego, ze zgęstniał, ale dlatego, że kompletnie go wykończyłam. W tym popielato-brązowym kolorze naprawdę się zakochałam i praktycznie codziennie nosiłam go w okresie jesieni, a w innych porach roku używałam go okazyjnie. Pędzelek w tym lakierze to istne marzenie. Naprawdę świetnie malowało mi się nim paznokcie i wystarczyła tylko jedna warstwa lakieru żeby nie było prześwitów. Lakier dosyć szybko wysychał i trzymał się na paznokciach nawet 5-6 dni bez żadnych odprysków i to bez żadnego top coat'u. Naprawdę polecam, mimo jego dosyć wysokiej ceny. Warto w niego zainwestować.

Lakier do paznokci Eveline miniMax w odcieniu nr 836 również całkowicie zdenkowałam co się u mnie rzadko zdarza, bo prędzej mi jakiś lakier zgęstnieje, niż go zużyję. Myślę, że jego mała pojemność pozwoliła mi go szybciej zużyć. Dodatkowo ten odcień ciemnego burgundu naprawdę przypadł mi do gustu i w okresie letnio-jesienno-zimowym bardzo często nosiłam go na paznokciach. Krycie i pędzelek w tym lakierze również polubiłam. Schnięcie lakieru także było niczego sobie, to samo z trwałością, ale niestety lakier bez odprysków wytrzymywał na moich pazurkach maksymalnie 4 dni.


Z kategorii pielęgnacja twarzy zużyłam:

Hydrolat różany z róży damasceńskiej 100%: rewelacyjny hydrolat, który stosowałam jako tonik do przywrócenia odpowiedniego pH skóry tuż po umyciu i osuszeniu twarzy. Ślicznie pachniał, lekko nawilżał skórę, a przede wszystkim ją koił. Najbardziej pokochałam go jednak za skład, a dokładnie za to, że był to czysty hydrolat różany bez żadnych dodatkowych składników. Ciężko było mi taki hydrolat znaleźć, ale udało się i takie właśnie cudo zakupiłam w Manufakturze Kosmetycznej.

Krem tłusty z filtrami UV ochronno-regenerujący firmy Ziaja: bardzo lubiłam go stosować w zimie, bo wtedy najbardziej chronił moją skórę. Niestety był to dosyć tłusty krem, który powodował, że bardzo szybko zaczęłam się świecić mimo, iż stosowałam podkład matujący, a na to jeszcze puder. Niemniej jednak moja skóra pokochała ten kosmetyk. Była dobrze nawilżona, odżywiona i co najważniejsze nie była zapchana. Polecam jak najbardziej do stosowania w zimie. Krem kosztuje około 13zł, więc jest warty zakupu.

Łagodny peeling enzymatyczny firmy Dermika: rzeczywiście był to produkt, który bardzo łagodnie usuwał z naszej skóry martwy naskórek. Jeśli ktoś ma spore problemy z suchymi skórkami to może nie być zadowolony z tego kosmetyku. Przy jego regularnym stosowaniu (raz w tygodniu) moja skóra wyglądała dobrze i nie było na niej ani jednej suchej skórki. Peeling ten nie powodował zaczerwienienia skóry, w żaden sposób jej nie podrażniał, nawet przy trzymaniu go na twarzy przez prawie godzinę :P Wrażliwcom jak najbardziej polecam ten produkt.

Prreti płatki zmiękczające pod oczy truskawka: ciężko mi coś napisać o tym produkcie, bo niby ten kosmetyk działa, ale zmiękczenie skóry wokół oczu było u mnie chwilowe. Niby skład i działanie nie jest takie złe, ale myślę, że produkt ten to taki dodatek relaksacyjny do zastosowania pod koniec dnia, co by sobie zrobić małe domowe SPA.

Maseczka do twarzy dla cery suchej firmy Nivea: moja ulubiona maseczka, która posiada w sobie ekstrakt z miodu, hydra IQ i olejek migdałowy. Maseczka bardzo ładnie nawilża i odżywia skórę, a po jej zmyciu skóra jest cudownie miękka i gładka. To już moje kolejne zużyte opakowanie i pewnie nie ostatnie. Naprawdę wam ją polecam ;)


Z kategorii pielęgnacja ciała zużyłam:

Ochronny balsam do ust Tisane: jak na razie jest to mój ulubiony balsam do ust! Świetnie chroni usta przed szkodliwymi czynnikami takimi jak np. zimno. Dodatkowo usta pięknie nawilża i odżywia. Jeśli macie spierzchnięte usta to produkt ten przywróci wam je do ładu. Przy okazji cudownie pachnie miodem! Polecam wam przede wszystkim wersję w słoiczku, która moim zdaniem jest odrobinę lepsza niż ta w sztyfcie.

Krem do rąk z 5% mocznikiem SebaMed: świetnie nawilżający i zmiękczający krem do rąk, który szybko się wchłania i nie pozostawia na dłoniach nieprzyjemnego filmu. Skład i zapach ma również przyjemny. Niestety cena trochę odstrasza, bo za ten kosmetyk zapłacimy aż 30zł, a doskonale wszystkie wiemy, że w niższej cenie znajdziemy równie dobre kremy do rąk.

Tołpa Green odżywcze mleczko wygładzające: bardzo fajny balsam do ciała, który szybko się wchłaniał, dobrze nawilżał i odżywiał skórę, a także nie pozostawiał na skórze nieprzyjemnej warstwy ochronnej. Pachniał całkiem przyjemnie, a i skład był niczego sobie. Balsamy do ciała z Tołpy bardzo lubię i ten również polubiłam.

Zmywacza do paznokci Isana chyba nie muszę wam opisywać. Lubię go za niską cenę w stosunku do pojemności i dobre zmywanie lakieru, bez rozmywania go po skórkach i paznokciach. Naprawdę polecam jeśli jeszcze go nie znacie.

Moje ulubione płatki kosmetyczne to te z firmy Carea Aloe Vera, które często można kupić w Biedronce w promocji 6zł za 3pak. Nie rozwarstwiają się i zbytnio nie pylą, więc dla mnie są idealne.

Antyperspirantów Rexona chyba nie muszę wam przedstawiać, bo pewnie każdy je zna. Ja je uwielbiam i tylko je kupuję, bo jako jedyne naprawdę chronią mnie przed potem i jego przykrym zapachem. Obecnie zużyłam dwie wersje: Sexy (uwielbiam za zapach) oraz Invisible Pure, która ma chronić przed białymi i żółtymi plamami na ubraniach (czego niestety jeszcze nie zauważyłam).


Z kategorii higiena zużyłam:

Kneipp pielęgnujący olejek do kąpieli kwiat migdała: bardzo fajny olejek, który wlewa się do wanny. Niestety mało wydajny, bo mi wystarczył na trzy użycia, a według producenta wystarczy na maksymalnie dwa. Skóra po nim była świetnie nawilżona i zmiękczona, ale za cenę 25zł nie jest moim zdaniem warty zakupu.

Żel pod prysznic Korres o zapachu wanilii i śliwki: żel ten przywiozłam z Zakynthos, a kupiłam go w strefie bezcłowej za 2,50 euro. Cena naprawdę dobra w porównaniu do składu, który jest rewelacyjny. Zapach jest taki sobie, ale to za sprawą naturalnych, ziołowych składników. W składzie nie ma perfumu, który by upiększał zapach. Żel ten ładnie się pienił, dobrze oczyszczał skórę, nie podrażniając i nie wysuszając jej. Naprawdę polecam ten kosmetyk.

Mydełka firmy Isana bardzo lubię za cenę i zapachy. Ostatnio zagościły w mojej łazience dwa mydełka: pierwsze o zapachu mleka i miodu, a drugie o zapachu mango i pomarańczy. Tą drugą wersję bardziej polubiłam i pewnie znów się na nią skuszę :)

Chusteczki dla dzieci to ostatnio u mnie hit. Stosuję je do wycierania rąk, jak nie mam w pobliżu ani mydła ani ręcznika, a także do higieny intymnej. Zdarzyło mi się nimi także coś przetrzeć, więc śmiało mogę napisać, że są to u mnie wielozadaniowe chusteczki.

Chusteczki do higieny intymnej Sensitive firmy AA: delikatne chusteczki, które nie podrażniają miejsc intymnych. Mają fizjologiczne pH i zawierają w sobie odrobinę kwasu mlekowego. Będą idealne na wyjazdy i ja je głównie wtedy używałam.


Z próbek zużyłam trzy małe hotelowe żele pod prysznic, które przywiozłam z pobytu w Bukowinie Tatrzańskiej w pensjonacie Orlik (swoja drogą polecam wam ten pensjonat, bo ma przepiękne SPA, świetną restaurację, obsługę i pokoje). Emolium i Atoperal to emulsje do kąpieli, które zamierzam kupić w wersji pełnowymiarowej, bo bardzo fajnie działały na moją skórę. Niby są to produkty przeznaczone dla dzieci, ale nikt nie powiedział, że dorosły nie może ich stosować, prawda? :D Pilniczek do paznokci pokazałam tylko dlatego, że okazał się totalnym niewypałem! Kupiłam go w Pepco i tylko raz próbowałam użyć. Dziadostwo totalne, nie kupujcie tego.

Tak oto prezentuje się moje małe, dwumiesięczne denko. Dajcie znać jak u was ze zużyciami i czy któryś z wymienionych przeze mnie kosmetyków też pokochałyście. Jeśli jest u was jakiś bubel to dajcie mi znać czego mam nie kupować, bo czeka mnie za niedługo wyprawa do drogerii po zapasy, a nie chciałabym wyrzucać pieniędzy w błoto. Oczekujcie więc w najbliższym czasie haul'a z nowościami kosmetycznymi :)

piątek, 8 stycznia 2016

Ulubieńcy roku 2015


Hej :)
Chyba nadszedł już czas na przedstawienie wam moich ulubieńców roku 2015, tym bardziej, że od września nie pojawił się żaden post z ulubieńcami miesiąca. W dzisiejszym poście pojawią się tylko perełki, dzięki którym pielęgnacja mojego ciała odbywała się w sposób przyjemny, szybki i efektowny.


Zacznijmy od produktów do pielęgnacji twarzy.
Jeśli chodzi o płyny micelarne to absolutnymi hitami okazały się dwa produkty: płyn micelarny do skóry wrażliwej firmy Garnier oraz płyn micelarny Loreal Ideal Soft. Oba te kosmetyki bardzo dobrze zmywały makijaż niewodoodporny, nie rozmazywały go na twarzy, świetnie radziły sobie z każdym tuszem do rzęs, były wydajne i niedrogie.
Do mycia twarzy stosowałam kilka produktów, ale tylko jeden okazał się strzałem w 10! Mowa o
nawilżającej piance do cery suchej i wrażliwej firmy Ecolab. Pianka ta zawiera ponad 99,5% komponentów roślinnych w tym m.in. wodę morską, olej ze słodkich migdałów, ekstrakt z aloesu i kwas hialuronowy. Delikatnie, ale bardzo dobrze oczyszcza skórę z resztek makijażu nie wysuszając jej. Będzie dobra dla osób, które borykają się z problemem przesuszonej i odwodnionej skóry.
Po oczyszczeniu skóry dla przywrócenia jej prawidłowego pH stosowałam hydrolat różany firmy Manufaktura Kosmetyczna. Jest to w 100% czysty hydrolat z róży damasceńskiej, który odświeżał skórę, tonizował ją i delikatnie nawilżał. Przy okazji ładnie pachniał i zmniejszał zaczerwienienia. Oprócz hydrolatu stosowałam wodę termalną Uriage, która miałam bardzo podobne właściwości co opisany powyżej hydrolat, tylko zawierała w sobie więcej minerałów i nie miała już takiego przyjemnego zapachu, co hydrolat z róży damasceńskiej. 
Jeśli chodzi o kremy do twarzy to w okresie zimowym stosuję bogaty krem nawilżający z serii Hydrabio Riche firmy Bioderma. Nie jest to tłusty krem, ale powoduje, że skóra po użyciu dostaje zdrowego blasku. Świetnie nawilża skórę, a samo nawilżenie jest odczuwalne przez długi czas. Krem ten jest wydajny, ma przyjemny zapach i dobry skład. Na okres letni polecam zaś emulsję firmy Clinique Dramatically Different Moisturizing Lotion+. Jest to produkt o lekkiej konsystencji, który bardzo szybko się wchłania, pięknie pachnie i naprawdę dobrze nawilża. Przy okazji pozostawia skórę zdrowo wyglądającą i jest przy tym niesamowicie wydajny. Skóra po użyciu obu tych kremów jest niesamowicie miękka i przyjemna w dotyku. 
No i oczywiście muszę wspomnieć o mojej ukochanej odżywczej maseczce do twarzy z miodem firmy Nivea, która zasługuje na szczególne wyróżnienie. Po użyciu tego kosmetyku moja skóra jest niesamowicie miła w dotyku, gładka i promienna, a przy tym jest niesamowicie odżywiona i nawilżona. Śmiało mogę wam ją polecić do zastosowania przed ważnymi wyjściami, ale także do okazyjnego użytku np. raz w tygodniu. Lepszej maseczki od tej nie miałam.


Z kategorii włosy moimi ulubieńcami są:
Spray termoaktywny do układania i regeneracji włosów firmy Ecolab. Jest to produkt, który ma ułatwić rozczesywanie włosów i chronić przed gorącym powietrzem. Co do ułatwienia rozczesywania to się nie zgodzę, bo mam włosy bardzo plączące się i niestety sam ten produkt sobie z moimi włosami nie poradzi, ale jeśli chodzi o ochronę przed gorącym powietrzem suszarki i ciepłem prostownicy to nie mam do niego żadnych zastrzeżeń. Moje włosy mimo suszenia suszarką są w dobrym stanie (no może nie ostatnimi czasy, po rozjaśnieniu sobie końcówek) i myślę, że m.in. dzięki temu produktowi włosy mam jakie mam. Aktywnymi składnikami są: ekstrakt z hibiskusa, ekstrakt z imbiru, organiczny olej makadamia oraz keratyna. Skład jest naprawdę dobry i naturalny.
Jeśli chodzi o odżywki do włosów do pokochałam trzy produkty: odżywkę Balea z mango i aloe vera oraz dwie odżywki firmy Garnier z awokado i masłem karite oraz z cudownymi olejkami. Wszystkie te produkty pięknie wygładzały moje włosy, powodowały, że stawały się one miękkie i przyjemne w dotyku, świetnie się spłukiwały i przy okazji pięknie pachniały. Miały także dobry skład i kosztowały niewiele. Szkoda tylko, że zapach na włosach tak krótko się utrzymywał. 
Z szamponów do włosów pokochałam dwa produkty. Pierwszy jest kosmetykiem naturalnym, a pochodzi z firmy Alva. Szampon ten przeznaczony jest do włosów cienkich, zawiera w sobie m.in. kofeinę i aloes. Drugi produkt to szampon odbudowujący z firmy Biokap. Oba te szampony świetnie oczyszczają włosy, powodują, że się aż tak nie plączą, zmiękczają i odrobinę wygładzają włosy. Dobrze się pienią mimo, że nie posiadają w sobie SLS'ów. Nie posiadają także parabenów.
Ulubioną odżywką w spray'u została ekspresowa odżywka regeneracyjna Gliss Kur Ultimate Oil Elixir. Pokochałam ją dlatego, że jako jedyna świetnie radziła sobie z moimi splątanymi włosami i powodowała, że ich rozczesanie miałam znacząco ułatwione. Przy okazji nie obciążała włosów, zmiękczała je i odżywała. 
Z masek do włosów pokochałam maskę z masłem shea  firmy Planeta Organica. Kosmetyk ten przeznaczony jest do włosów suchych i zniszczonych. W składzie znajdziemy m.in. 15% masła shea, olej baobabu, ekstrakt z owoców baobabu, a także olej z avocado. Naprawdę rewelacyjna maska, która niesamowicie zmiękcza włosy, zapobiega ich plątaniu, pięknie odżywia i nawilża włosy nie obciążając ich przy tym. Jest naprawdę tania jak na tak dobry skład i wydajność. Polecam każdemu, szczególnie osobom farbującym włosy.


Gdy moje włosy wołały o umycie, a nie miałam czasu żeby to zrobić to stosowałam suchy szampon Batiste. Zużyłam w zeszłym roku chyba z 6 takich opakowań, jak nie więcej i nadal będę ten produkt używać. Drugim świetnym suchym szamponem okazał się szampon z firmy Dove. Jakoś super włosów nie bielił, za to świetnie je odświeżał i lekko unosił u nasady. Przy tym (tak samo jak Batiste) pięknie pachniał.
Moimi ulubionymi perfumami okazały się dwa zapachy. Pierwszy zapach stosowany przeze mnie na dzień to woda toaletowa Seductive firmy Guess. Zapach ten należy do zapachów słodko-kwiatowych i jest to zapach niezwykle uwodzicielski, lekki i przy okazji świeży. Nada się także na randki i inne towarzyskie spotkania. Drugi flakon widoczny na zdjęciu to woda perfumowana firmy Avon. Jest to zapach In Bloom pochodzący z serii Today Tomorrow Always. Zapach nieco ciężki zaraz po spryskaniu, ale później łagodnieje i przeradza się w piękny kwiatowy ogród. Woda ta jest niezwykle trwała jak na swoją cenę, ale nie nadaje się do noszenia w torebce mimo małej pojemności 30ml, ponieważ flakonik jest dosyć ciężki.
O antyperspirantach Rexona za dużo pisać nie będę, bo kto mnie czyta ten wie, że to są moje najlepsze antyperspiranty w spray'u, a moim ulubionym zapachem jest zapach Sexy.
Dwa balsamy do ciała podbiły moje serce i ciało. Pierwszy fenomenalny balsam pochodzi z firmy Tołpa. Jest to balsam do ciała z amarantusem z serii Botanic. Szybko się wchłania i dobrze rozsmarowuje na ciele, całkiem dobrze nawilża skórę, a przy tym pięknie pachnie. Od razu po wysmarowaniu się tym specyfikiem można się ubrać nie mając obaw, że pobrudzimy sobie ubranie. Drugi balsam do ciała pochodzi z firmy Balea i zawiera w sobie aż 40% różnych olejków. Niestety balsam ten jest już nieco tłusty i radziłabym chwilę odczekać niż ubierzemy na siebie ubranie. Rewelacyjnie odżywia i nawilża skórę, szybko się wchłania i daje się dobrze rozsmarować. Niestety nie każdemu przypadnie do gustu jego zapach. Mimo to warto go kupić i stosować w okresie zimowym, bo pięknie skórę pielęgnuje.
Do mycia używałam wielu kosmetyków, ale płyny do kąpieli Avon'u są moimi ulubionymi płynami. Ulubionym zapachem okazał się zapach waniliowo-figowy (widoczny na zdjęciu). Do kąpieli używam także płynu dla mam Babydream. Boziu jak on obłędnie pachnie, dzięki czemu podczas kąpieli odczuwam pełen relaks. Zużyłam już chyba z 5 opakowań tego kosmetyku i na pewno kupię kolejne opakowania. Patrząc na świetny skład i niską cenę warto w niego zainwestować.
Z żeli pod prysznic pokochałam żel przywieziony z Zakynthos. Jest to żel firmy Korres o zapachu wanilii i śliwki. Pokochałam go dlatego, że ma dobry skład no i przypomina mi o zeszłorocznych wakacjach. Kupiłam dwa opakowania tego produktu, a następne czeka już w kolejce na użycie.
Z kremów do rąk zakochałam się w kremach firmy Balea. Szczególnie pokochałam zapach owoców leśnych, ale także polubiłam się z kremem o zapachu maślanki i papai. Kremy te szybko się wchłaniają i naprawdę dobrze pielęgnują skórę dłoni. Szkoda, że nie można ich dostać stacjonarnie.


Spośród produktów do makijażu także znalazłam kilka perełek. Pierwszą z nich będzie podkład firmy Revlon Nealry Naked. Swój posiadam w odcieniu 120 Vanilla. Podkład ten delikatnie matuje skórę, ale wygląda na twarzy bardzo naturalnie i świeżo. Pięknie się w nią wtapia, długo utrzymuje się na swoim miejscu i nie trzeba go raczej utrwalać pudrem (wszystko zależy jaki krem mamy na twarzy pod podkładem). Obojętnie czym go nałożymy to i tak zawsze pięknie wygląda na twarzy. Dokładnie to samo mogę powiedzieć o podkładzie Lasting Finish firmy Rimmel. W przypadku tego podkładu trwałość jest zdecydowanie lepsza, a wykończenie nie jest już takie pudrowe jak w przypadku NN. Oba te podkłady nie ciemnieją po nałożeniu, nie obciążają skóry, dzięki czemu nie musimy się obawiać wyprysków, a także mają całkiem dobrą wydajność i paletę odcieni.
Ulubionym pudrem prasowanym okazał się puder firmy Revlon z serii Nearly Naked. Mój posiadam w najjaśniejszym odcieniu. Puder ten bardzo ładnie matowił skórę, a przy tym niesamowicie naturalnie wyglądał na twarzy. Całkiem długo się na niej utrzymywał, a także był wydajny (ale to chyba większość pudrów tak ma z tą wydajnością).
Z pomadek używałam głównie pomadek firmy Wibo z serii Elixir w odcieniu 01, 03 i 07, które całkiem długo utrzymywały się na ustach i równomiernie z nich schodziły. Dodatkowo nie wysuszały ust, zawierały w sobie witaminy i powodowały, że usta nabierały blasku, bo ich wykończenie było błyszczykowate. Pomadka z serii Kate firmy Rimmel także podbiła moje serce ze względu na trwałość i brzoskwiniowy kolor nr 16, który pięknie pasował do mojej jasnej karnacji i delikatnego, dziennego makijażu. Do pielęgnacji ust stosowałam wiele produktów, ale tylko balsam do ust Tisane był w stanie ukoić i zregenerować moje usta. Świetnie nawilżał i odżywiał usta, a także świetnie smakował i przyjemnie pachniał.
Najlepszym lakierem do paznokci, który sobie upodobałam, a który wytrzymywał na moich paznokciach ponad tydzień (w połączeniu z top coat'em) był lakier firmy Rimmel w odcieniu 340 berries and cream. Uwielbiam takie malinowo-krwistoczerwone odcienie na swoich pazurkach.
Co do top coat'u to nie znalazłam niczego nowego wartego uwagi i nadal kocham ten z Sally Hansen Insta-Dri. Nie dość, że produkt ten przyspiesza wysychanie lakieru, to dodatkowo tworzy nabłyszczającą warstwę, która trzyma się na paznokciach nawet do trzech tygodni! Lakier+ten top coat to idealne rozwiązanie dla osób, które nie lubią długo czekać na wysychanie lakieru, a także dla tych, które nie lubią często malować paznokci i chcą, aby lakier utrzymywał się na paznokciach jak najdłużej.
Tusz do rzęs, który pokochałam był tylko jeden, a jest nim tusz do rzęs Volume Million Lashes So Couture firmy Loreal. Tusz ten nie osypywał się, pięknie wydłużał, a przede wszystkim pogrubiał i rozdzielał rzęsy, dzięki czemu mogłam się cieszyć rzęsami jak z okładki magazynu. Musiałam go wyrzucić po ponad 4 miesiącach tylko dlatego, że się skończył.
Ulubionym i jedynym rozświetlaczem jaki posiadam jest rozświetlacz Silver z firmy Wibo. Produkt ten tworzy na twarzy dosyć chłodną taflę, która nie każdemu może się spodobać. Ja uważam jednak, że mi ten odcień rozświetlacza pasuje. Jedyną wadą tego produktu jest jego kruszenie się podczas nabierania go z opakowania. Mimo to bardzo go lubię, bo jest niedrogi, a na twarzy utrzymuje się naprawdę długo.


To by było tyle jeśli chodzi o moich ulubieńców 2015 roku. Myślę, że wiele z tych kosmetyków zostanie ze mną na dłużej, ale nadal będę szukała i testowała wiele nowości, które mogą stać się ulubieńcami 2016 roku.
A wy znaleźliście pośród moich ulubieńców jakiś wasz ubiegłoroczny hit? Dajcie znać w komentarzach, czy któryś z powyżej opisanych produktów was zaciekawił, a jeśli macie jakieś odmienne zdanie na temat któregokolwiek z produktów to chętnie przeczytam waszą opinię.

czwartek, 19 listopada 2015

Haul zakupowy z ostatnich trzech miesięcy


Cześć :)
Po dość długiej nieobecności na chwilę do was wracam. Dzisiaj przychodzę do was z haul'em zakupowym, czyli moimi zakupami, które zrobiłam w ciągu ostatnich trzech miesięcy. Trochę się tego nazbierało, jednak wiele kosmetyków mi się skończyło no i zapasy musiałam uzupełnić :)


Pierwszym zakupem jakim się pochwalę są trzy świece Yankee Candle z limitowanej, numerowanej serii z dwoma knotami. No.2 to zapach kokosa i morskich kwiatów (najpiękniejszy z całej trójki), No.3 to połączenie kokosa z mandarynką, a No.4 to nic innego jak połączenie kokosa z ananasem. Dodatkowo w gratisie od koleżanki otrzymałam dwa woski Yankee Candle. Czerwony to zapach czerwonego jabłka (bardzo lubię ten zapach, przypomina mi zapach jabłek w drewnianej skrzyni stojącej kiedyś na targu), a ten brązowy to zapach cynamonu (będzie idealny na święta). Niestety nie wiem skąd te świece są, bo kupiła mi je znajoma za granicą.


W Biedronce podczas jednej z promocji kupiłam sobie po raz pierwszy ten wychwalany przez większość płyn micelarny z Garniera do skóry wrażliwej. Zapłaciłam za niego coś około 11zł. Swoją drogą jest to naprawdę świetny micel, który zasługuje na miano ulubieńca w kategorii demakijaż. Dodatkowo kupiłam sobie z Garniera dwie odżywki do włosów. Żółtą (z olejkiem z awokado i masłem karite) miałam już kiedyś i byłam z niej bardzo zadowolona. Odżywka z cudownymi olejkami (kameliowym i arganowym) również okazała się hitem i mogę wam ją szczerze polecić. Oba te produkty przeznaczone są do włosów zniszczonych, a każda z tych odżywek kosztowała mnie 6,99zł.
Jak możecie sami zobaczyć na dolnym zdjęciu zrobiłam sobie całkiem spory zapas płatów kosmetycznych. Trudno było go nie zrobić, bo jeden taki trzypak kosztował mnie tylko 5,99zł. W Biedronce kupiłam sobie także maseczkę do twarzy firmy Czyste Piękno oraz krem bio-ochronny na zimę Flos-Lek.


Kolejny produkt, który kupiłam w Biedronce to balsam do ciała Garnier dla skóry bardzo suchej, który jak na razie czeka w szafce na swoją kolej. Zapłaciłam za niego 10,99zł. Te miniaturki hotelowych kosmetyków dostałam od przyszłej teściowej. Zużyłam je niedawno podczas 4-dniowego pobytu w Zakopanem. Opakowania sobie zostawiłam, bo pewnie mi się przydają na następny wyjazd.
Z Avonu zamówiłam sobie ich nowy tusz do rzęs False Lash, który u mnie totalnie się nie sprawdza. Mam wrażenie, że dostałam jakąś felerną wersję, bo już przy pierwszym użyciu na szczoteczce było widać grudki. Tusz szybko się osypywał i tworzył efekt pandy, a przy tym jakoś ogromnej objętości nie dodawał. Szczoteczka w tym tuszu jest baaaardzo duża i nie jest silikonowa, co niestety nie bardzo mi odpowiada. Niestety ten produkt już znalazł się na dnie kosmetyczki.


W Lawendowej Szafie zakupiłam sobie kilka rosyjskich kosmetyków. Zaczynając od prawej:
-nawilżająca Pianka do Cery Suchej i Wrażliwej Ecolab 19,90zł,
-szampon do włosów przesuszonych zabiegami kosmetycznymi (suchych i zniszczonych) Planeta Organica 14zł,
-maska do włosów suchych i zniszczonych odżywienie i regeneracja z serii Afryka Planeta Organica 15zł,
-szampon Babuszki Agafii do włosów suchych i farbowanych Zsiadłe Mleko 7zł,
-spray termoaktywny do układania i regeneracji włosów Ecolab 21,90zł,
-tonik nawilżający do skóry suchej i wrażliwej Ecolab 12,90zł,
oraz maska do włosów z organicznym jaśminem i olejkiem jojoba 19zł.


W prezencie otrzymałam dwie małe paletki cieni. Jedna z Inglota (swoją drogą używam tych cieni jako róży i sprawdzają się pod tym względem świetnie), a druga z Avonu. Używam ich ostatnio do wykonania dziennego makijażu i jak na razie jestem z wszystkich tych cieni zadowolona.


Oczywiście nie mogłam opuścić promocji -49% i w Rossmannie kupiłam sobie:
Górne zdjęcie:
- lakier do paznokci Rimmel z serii Rita Ora w odcieniu nr340 Berries and Cream za 5,61zł
- lakier do paznokci Eveline w odcieniu nr928 za 5,09zł
- tusz do rzęs Seduction Code no.4 Volume & HD Definition z firmy Astor za 15,80zł
- tusz do rzęs L'Oreal False Lash Telescopic za 32,48zł
- eyeliner w pisaku Art Make Up firmy Eveline za 6,11zł
Dolne zdjęcie:
- baza pod makijaż Wibo za 7,64zł
- bibułki matujące Wibo za 3,31zł
- podkład Bourjois Healthy Mix w odcieniu nr 51 za 30,60zł/szt


Dodatkowo kupiłam sobie w Rossmannie maskę na noc Super Power Sleeping Mezo Mask dla skóry dojrzałej firmy Bielenda, za którą zapłaciłam tylko 13,99zł, ponieważ była to cena na do widzenia. Skusiłam się także na zimowe mydło Isana za 2,49zł o przepięknym zapachu wanilii i karmelu.


Również w Rossmannie (już dawno temu) kupiłam sobie farbę do włosów Palette Deluxe nr 678, uwielbiany przeze mnie płyn do kąpieli dla mam Babydream za 6,99zł w promocji oraz suchy szampon Batiste o kwiatowym zapachu, który kosztował mnie 11,99zł.


W drogerii Super Pharm kupiłam sobie dwa nawilżające balsamy do ciała firmy Tołpa z serii Botanic Amarantus za 14,99zł sztuka. Do zakupu perfum dostałam za 6,99zł micelarny płyn do demakijażu Dermika, a za zgromadzoną ilość punktów wybrałam sobie za 1zł nawilżające mleczko do ciała firmy Le Petit Marselliais.
Dodatkowo kupiłam sobie dwa balsamy do ust firmy Tisane, które uwielbiam, bo najlepiej chronią, nawilżają i leczą moje usta. Jeden słoiczek kosztował tylko 5zł, więc żal było wziąć tylko jeden. W promocji zakupiłam także krem do rąk Nautrogena, który kosztował mnie 7,99zł, chusteczki do higieny intymnej AA za 4,99zł i odżywkę do włosów w sprayu Nouristing Oil Care firmy Dove za 9,99zł. Mojemu narzeczonemu w prezencie świątecznym kupiłam perfumy YSL L'Homme o pojemności 60ml, za które dałam 179,99zł (ponoć przecenione były z 280zł).


To by było na tyle jeśli chodzi o moje kosmetyczno-świecowe zakupy. Dajcie znać co wy kupiłyście w ostatnich miesiącach i co upolowałyście w rossmannowskiej promocji -49% :)

piątek, 16 października 2015

Projekt denko: dużo zużytej kolorówki i pielęgnacji


Hej ;)
Wiem, że miesiąc się jeszcze nie skończył i może nie pora na projekt denko, ale aktualnie mam trochę czasu dla siebie i mogłam stworzyć ten post. Poza tym wiem, że do końca miesiąca niczego nie zużyję już do dna, bo aktualnie królują u mnie same nowości. Co miałam wykończyć, już wykończyłam i teraz czas na podsumowanie działania zużytych kosmetyków.


Z kategorii ZAPACHY zużyłam:

Halle Berry woda perfumowana Exotic Jasmine 15ml- kupiłam ten zapach dlatego, że przyciągnęła mnie do niego nazwa. Jaśmin zawsze kochałam, ale zapach tej wody odbiegał od klasycznego zapachu tego kwiatu. Mimo to spodobał mi się na tyle, że postanowiłam kupić malutki flakonik. Intensywność i trwałość były niczego sobie, ale ten zapach już mi się znudził, więc kolejnego flakoniku raczej nie kupię. Niemniej jednak sam flakon mimo, że jest prosty to ciekawie wygląda i pięknie prezentuje się na toaletce. Cena w Rossmannie to prawie 80zł za 30ml, więc wcale nie tak mało. Więcej o tym produkcie możecie przeczytać TUTAJ.

Avon woda perfumowana Today 50ml- bardzo lubiłam ten zapach i wykończyłam już jego kolejny flakonik. Na razie zrobię sobie od niego przerwę, ale kiedyś do tego zapachu pewnie powrócę. Serię Today Tomorrow Always uwielbiam przede wszystkim za trwałość i intensywność zapachów, a zapach Today wydaje mi się najbardziej intensywnym i trwałym zapachem o tajemniczych i uwodzicielskich nutach zapachowych. Więcej o tym produkcie możecie przeczytać TUTAJ.


Z kategorii CIAŁO zużyłam:

Krem do depilacji miejsc wrażliwych Eveline Just Epil 125ml- krem ten używałam tylko do depilacji okolic bikini i szczerze mówiąc średnio się spisywał. Jak go trzymałam na skórze dwa razy dłużej niż zaleca producent, czyli 10min to prawie wszystkie włoski schodziły. Jednak gdy trzymałam go na skórze tylko 5min to w niektórych miejscach włoski nie chciały schodzić i trzeba było dopomóc sobie golarką jednorazową. Aktualnie mam jeszcze jedno jego opakowanie, ale po jego zużyciu kupię sobie coś innego.

Balsam do ciała Nivea Pure&Natural do skóry normalnej i suchej 250ml- kupiłam ten produkt tylko dlatego, że na opakowaniu było napisane "intensywne nawilżenie przez cały dzień", a że mam skórę suchą to produkt ten powinien pomóc mi w jej nawilżeniu. Na szczęście się na nim nie zawiodłam jeśli chodzi o to działanie. Nawilżał dobrze, ale nie jakoś rewelacyjnie, szybko się wchłaniał, dobrze się go rozsmarowywało na ciele. Niestety zapach był średnio przyjemny, dlatego już go nie kupię.

Balsam do ciała Cztery Pory Roku Eco Dermine Nawilżające Eko Jabłko 250ml- za takie eko to ja dziękuję. Produkt miał tak tępą konsystencję, że jej wsmarowywanie w ciało zajmowało naprawdę sporo czasu. Dodatkowo balsam ten długo się wchłaniał i niezbyt przyjemnie pachniał. Skład może nie był zły, ale też nie powalał. Na pewno nie kupię go ponownie.

Antyperspiranty Rexona Sexy i Shower Clean 150ml- bardzo lubię te antyperspiranty, ale chyba będę musiała na jakiś czas z nich zrezygnować, ponieważ mam wrażenie, że przestały na mnie działać tzn. działają, ale nie chronią przed potem tak jak kiedyś. Z całej serii zapachowej uwielbiam zapach Sexy, dzięki któremu pachnę tak jakbym miała na sobie dodatkowo jakieś słodkie perfumy. Mimo, iż jest to antyperspirant to zapach jest na tyle trwały i intensywny, że wiele razy zdarzało mi się słyszeć od pacjentek pytania, czym tak ładnie pachnę. Zapach Shower Clean to zapach świeży, ale nie na tyle piękny, abym ciągle chciała go kupować.

Balsam do ciała Balea z limitowanej edycji White Passion 200ml- zapach może i był piękny, ale konsystencja tego produktu już nie. Balsam ten długo trzeba było rozsmarowywać na ciele, na szczęście szybciej się wchłaniał w porównaniu z eko produktem opisanym powyżej. Również ponownie się na niego nie skuszę.

Naturalny krem do rąk Alva 18ml- mimo, że skład tego kremu jest naprawdę bardzo dobry to ponownie bym go nie zakupiła. Konsystencja tego produktu była tempa, ciężko było go rozsmarować na dłoniach, niezbyt przyjemnie pachniał, a w połowie opakowania okazało się, że krem ten był przeterminowany. Jestem totalnie na nie mimo, że jest to kosmetyk naturalny.

Krem do rąk Balea o zapachu papai i maślanki 100ml- świetny krem do rąk, który bardzo szybko się wchłaniał, cudownie pachniał i był bardzo wydajny. Miałam jeszcze owoce leśne od Balea i krem ten również okazał się rewelacyjny. Polecam oba :)


Z kategorii WŁOSY zużyłam:

Naturalna odżywka do włosów 2w1 regenerująca i ułatwiająca rozczesywanie z masłem shea i olejkiem monoi 150ml- totalnie mnie nie urzekła. Nie pomagała w rozczesywaniu włosów. Włosy plątały się tak samo jak przedtem. Regeneracji także nie zauważyłam. Jedne co było odczuwalne to nawilżenie włosów. Niestety dla samego nawilżenia i dobrego składu nie warto jej kupować. W drogeriach znajdziecie zdecydowanie lepiej działające odżywki, a w dodatku dużo tańsze. Nie polecam tego kosmetyku. Więcej o tym produkcie możecie przeczytać TUTAJ.

Naturalny szampon do włosów Alva 250ml- bardzo polubiłam ten produkt za świetny skład, bardzo dobre pienienie się i wydajność, a także za zapach. Bardzo dobrze oczyszczał włosy i nie było konieczności podwójnego ich mycia. Niestety jego cena powala na kolana, bo kosztuje coś około 55zł. Więcej o tym produkcie możecie przeczytać TUTAJ.

Szampon wzmacniający Garnier Fructis długotrwała objętość 250ml- fajny szampon, ale do sporadycznego używania, ponieważ przy długotrwałym używaniu przetłuszczał mi włosy. Nie zauważyłam dodawania objętości, a jego zapach był taki sobie. Ponownie go nie kupię.

Suchy szampon Batiste Oriental 200ml- tutaj nie muszę chyba wiele pisać. Większość z was zna ten produkt i pewnie większość z was ma go aktualnie w swojej toaletce. Suche szampony Batiste uwielbiam, ten także pokochałam mimo, że zapach nie był jakiś powalający. Kto jeszcze nie miał styczności z tymi szamponami to koniecznie musi lecieć do Rossmanna, Hebe, czy gdziekolwiek indziej i sobie jeden z nich zakupić (nie polecam jednak tej wersji dla brunetek, bo wszystko brudzi).


Z kategorii TWARZ zużyłam:

Dwa opakowania po płatkach kosmetycznych Carea z aloe vera- świetne płatki kosmetyczne kosztujące niewiele. Zakupiłam je w Biedronce w trzypaku z gratisowymi patyczkami higienicznymi. Nie rozwarstwiają się, bo są "zszyte" przy brzegu, jakoś bardzo nie pylą przy wyciąganiu ich z opakowania, są gładkie i wykonane w 100% z bawełny. Naprawdę wam je polecam.

Bodetko Lash serum na porost rzęs- prześwietny produkt wzmacniający i przyspieszający wzrost rzęs. Trzeba jednak uważać z jego nakładaniem, ponieważ zawiera w sobie bimatoprost (składnik stosowany w leczeniu jaskry), a także powoduje wzrost rzęs w miejscu nałożenia niekoniecznie w linii rzęs. Jeśli serum nałożymy nieco wyżej, rzęsy mogą urosnąć nam na powiece. Krótko po zaprzestaniu kuracji zauważyłam wypadanie rzęs, ale nie w jakiejś wzmożonej ilości. Ogólnie rzecz biorąc polecam wam ten produkt. Więcej o tym produkcie możecie przeczytać TUTAJ.

Ziaja dermatologiczna baza z tlenkiem cynku 15g- był to kosmetyk, który służył mi tylko do stosowania punktowego. Kładłam odrobinę tego produktu na rosnącego pryszcza i wtedy albo szybko się wchłaniał i goił albo szybko urósł i był gotowy do wyciśnięcia.

Woda termalna Uriage 150ml- uwielbiam tą wodę za kojenie mojej podrażnionej skóry, moc minerałów i brak potrzeby osuszania jej nadmiaru po spryskaniu twarzy. To już moje kolejne opakowanie i na pewno kupię sobie następne. Więcej o tym produkcie możecie przeczytać TUTAJ.

Olej z pestek malin 20ml- świetny olejek, który pięknie koił, nawilżał i odżywiał moją suchą skórę. Stosowałam go tylko na noc, chociaż nadawałby się także do łączenia go z podkładami, ponieważ miał w sobie wysoki filtr SPF. Od niedawna pokochałam moc olei i zawsze jakiś mam w swojej pielęgnacji. Aktualnie stosuję olej monoi, który jak na razie całkiem nieźle się sprawdza.

Płyn micelarny Demakijaż Program 360 firmy Eveline 200ml- mimo, że jest to produkt przeznaczony do cery suchej i wrażliwej to moim zdaniem do takiej właśnie skóry się nie nadaje. Przede wszystkim podrażnia oczy, powodując ich szczypanie. Na pewno nie nawilża chociaż producent twierdzi inaczej. Co do zmywania makijażu to nie jest źle, ale z produktami wodoodpornymi sobie nie poradzi. Tusz do rzęs rozpuszczał, ale trochę to trwało zanim wszystko ładnie zeszło bez konieczności pocierania. Na pewno więcej do niego nie wrócę.

Maseczka do twarzy z granatem Pharmatheiss 7,5ml- niestety mimo, że jest to maseczka o całkiem dobrym składzie to mnie podrażniała. Zaraz po nałożeniu na skórę miałam wrażenie, że mnie szczypie cała twarz. Po zmyciu skóra nie była jakoś cudownie nawilżona, czy odżywiona. Była jedynie lekko napięta, a to jest za mało żeby tą maseczkę ponownie kupić.


Z kategorii KOSMETYKI KOLOROWE o dziwo zużyłam sporo produktów:

Pomadka do ust Essence Glow 02 Glam Up 1,9g- bardzo lubiłam ją za trwałość, kolor i zapach. Pomadka ta to taki błyszczyk w sztyfcie. Pięknie rozświetlała usta, nie sklejając ich przy tym. Niestety w połowie użytkowania mi się złamała i teraz nadaje się już tylko do śmietnika. Więcej o tym produkcie możecie przeczytać TUTAJ.

Tusz do rzęs Lovely Curling Pump Up Mascara 8ml- tusz ten uwielbiam za świetne podkręcenie i rozdzielenie moich rzęs. Pogrubienie i wydłużenie może nie jest oszałamiające, ale końcowy efekt na oku zadowala. Niestety jedyny minus jest taki, że tusz dosyć szybko gęstnieje, bo już po około miesiącu i po krótkim czasie dosyć mocno się osypuje. Miumo to zużyłam kolejne jego opakowanie.

Podkład Lasting Finish firmy Rimmel w odcieniu Nude 30ml- jeden z moich ulubionych podkładów, jakie miałam okazję gościć w swojej kosmetyczce. Pięknie wtapiał się w skórę, świetnie się na niej rozprowadzał, całkiem długo utrzymywał na twarzy i nie tworzył żadnych plam. Podkład był średnio kryjący i nie matowił na jakoś długo, ale skradł moje serce, bo świetnie prezentował się na twarzy.

Lakier do paznokci Golden Rose Rich Color w odcieniu 57 10,5ml- lubiłam ten lakier nie tylko ze względu na kolor, ale także i za trwałość. Dodatkowo podobał mi się szeroki i płaski pędzelek, dzięki któremu malowanie paznokci szło trochę szybciej. Ogólnie rzecz biorąc lakiery GR bardzo lubię i cenię. 

Sally Hansen Insta Dri Top Coat 13,3ml- jeden z ulubionych top coat'ów jakie miałam. Szybko wysuszał lakier, pięknie nabłyszczał paznokcie i przedłużał trwałość lakieru nawet do trzech tygodni bez odprysków. Niestety od połowy buteleczki zaczął gęstnieć i teraz nadaje się już tylko do wyrzucenia. Mimo to go uwielbiam :) Więcej o tym produkcie możecie przeczytać TUTAJ.

Puder matujący Kobo w odcieniu 302 Natural Beige 9g- niestety ten puder mnie nie zadowolił. Może na początku użytkowania sprawdzał się dobrze, ale po czasie jego działanie nie było już takie dobre. Na twarzy nie wyglądał naturalnie, miałam wrażenie, że po czasie odrobinę ciemniał. Po kilku godzinach gromadził się w różnych miejscach tworząc plamy. Matowił średnio. Już po trzech godzinach zaczynałam się świecić w strefie T i konieczne były poprawki. Niestety jestem na nie. Więcej o tym produkcie możecie przeczytać TUTAJ.

Wypiekany róż do policzków Hean w odcieniu 271- był to zimny róż z dodatkiem rozświetlających drobinek. Pięknie prezentował się na policzkach, rozświetlał je i nawet długo się na nich utrzymywał. Jak widać bardzo go lubiłam, bo zużyłam go całkowicie. Więcej o tym produkcie możecie przeczytać TUTAJ.

Jednym z moich ulubieńców w tej kategorii był puder prasowany Revlon Nearly Naked w odcieniu 010 Fair 8g- produkt ten idealnie dopasowywał się do odcienia skóry, naturalnie na niej wyglądał i całkiem długo się utrzymywał. Może efekt matu nie był jakiś rewelacyjny, ale ja szukałam pudru, który nie będzie robił z twarzy maski, a dodatkowo nie będzie po czasie brzydko schodził i tworzył plam. Ten puder okazał się dla mnie idealny i na pewno znów go kiedyś zakupię.


Z kategorii KĄPIEL zużyłam:

Hitem w kategorii kąpiel jest płyn do kąpieli na dobre samopoczucie Babydream 500ml- jak ja kocham zapach tego produktu! Naprawdę koi zmysły, a kąpiel z użyciem tego kosmetyku to czysta przyjemność. Dodatkowo skład jest całkiem niezły, a cena w promocji (7zł) również zachęca do zakupu. Produkt ten delikatnie się pieni, a to dlatego, że brak w nim SLS'ów odpowiadających za powstawanie piany. Naprawdę polecam ten produkt wszystkim właścicielom wanny. U mnie kolejne opakowanie jest już w użyciu.

Płyn do kąpieli Avon czarna orchidea i malina 500ml- płyny do kąpieli z Avonu bardzo lubię za ich piękne zapachy i dobre pienienie się. Ten płyn również polubiłam szczególnie za słodki zapach malin, który roznosił się w całej łazience. Teraz poluję na katalogową promocję na płyn do kąpieli o zapachu mango.

Kremowy żel pod prysznic Mango & Macadamia firmy BeBeauty 750ml- zakupiłam go ze względu na jego niską cenę (o ile się nie mylę kosztował coś około 7zł), dużą pojemność, pompkę i piękny zapach. Dobrze oczyszczał ciało, nie wysuszał skóry, a dodatkowo umilał kąpiel, dzięki temu, że ten cudowny, słodki zapach unosił się w całej łazience. Poza tym starczył mi na wiele użyć. Naprawdę polecam wam ten żel.

Uzupełniacz mydła Isana z limitowanej edycji zawierającej ekstrakt z limonki 500ml- jakoś nie przypadła mi ta wersja do gustu. Mydło strasznie wysuszało skórę dłoni, zapach nie pozostawał na skórze, a konsystencja była zbyt wodnista. Tej wersji na pewno już nie kupię.


Jeśli chodzi o próbki to zużyłam próbkę organicznego, rewitalizującego kremu do rąk firmy Love Me Green (nie zachęciła mnie do zakupu), balsamu do ciała Palmer's z masłem kakaowym (kupię go jak go gdzieś zobaczę, bo zapowiedział się całkiem dobrze), balsamu do ciała Clarins (gdyby był tańszy to bym kupiła pełnowymiarowy produkt) oraz próbkę żelu pod prysznic La Petit Marseiliais o zapachu kwiatu pomarańczy (zapach był taki sobie, więc pełnowymiarowej wersji raczej nie zakupię).

Tak oto prezentują się moje zużycia kosmetyczne uzbierane w przeciągu ostatnich trzech miesięcy. Niestety większość produktów była taka sobie, ale wśród tych zużyć znalazły się naprawdę cudowne perełki. Dajcie znać czy wy także miałyście teraz takie kosmetyki, które niekoniecznie chwyciły was za serce i czy też było ich tak dużo jak u mnie. Dajcie także znać czy lubicie któryś z przedstawionych powyżej produktów albo czy któryś miałyście, a okazał się u was totalnym bublem. Chętnie poznam wasze opinie.

poniedziałek, 28 września 2015

Studia położnicze, a praca położnej w polskim szpitalu


Hej :)
Dzisiaj chciałabym poruszyć temat, który zapewne wielu z was zainteresuje. Dzisiejszy post będzie na temat studiów położniczych i tego czy wiadomości i umiejętności nabyte na Uniwersytecie Medycznym mają odzwierciedlenie w pracy.

Na zdjęciu jestem ja podczas czepkowania i składania przysięgi związanej z etyką zawodową.

Słowem wstępu i w ramach przypomnienia chciałabym wam opowiedzieć kim jestem z wykształcenia i jak to się stało, że trafiłam tam gdzie aktualnie pracuję. Mianowicie nazywam się Asia i jestem położną. Pracuję w jednym ze śląskich szpitali. Mój staż pracy nie jest długi, bo pracuję w zawodzie dopiero półtora roku. W międzyczasie pracuję także w jeszcze jednym miejscu pracy.
Swoją pracę bardzo lubię i nie wyobrażam sobie robić czegoś innego. Moja praca daje mi wiele satysfakcji, szczególnie gdy pacjentki szczerze dziękują mi za opiekę i pomoc. Wiem, że nie muszą tego robić, bo opieka nad nimi należy do głównych moich obowiązków, ale zwykłe "dziękuję" naprawdę wiele znaczy i robi mi się cieplej na sercu.
Studia licencjackie skończyłam w marcu 2014r, a swoją pierwszą pracę dostałam już po dwóch tygodniach od złożenia CV. Muszę przyznać, że miałam szczęście, że tak szybko znalazłam zatrudnienie. Miałam to szczęście, że dostałam pracę w szpitalu, w którym odbywałam wcześniej praktyki studenckie i znałam to miejsce dosyć dobrze.
Aby dostać pracę w zawodzie położnej trzeba mieć ukończone licencjackie studia położnicze, a także trzeba zdobyć prawo wykonywania zawodu, na które czeka się około miesiąca od złożenia wniosku. Osobiście powiem wam, że jeśli wahacie się nad wyborem pomiędzy byciem pielęgniarką, a położną to polecam wam wybrać zawód pielęgniarki. Będziecie miały przede wszystkim większy wybór miejsc pracy, a także oddziałów szpitalnych, bo położna może pracować tylko na trakcie porodowym, położnictwie, neonatologii, patologii ciąży i ginekologii, a pielęgniarka może pracować wszędzie indziej. Tak więc statystycznie pielęgniarka znajdzie szybciej pracę niż położna i ma także większe pole manewru jeśli chodzi o zmianę miejsca pracy na inne. Jeśli jednak chcecie zostać położnymi to jak najbardziej polecam wam ten zawód, ale idźcie na te studia, a później do pracy z powołania, a nie np. bo tak chcieli rodzice.
Wrócę może jednak do sedna tematu jakim są studia położnicze, a praca w szpitalu. Aktualnie studia położnicze trwają 3 lata, ja byłam ostatnim rocznikiem, który miał studia 3,5-letnie. Okres studiów wspominam bardzo dobrze. Jeśli chodzi o szkolnictwo to był to najlepszy okres. Ukończyłam studia położnicze na Śląskim Uniwersytecie Medycznym i gdybym miała robić magistra to pewnie znów bym się starała tam dostać. Niemniej jednak to co przekazali nam na tej uczelni to w 80% wiedza, która prawdopodobnie mi się nigdy nie przyda albo raczej nie będę już pamiętała tego czego musiałam się nauczyć, aby zdać egzaminy. Oprócz podstawowych przedmiotów związanych z zawodem były jeszcze przedmioty, które niekoniecznie są mi teraz potrzebne typu filozofia, technologia informacyjna, czy nawet w-f. Wymieniłabym wam ich więcej, ale już nie pamiętam jakie dokładnie przedmioty miałam przez te lata. Jeśli chodzi o te podstawowe przedmioty związane z zawodem, czyli techniki porodowe, pielęgniarstwo w ginekologii i położnictwie, podstawowa opieka położnicza itp. to tutaj muszę przyznać, że wiele tej wiedzy jaką nabyłam w trakcie trwania wykładów i zajęć praktycznych z tych przedmiotów przydaje mi się w pracy. Szczególnie jednak przydały mi się praktyki zawodowe, na których mogłam m.in. pobierać krew, robić wstrzyknięcia, czy zakładać opatrunki. Oczywiście wszystko odbywało się pod nadzorem opiekunki, która nas poprawiała, gdy coś robiło się nie do końca dobrze. Praktyka przydała mi się zdecydowanie bardziej niż wiedza, ale bez wiedzy pewnych rzeczy nie byłabym w stanie wykonać.
Zaletą nauki na Śląskim Uniwersytecie Medycznym była możliwość poznawania budowy człowieka na ludzkich preparatach (anatomia odbywała się w sali przypominającej prosektorium). Zajęcia praktyczne prowadzone były z użyciem fantomów i różnych przyrządów medycznych (na uczelni), a w szpitalu pracowałyśmy już przy pacjencie (oczywiście za jego zgodą). To naprawdę wiele wniosło w proces nauczania, zapamiętywania i praktykowania wiedzy medycznej.
Gdy zaczęłam pracę w szpitalu prawie nikt się mnie nie pytał (chociaż były cudowne osoby, które chciały pomóc), czy wiem jak zrobić np. zastrzyk. Reszta krzywiła się, ale szła mi pokazać albo zdarzało się i tak, że leciały różne teksty typu "nic was na tych studiach nie uczą, my miałyśmy lepsze przygotowanie do zawodu" lub "masz dyplom taki sam jak ja, więc rób". Tak więc początki były trudne. Teraz jest już dobrze i rzadko kiedy na coś narzekam.
Jeśli chodzi o pacjentki to już nie raz jakaś sytuacja mnie zaskoczyła i nie do końca wiedziałam co mam robić. Różne osoby spotykam, jedni są mili, drudzy patrzą na mnie z góry. Nie mniej jednak trzeba umieć dotrzeć do każdego i nie raz trzeba "zabawić się" w psychologa.
Bardzo często zdarza mi się spotykać kobiety, które bardzo wiele czytają informacji w internecie, a które są nie do końca prawdziwe. Niestety bardzo często jest też tak, że kobieta wiele wie o rzeczach specjalistycznych typu stosowanie próżnociągu w trakcie porodu, a nie zna podstawowych informacji takich jak to, że płód rozwija się w macicy (naprawdę nie raz się z tym spotkałam) albo, że po porodzie przez jakiś czas się krwawi (co zresztą jest częścią połogu). Nie wiem, po czyjej stronie leży wina. Czy po stronie ginekologa, położnej, czy samej kobiety, która zamiast zacząć od podstaw związanych z ciąża i porodem, czyta informacje na różnych forach, gdzie nie zawsze znajdują się prawdziwe informacje. Pamiętajcie również o tym, że to, że jakaś wasza koleżanka miała jakąś tam sytuację nie znaczy, że wy też tak będziecie miały. Każda z nas jest inna i każda przechodzi pewne sytuacje i zdarzenia inaczej, również inaczej do wielu rzeczy podchodzi się emocjonalnie.
Wiem, że po studiach niewiele ma się praktyki i nie do końca zawsze się wie co odpowiedzieć albo co jak zrobić, ale staż pracy swoje zrobi i dojdzie się do wprawy. Zawód medyczny jest zawodem, w którym ciągle uczy się czegoś nowego, bo albo wchodzą w życie nowe rozporządzenia, leki i inne produkty albo samo życie zmusza nas do nauki czegoś nowego.
Także pamiętajcie. Idźcie na studia położnicze głównie z pasji i zamiłowania, bo wtedy ta praca będzie dla was przyjemna i da wam wiele satysfakcji. Wielu rzeczy nauczycie się na studiach, ale najwięcej właśnie w pracy zawodowej, szczególnie w szpitalu, gdzie znajdują się różne przypadki medyczne. Pamiętajcie jednak, że pacjent to też człowiek i należy mu okazać trochę serca. Nikt nie lubi leżeć w szpitalu, a nie raz kobiety boją się tego co je czeka np. porodu, czy zabiegu, więc nie przysparzajcie im dodatkowych zmartwień tylko traktujcie je tak jakbyście same chciały być traktowane.
Reasumując: cieszę się, że ukończyłam studia położnicze i pracuję jako położna w szpitalu. Na pewno nie zamieniłabym tej pracy na inną, a gdybym mogła cofnąć czas to jeszcze raz poszłabym na studia położnicze. Studia dają wam ogólny zarys pracy w zawodzie, a resztę umiejętności nabędziecie w trakcie swojej pracy zawodowej.

A na koniec tak dla rozluźnienia zdjęcie z czasów studenckich kiedy to (nie raz) miało się głupoty głowach :D


Jeśli macie jakieś pytania dotyczące studiów położniczych, bądź pracy w zawodzie położnej albo nawet macie jakieś zapytanie związane z położnictwem i ginekologią to pytajcie. W miarę możliwości postaram się wam na nie odpowiedzieć ;)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...